platforma blogowa portalu dziennik wschodni

Harmonica Brothers

 

Wieeeelki weeeekend majowy, tak wielbiony – osobliwie w tym roku – przez swe rozpasanie w kraju nad Wisłą (do czwartku ponad 3 tys. zatrzymanych pijanych kierowców), obrócił wniwecz wszelką przyzwoitość w stosunkach z kalendarzem i miarowym rytmem wyznaczanym przez kolejne noce i dnie. Anim się obejrzał, odlatując na kilka oddechowe dni na wielbione Roztocze, a okazało się, iż dziś, w sobotę 5.05., będę miał szczęście już piąty raz gościć na imprezie w pięknym wnętrzu odrodzonego (redivivus – to brzmi szlachetniej i… słusznie) Teatru Starego. Intencja jest wzniosła. Wieczór benefisowy Andrzeja Rozhina z okazji 50-lecia pracy artystycznej. Dla mnie wydarzenie extraordynaryjne, nasączone do cna sentymentem. Bowiem w półwieczu twórczych postępków jubilata, kreatora legendarnego Teatru Akademickiego UMCS Gong 2 i niezapomnianego festiwalu Studencka Wiosna Teatralna w Chatce Żaka, a później, na przełomie lat 80. i 90. minionego wieku dyrektora Teatru Osterwy, jedynie pierwszemu pięcioleciu nie towarzyszyłem osobiście. Od 1967 r. Andrzej – cokolwiek o tym dziś myśli – był w pewien sposób mym mentorem na poletku ob. Melpomeny. A przynajmniej tym, który jej świat mi przybliżał, także dzięki rozlicznym podróżom z Gongowcami na teatralne festiwale po całym kraju. Jak dziecko cieszę się na ten wieczór, co urasta do granic extatycznych przy zgłębianiu listy występujących artystów, wśród których i tacy (Miecio Franaszek, wówczas krakowski STU), których osobiście spotkałem przez ostatnie ponad 40 lat z raz. Okazało się jednak, że szefostwo TS jedynie oddaje na benefis swą kameralną salę, a przedsięwzięcie firmuje – rękami Wydziału Kultury UM – Miasto Lublin. I słusznie! Rozhinowi to się w tym grodzie należy! (Pozwolę sobie na tak modną obecnymi czasy autopromocję: do relacji-recenzji z uroczystości zapraszam dopiero w czerwcu na łamy kolejnego numeru Lubelskiego Informatora Kulturalnego ZOOM).

Tymczasem – i tu zmienimy podniosły nastrój – uderzyła w czaszkę refleksja, iże weekendowa zawierucha może sprawić, że obędzie się tu bez odnotowania przez Waszego sługę jego porywającego przeżycie sprzed 10 dni (25 kwietnia). Że przepadnie mu prawdziwa frajda dzielenia się uwagami o wydarzeniu fantastycznym, należącym do muzycznej części programowych propozycji Karoliny Rozwód i Jej załogi. To był ostatni gwizdek (termin użyty nie bez przyczyny) zrywający do czynu. Cwałem bieżę nadrobić zaległość.

Cóż to był za fantastyczny koncert!!! Harmonijkowy Atak wykonany siłami czterech chyba najwybitniejszych u początku drugiej dekady XXI wieku polskich harmonijkarzy. Już przy otwierającym wieczór Right Place, Wrong Time Dr Johna poczułem pozytywne fluidy, budzące pytanie, gdzie ja, stary fan jazzu, wielbiciel klasyki opartej na mistrzostwie sekcji dętej, przeżyłem podobne wzruszenia. Powróciło! Kiedyś, podczas jednego z ostatnich z 17 pobytów na Semana Internacional de Cine de Valladolid, w wymienionej na końcu stolicy hiszpańskiej prowincji Castilla y Leon, trafiłem niespodziewanie (festiwal proponował ok. 500 tytułów) na dokument, jaki powstał na planie filmu Roberta Altmana Jazz’34 – Kansas City. Zaprosił on do realizacji współczesne potęgi muzyki synkopowanej w starym stylu. Czy wystarczy taki zestaw (odnalazłem w starych papierach) nazwisk? Saxophones: Redman, Carter, Craig Handy, David Fathead Newman, David Murray; clarinet – Don Byron; trumpet – Olu Dara, Nic Payton? Dokument zapisywał ich zabawy muzyczne, płynące z serca jam sessions przed kręceniem sekwencji filmu podstawowego. To było chwytające za gardło. To była muzyka wyciskająca łzy prawdziwych wzruszeń. Za chwilę, w kwietniowym TS  anno 2012 – po  Bad Girls  Donny Summer,  Steamy Windows Tiny Turner, innych tak wspaniale zakomponowanych składowych promowanej, a już obsypanej laurami płyty Hearpcore? – złapałem się na tym, że trudno było sobie poradzić z wilgocią na policzkach objawiająca się pod wrażeniem tego, że kwartet majstrów od harmonijek ustnych brzmi niczym wzorcowa grupa dęciaków z epoki jazzu jak najdalszej od spodziewania się nadejścia dewiacji typu rap. Jak wysoko wznieśli się w swej maestrii Tomek Kamiński (kapele Hardworkers i Sean McMahon) z – adresy były podkreślane – Białegostoku,  Bartosz Łęczycki (Maleńczuk & Waglewski) z Lublina,  Michał Kielak (Kasa Chorych) z Torunia i Łukasz Wiśnia Wiśniewski (Blue Machine, tudzież Hard Times – także świetny wokalista) z Krakowa, że już nikt nie ma śmiałości postponować wydźwięku wszak prostego, miniaturowego instrumentu inwektywą, że – było to powyżej napomknięte – brzmi jak gwizdek. Oni, tak jak czterech legendarnych amerykańskich harmonijarzy, twórców albumu Harp Attack! (słynnej płyty, która „uchodzi za wzór cnót dla większości fanów tego instrumentu”), przeprowadzili dźwiękodajny muzyczny drobiazg na drugi, lepszy brzeg bluesa i jazzu en bloc.

Wprost trudno także przecenić udział w projekcie supergrupy sekcji złożonej z dwóch gitar, szczególnie Jacka Jagusia, gospodarza wieczoru, który zgrabnie panował nad wydarzeniami, również drugiego (pierwszego?) wokalisty, decydującego o wyrazie koncertu i niby skromniejszego (pozory!) Piotra Grząślewicza oraz basisty Aleksandra Sroki i czujnego jak owczarek przy stadzie baranków-artystów perkusisty Adama Partyki.

Mnie w tym splocie sentymentów i asocjacji ujęło jeszcze kilka, być może działających na odbiór całości elementów.

W zapowiedzi koncertu podkreślano, że „zespół wystąpi w ramach prezentacji lubelskich artystów, w składzie występuje (sorry, tak szybkie powtórzenie słów w oryginale – przyp. AM), bowiem reprezentant Lublina – Bartek Łęczycki, który z powodzeniem akompaniuje m.in. Maleńczukowi i Waglewskiemu”. Byłem przy rodzeniu się tej współpracy. Obserwowałem poczynania Bartka na lubelskim gruncie, pisałem recenzje, zwracałem czytelnikom Kuriera uwagę na jego nieprzeciętny talent, a mój śp. przyjaciel, Mirek Olszówka, przez lata menago Voo Voo, doprowadził do udziału naszego harmonijkarzy w powstaniu słynnej płyty duetu W&M Koledzy a potem w koncertach promocyjnych, na czele z pamiętnym premierowym w stodole oddziału kazimierskiego Muzeum Nadwiślańskiego koło Zamku w Janowcu nad Wisłą. Jakże się ucieszyłem – wybacz Karolino, że rzecz upubliczniam, ale to piękne! – ucieszyłem się na komunikat p. dyr. Rozwód, że z Łęczyckim chodziła do jednej klasy! Czy dlatego zorganizowała Harmonijkowy Atak? Nie mam nt. powodów zielonego pojęcia. Ale, ubiegając wyroki złośliwców, melduję mniej posłusznie niż Szwejk: Jeśli na tym potrafi polegać prywata, owocująca TAKIMI koncertami, to ja jestem calusieńki ZA!

Leitmotivowo powtarzane ze sceny miejsca aktualnych meldunków występujących artystów, były kopniakiem do innego wspomnienia. Tomka Kamińskiego Jaguś wciąż umiejscawiał w Białymstoku. Wówczas przyszła myśl, że przecież może on być uczniem innego – co mnie do dziś napawa dumą – mego śp. przyjaciela, Ryszarda Skiby Skibińskiego (jakkolwiek w założonej przez Ryśka Kasie Chorych dziś gra Michał Kielak), największej legendy pośród polskich harmonijkarzy, który grał z samym Johnem Mayallem! Znowu wszystko jest oparte na domniemaniach. Ale jeśli zmarły w 1983 r. Skiba słyszy, jak porywająco Kamiński experementuje z mini instrumentem, wydobywając z niego – to zabrzmiało w TS! – w sposób nieprawdopodobny brzmienie bogatszych o dziesiątki rejestrów organów Hammonda, musi się gdzieś z niebiesich obłoków wylewnie uśmiechać ze szczęścia.

Wpadłem także w depresyjny dołek, zastanawiając się, skąd to ja biedny znam hiperhit Superstition, zagrany znowu tak, że boże daj? Musiało wczoraj pomóc dziecko płci żeńskiej. I co? Wstyd! Jak mogłem zapomnieć wyprawę pod koniec lat 80. w dwa zaprzyjaźnione małżeństwa psującym się Trabantem Combi (uruchamianie wyłącznie  na pych) na miejsce gotowego dziś na Euro 2012 Stadionu Narodowego, czyli wolny jeszcze od handlarzy Stadion X-lecia w Wa-wie? To tam przeżyłem pierwsze w życiu osobiste spotkanie koncertowe z gwiazdą światowego formatu. Jest bezwarunkowo pewne, że Stevie Wonder kołysał nami przy pomocy i tego standardowego obecnie przeboju.

I jeszcze było coś kapitalnego pro domo sua. Muzycy w pewnym momencie ustalili, że akustyka naszego teatru na rogu Jezuickiej i Archidiakońskiej jest tak wspaniała, że zagrają coś zupełnie bez nagłośnienia. To był popis prawdziwego, najczystszego unplugged. Nawet sekcja się wycofała. A zostali czterej harmonjkarze i siły śpiewające. I wyszło szydło z worka! Można dawać popis ambicji, polegający na dowodzeniu, że harmonijką, szczególnie zbiorowo, da się wygrać wszystko, ale korzenie, zadomowienie tego porywającego instrumentu w bluesie, musi kędyś i gdziesiś wyzionąć!  Cóż zatem zabrzmiało? Korzenne – oj, wraca nam tu -  Kansas City. Najpierw z miniscenki TS. A potem, ku radosze zabranych, w korowodzie wokół widowni, niepotrafiącym odpędzić myśli od nowoorleańskiego When the Saints Go Marching In. Publiczność w kameralnej przestrzeni kipiała już wówczas entuzjazmem.

Dla mnie szczęścia uwieńczenie nastąpiło w bisach, kiedy czterech bajecznych harmonijkarzy et cons. zaczerpnęło z ukochanych Blues Brothers i Sweet Home Chicago zabełtał ostatecznie płatami mózgowymi.

Czy dziwicie się teraz, że pomieszczony powyżej tytuł relacji tej z koncertu w TS ma taki, a nie inny kształt?

 

Piękne zakątki jazzu

 

Na koncerty 4. Lublin Jazz Festiwalu chodziłem w kratkę. Jeśli kratka jest (Zulusi, tacy jak ja, mają z tym problemy) czworobokiem, wypada, że – adekwatnie do sformułowania – uczestniczyłem w koncertach czterech. Jak to ma się w stosunku do ilości propozycji przygotowanych przez dzielną kreatorkę przedsięwzięcia, Barbarę Luszawską z CK, policzcie sobie sami. Ja w tym bogatym kontekście wypadam mizerniutko. Ale jakieś wyobrażenie na temat imprezy i aktualnych trendów objawiających się w muzyce synkopowanej, prezentowanych podczas wyczulonego na nie festiwalu zyskałem. Blade! – rzeknie zatwardziały jego uczestnik. Tylko ilu da się ich zliczyć? Kilkunastu? Kilku? Może nie jest aż tak źle. Jednako do euforii szlak daleki. Sam jestem w rozterce, czy poruszać tu od razu kwestie socjoartstyczne LFJ, czy też powrócić do jego koncertów. Chyba, zważywszy na wykonawców, odbiorców oraz rzesze nieobecnych akurat w tym momencie kibiców jazzu wypada w pierwszym szeregu poświęcić kilka słów tym ostatnim.

W przykrojonej jakby na potrzeby festiwalu, tylko wciąż peryferyjnej sali widowiskowej Warsztatów Kultury przy Popiełuszki (5) zagrał najpierw w piątek 20.04. dwuosobowy Mikrokolektyw – kreatywny perkusista Jakub Suchar i najwyraźniej rządzący przestrzenią muzyczną trębacz Artur Majewski. Pokolenie starych jazzfanów, do którego należy piszący te słowa, nie potrafi być zachwycone używaniem podbudowujących wydźwięk całości sampli (także puszczanego „samopas” mooga), ale musi oddać wielki, radosny (a takie me odczucia) pokłon, dla bestialsko inteligentnej inwencji muzyków i ich poszukiwawczej odwagi.

Wkroczenie do Warsztatów K. drugiej tego wieczora kapeli, amerykańskiego Rempis Percussion Quartet, poprzedziły docierające przed koncertem plotki o anegdotycznej urodzie. Ponoć muzycy jechali z Poznania pociągiem, którego maszynista, pomny – a Wy pamiętacie? -niedawnych wydarzeń kolejowych pod agidą PKP, zatrzymywał się na każdym rozjeździe kierującym skład na nie do końca dubeltowe tory. Jazzmani zza oceanu (+ jeden z pewnego północnego kraju, akurat sądzonego wariata) mieli dotrzeć na próbę ok. godz. 15, a mieli kilkugodzinny poślizg i dostali kilkanaście minut w okolicach teoretycznego startu o 20.30. Zdecydowane jego przekroczenie, zostało za chwilę porywająco zrekompensowane. Rzeczony Norweg, Ingebrigt Håker Flaten, to najbardziej energetyczny kontrabasista, jakiego ostatnimi laty – nie licząc fragmentów cudownego monodramu Jerzego Stuhra wg Süskinda – widziałem i podziwiałem. Bestia zżerająca instrument, cudowny wariat muzycznych wzlotów. Potężnego twórczego kopa musiał dostać od  frontmana, lidera kwartetu, saksofonisty Dave’a Rempisa. Coś może, wobec zapowiedzi, przegapiłem, bo nie dostrzegłem, iż z rzuconego na ziemię plecaka gość z USA wyjął także baritone sax i zabrzmiały niskie dźwięki tego zacnego instrumentu, ale to, co wyprawiał na saksofonowym alcie i tenorze, budziło najlepsze fluidy wędrujące po jaśniejącej nocą kameralnej widowni. A przecież esencja porywów muzycznych zawierała się dopiero – zgodnie z nazwą grupy – w popisach dwóch perkusistów ze Stanów, Franka Rosaly i Tima Daisy. Czasami przychodziła refleksja, że Amerykanie nie mają pojęcia, iż eksperymenty muzyczne w kraju nad Wisłą są ćwiczone wręcz od dziesięcioleci na Festiwalu Warszawska Jesień i polscy melomani są gotowi nie tylko na przełknięcie użycia małego dzwoneczka po dużym, czy rzucenia na czinel lub werble zmieniającej dźwięk metalowej pokrywki, ale i innych wynalazków (obecność w Lublinie Festiwalu Kody i John Cage Year ma swoje znaczenie!). Nic to! Rzecz w ich witalnej radości. Można Amerykanów nie cierpieć za głupotę codziennych zachowań i przekonań, ale nie wolno im odebrać niczego z podejścia do muzyki!!! Także tym odlotowym perkusistom, chorym – w ramach „uczesanego” współgrania – na problem: ustąpić partnerowi, czy pokazać mu swój odjazd?

Drugie, niedzielne (22.04)  podejście do 4. LJF miało miejsce na salonie, który niebawem zawłaszczy zmuszona do emigracji Lubelska Filharmonia. Wielkie Studio Radia Lublin przy Obrońców Pokoju (2) jest przyjazne imprezom niepotrafiącym zapełnić go po brzegi. Nawet likwidacja kilku tylnych rzędów krzeseł nie potrafiła stworzyć przekonania, że frekwencja jest porywająca. Nie podam, ilu widzów zliczyłem na dwóch „świątecznych” koncertach, bo to smutne dane. Szczęściem, nie one decydują o odbiorze prezentowanej sztuki. Wyspokojony, wręcz balladowy we fragmentach popis formacji Dziki Jazz, z kompozycjami z liczącej rok żywota płyty A-Kineton, uświadamiał, dlaczego Dziki, Rafał Gorzycki, jest tak bardzo ceniony także w naszym Lublinie, osobliwie w środowisku teatralnym. A co można ująć jego partnerom? Kto oni? Kamil Pater – quitar (zachowuję słownictwo oficjalnej zapowiedzi, aczkolwiek całe życie sądziłem, że gitarę pisze się przez „g”), Irek Wojtczaktenor sax i Paweł Urowski – bass (swoją drogą, w zapisach festiwalowych nie uświadczysz polskich nazw instrumentów – to dziś obowiązkowy szpan)
A teraz to odnotujemy przede wszystkim skład grającej w RL na zakończenie dnia brytyjskiej (formalnie: UK) kapeli Led Bib. Zagrali Mark Holub – drums; Liran Donin – bass, Toby Mc Laren -  keyboards oraz dwa dęciaki na sax alto: Pete Grogan i Chris Williams. Stworzyli cudownie zabawowy klimat, godny pamiętnego filmu Altmana Kansas City czy podarowanej mi przez dziecko, zasłuchiwanej współpłyty Marsalisa i Claptona Play the Blues. Najczystsza przyjemność, równa słuchaniu tamtych majstrów. Gra w zasadzie porywająca do tańca, ale nie tą naszą zawstydzoną lubelską publiczność, która – cholera! – zdążyła zapomnieć, albo jeszcze się nie nauczyła, iż przy prezentacji muzyków jazzowych klaska się mocno jeden raz. Powtarzane klapanie w dłonie, nawet przez kilkadziesiąt sekund, nabiera kształtu ich obrazy.

Pozwalając sobie na uwagi i złośliwostki, wiem, do czego dążę. Składam w tym (powrót socjologiczny) miejscu prawdziwe wyrazy uznania Basi Luszawskiej. Jakoś nie wypatrzyłem na plakacie czy wręczonym mi identyfikatorze, że to już czwarta odsłona Jej, (bowiem wyłącznie Jej autorskiego) Lublin Jazz Festivalu (teraz przez „v” – tak stoi na afiszu). Działalność animatorki wydarzenia dla jazzfanów, tych dziś mieszkańców niszowych zaułków, w których przebywają jedynie muzyczni popaprańcy, tych, którzy wbrew obecnym obyczajom kochają jazz, jest godna najwyższego uznania. Wiem, co mówię. 40 lat temu byłem przy niejakim Kukułce (sorry, imienia nie pamiętam) rzecznikiem prasowym w tworzeniu Lubelskich Spotkań Wokalistów Jazzowych. Jakaż to była porażka, gdy się okazało, że moje miasto nie potrafiło, nie chciało obronić festiwalu i na zawsze (?) zabrał go nam prężny wówczas Zamość. Odrodziły się spotkania z synkopą i jazzowymi smaczkami dopiero dzięki Lechowi Cwalinie i jego upartemu kształtowaniu od lat 90. najpierw koncertów, a za chwilę Hades Jazz Festiwalu. Mam pewność, że kształtowały one gust Baśki L. Zrealizowała zapewne noszona w sobie latami ideę festiwalu. A że Hades niebawem pozbawiony został możliwości kreacji w chudych wnętrzowych warunkach kontynuacji swych pomysłów, Barbara stała się – bez obrazy i bez baczenia na działalność jazzujących knajp, chociażby Czarnego Tulipana – jazzową lubelską mamą.

Niechaj tak trzyma!

Au passage – Teatr Stary

Nie mam zamiaru rozdzierać szat z powodu takiego, a nie innego ukształtowania przez Karolinę Rozwód programu otwarcia reanimowanej w sercu mego miasta perełki – Teatru Starego. Sam pisuję do Lubelskiego Informatora Kulturalnego ZOOM i – nawet zgadzając się z pewnymi uwagami autora Listu do redakcji wydrukowanego w kwietniowym wydaniu miesięcznika pod odkrywczym tytułem Cudze chwalicie, swego nie znacie (dopełnienie klasycznej formułki z Jachowicza Stasia w treści), czyli utracona szansa – starego wygę dziennikarską zadziwia, jak grubymi nićmi szyta jest „intryga”. Krytyk sytuacji premierowej nie jest jakimś amatorskim odbiorcą kultury, skoro bez zmrużenia oka – przypominając jej idee – przechodzi do porządku nad mało mówiącym obecnemu pokoleniu nazwiskiem Meliny Mercouri, że przypomnę ja, cudownej aktorki z Nigdy w niedzielę, śpiewającej hit Dzieci Pireusu, ale przede wszystkim greckiej minister kultury w latach 80., walczącej o tzw. Marmury Elgina z Partenonu (niestety, fragmenty głównej świątyni z ateńskiego Akropolu nadal przebywają w British Museum), która rzuciła projekt Europejskich Miast Kultury a potem Europejskiej Stolicy Kultury. Na mój węch, ten epistolarz-malkontent, nader szybko reagujący na wydarzenia inicjacyjne TS, to – być może obecnie „oddalony od Lublina o kilkaset kilometrów” – jeden z zaexportowanych nad Bystrzycę fachowców wspierających starania mego miasta o tytuł ESK 2016. Być może także – tu pobalansujemy na granicy pomówienia, bo spisu starających o dyrekcyjny fotel na szczęście nie znam – rozżalony faktem, że to nie on przejął stery w odrodzonej placówce z rogu Jezuickiej i Dominikańskiej…

Tymczasem, w pamiętnym przekazie niezawodnej TVP Kultura z otwarcia naszego redivivus Teatru Starego zabrakło mi raczej wspomnień o latach ostatnich zabytkowego budynku, mieszczącego wówczas śp. kino Staromiejskie (Leszku Mądziku, przyjacielu, czy tylko to pamiętasz, że wciąż dostawałeś miejsca za filarami przesłaniającymi ekran?; posła Palikota J. ze Starego Miasta [dziś] o nic nie pytam, bo wówczas nawet myśl o włoskich winach musujących z Biłgoraja nie zaprzątała mu jeszcze młodzieńczej głowy). Nie pcham się tu na estradę, ale takie wspomnienie mi wciąż towarzyszy. Pozwólcie, że się nim podzielę.

W 1972 r. doczłapałem do absolatoryjnego kresu mego studiowania. Gusta, zainteresowania, pasje zostały już ukształtowane. Poczesne miejsce zajmował wśród nich towarzyszący mi od dzieciństwa film, jedyna prawdziwa rozrywka w socjalistycznym miasteczku Świdnik, gdzie się wychowałem. W Lublinie na studiach mieliśmy cudowne Kino Studyjne w Chatce Żaka, gdzie uczyłem się od 1966 dzieł nowej fali francuskiej, młodego kina czeskiego (stąd, po Perłach na dnie i Pociągach pod specjalnym nadzorem Menzla, miłość na całe życie do napędzającego go Hrabala), czy nawet w zawierusze Marca’68 potrafiliśmy z radzieckiej kinematografii wydobyć takie cudo, jak Cienie zapomnianych przodków Paradżanowa). Ale komuna-system miał swoje restrykcje. Pewne, elitarnie traktowane dzieła trafiały jedynie do kin określanych, o ile pamiętam, jako kluby dyskusyjne. To był taki wentyl w dystrybucji. W maleńkich salach, takich właśnie jak kino Śródmiejskie, jedyne z tą pieczęcią zapewne w promieniu ok. 150 km, pokazywano „dla świętego spokoju” dzieła z góry napiętnowane wyrokiem o stanowczym ograniczeniu pokazów. W Chatce i na KUL gruchnęła nagle wieść, że w idącym już w ruinę budynku na Starówie pokazany zostanie w Lublinie zaledwie kilka razy najnowszy film Andrzeja Wajdy Piłat i inni. Dziś sala Teatru Starego mieści 165 osób. Nie wiem, ile przyjmowała wówczas. W każdym razie, pierwsze podejście było nieudane. Odstałem w kolejce ciągnącej się przez Jezuicką od Bramy Trynitarskiej, by pocałować kasę biletową w jej zamknięte szklaną ścianą oblicze. Na drugi dzień, cwańszy doświadczeniem, kolejkę zająłem wcześniej i film obejrzałem. W tamtej epoce był dla niespełna 25-latka jednym z najważniejszych przeżyć.

Przede wszystkim – wstyd się dziś przyznać – ideologicznych. Scena, w której Juda z Kiriatu (Jerzy Zelnik) zdradza swego Mistrza Joszuę Ha-Nocri (Wojciech Pszoniak), składając nań telefoniczny donos, a z automatu wysypuje się na szalbiercę owych 40 biblijnych srebrników nagrody, była obrazowym dowodem tego, dlaczego „maluczkim” zakazywano oglądania filmu Wajdy – potwarzy wobec działań SB-cji. (odkryłem właśnie w zapiskach reżysera z 1975 taki passus: ”W lepszych czasach znalazłem w ”Czarnej księdze cenzury” następującą notatkę: “Nie należy dopuszczać do publikacji żadnych materiałów, recenzji, omówień i artykułów na temat filmu A. Wajdy ”Piłat i inni” oraz żądań szerokiego rozpowszechnienia tego filmu. Mogą być zwalniane wyłącznie informacje repertuarowe o fakcie wyświetlania tego filmu w konkretnym kinie studyjnym”). Ale jednocześnie ja, nie filolog i nie wychowany na tej literaturze, dostałem nieprzeciętnego kopa, żeby sięgnąć do Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa. I żeby prześledzić całą twórczość doktora Michaiła Afanasjewicza. Owocowało to tym, że raptem cztery lata po obejrzeniu filmu, lądując w Moskwie już jako zawodowy dziennikarz w ramach reliktu tamtej epoki, Pociągu Przyjaźni, urywałem się spod skrzydeł ideologicznych opiekunów wyprawy i szukałem w cieniu Kremla, Pałacu Zjazdów KPZR i Mauzoleum Lenina i w pewnym od nich oddaleniu ulic ze stron może najważniejszej książki życia (a nie było to łatwe, bo czynownicy Stalina i Breżniewa pozmieniali nazwy). Odkryłem Małą Bronną. Domyślałem się, bodaj słusznie, gdzie są Patriarsze Prudy, na których tramwaj dekapitował pisarza Berlioza. Szedłem szlakiem szaleńczej pogoni poety Bezdomnego, który wylądował w wariatkowie. A  pod dom przy Sadowym Kolcu nr 302a, w którym mieszkanie #50 stanowiło królestwo Wolanda i Behemota, tam gdzie Małgorzata została gospodynią Balu Wiosennej Pełni, po prostu dotarłem. I takie dziś, po 40 latach, asocjacje wyzwala uśpiony w swym zrujnowaniu przez tyleż dekad Teatr Stary, dla mnie na zawsze napiętnowany osobistym primo voto: imieniem Kino Staromiejskie.

Dlatego, znając swą tendencję do nieznośnego rozgadania, niniejszy wpis otrzymał taki, a nie inny tytuł. To mimochodem – już wcześniej wyraźnie zaznaczając swój absmak wobec sytuacji, iż nie potrafimy szczerze się cieszyć tym, że odzyskaliśmy na Starym Mieście cudowne miejsce artystyczne i typowo po polsku szukamy dziur w całym nim załoga impresaryjnej placówki, na czele z Karoliną, ujawni pełną paletę swych pomysłów – wspomnę o trzech wydarzeniach, którymi mnie w tym miejscu obdarzono od 21 marca.

Wilkanoc

Fantastyczna zabawa. Mariusz Wilczyński – samo ciepło i niezwykła inwencja. Malowanie do i pod… Muzyka zespołu Kim Nowak z Fiszem, Emade, Mateuszem Pospieszalskim, jakże różnymi trąbkami największych polskich mistrzów instrumentu, Tomasza Stańko i Ziuta Gralaka (pierwszy nie dopuszcza użycia tłumiku, drugi – owszem). Daleki od fabularności, oparty na niezwykłych skojarzeniach performans, w którym Wilk maluje jak szalony, zrywa ze sztalug nasycone czarnym tuszem płachty zamalowanych kartonów i tworzy nowe sytuacje dopełniane w niewiadomy sposób filmowymi animacjami. Sukces osobisty piszącego. Przesympatyczny artysta, który ze swą prezentacją trafił już nawet do nowojorskiego MOMA, pozwolił po wydarzeniu zebrać szczątki zamalowanych ad hoc fragmentów pracy. Podpisał je dla kolekcjonera. Ten został wyawansowany (braki w artykulacji) z Molika na Wolika. Nic to! Wkrótce dzieło otrzyma stosowną oprawę.

Marianna

Straszliwy zawód. Z racji mej głupoty. Tak mnie zaślepił fakt, że do mego miasta dotrze Marianne Faithfull, w której się kocham od… pół wieku, która rockowo śpiewała mi jeszcze w czasach licealnych As tears go by autorstwa Stonsów – Jaggera i Richrdsa, a z czasem, po detoxie, poraziła interpretacjami artystycznymi chociażby Waitsa czy Cave’a, że jak się okazało, iż będzie jedynie czytać Sonety Szekspira, nie potrafiłem się porachować z rozgoryczeniem. Tym bardziej, że swym porażająco niskim głosem nie miała ochoty wydobyć z gardła ani jednej nuty, a szydercy podpowiadali, iż Lublin to fragment europejskiej trasy artystki z tak uwielbianymi przez piszącego te smutne słowa songami Brechta-Weila. Rozgoryczenie zaowocowało odwróceniem się od spotkania z uwielbianą artystką. Nie interesowały już mnie szczegóły jej filmowej kariery. A gdybym łaskawie przeczytał zapowiedź wieczoru?…

Literacko

Ekstraordynaryjny wieczór! Wbrew moim wcześniejszym mniemaniom, najlepszy z tych trzech przeżytych dotychczas w Starym. Spotkanie o typowo dla tej odmiany ludzkości tytule Bitwa o literaturę. Europa środkowa. Fantom czy realny byt? Stało się prawdziwą intelektualną frajdą, a władający znakomitą polszczyzną Jurij Andruchowycz, którego do niebiesi wynosiłem w tym miejscu pod koniec grudnia, znalazł w Krzysztofie Vardze, kuratorze programu literackiego w Teatrze Starym, budzącego podziw partnera dialogów z okolic Parnasu.

—–

Czekam na ciąg dalszy propozycji ekipy Karoliny R. O śmiesznostkach związanych z samą salą teatru – następnym razem!

Pod-bojów dopełnienie

  Ja, specjalista od zaległości. Małe usprawiedliwienie: oddałem się w ubiegłym tygodniu w ręce fachowcówów, których działalność skodyfikował niejaki ob. Hipokrates (dziś to już tzw. deklaracja genewska, ale to odrębny temat). Spróbuję, zatem, dopełnić to, co poniżej na blogu zostało napoczęte.

Provisorium rozchwytywane i Mądzik w tle

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że najbardziej rozchwytywanym obecnie w kraju spektaklem są Bracia Karamazow wg Fiodora Dostojewskiego naszego, działającego w CK Teatru Provisorium, w reżyserii Janusza Opryńskiego. Popremierowe (czerwiec 2011) laury zadziałały na organizatorów rozlicznych festiwali i przeglądów teatralnych jak rubinowa płachta na byka i za obowiązek poczytują sobie zaproszenie „naszych”, żeby dowartościować wydarzenie, które firmują. Skoro uznaliśmy w poprzednim wpisie marzec jako przełom po zimowej zapaści w kulturze, to – uwzględniając liczbę eksportowych (poza Lublinem, ale też już z zaliczeniem eskapad zagranicznych) występów Provisorium – nie znajdziemy konkurencji. Proszę oto, 13 marca Bracia zostali zaprezentowani w ramach Alternatywnych Spotkań Teatralnych Klamra w Toruniu w legendarnym (piszący te słowa smakował legendę już w 1968 roku!) Studenckim Klubie Pracy Twórczej Od Nowa. Tu dodatkowa ciekawostka z kręgu lubelskiego. Gościem specjalnym festiwalu był Leszek Mądzik, twórca Sceny Plastycznej KUL, który pokazał na wystawie swoje plakaty a także zaprojektował plakat do aktualnej edycji toruńskiego festiwalu. W pięknym mieście jedynego, obok lubelskiego, autentycznego, zachowanego Starego Miasta, nie był – co się zdarza niezwykle rzadko, bo na ogół siedzi w czasie przedstawień obok odpowiedzialnego za światła Piotra Szamryka – obecny mistrz Opryński. Przebywał już w Katowicach, zaproszony do jury XIV Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej Interpretacje (do legendy Provisorium zapewne przejdzie „ustawianie” przez Janusza na odległość, przez komórkę szczegółów technicznych spektaklu, co w absolutną konsternację wprowadziło obsługę sceny „Od-nowy”). Ostatniego dnia górnośląskiego festiwalu, 18 marca, zdaje się, że już po ogłoszeniu werdyktu ze zdobywcą głównej nagrody, Laurem Konrada, w czasie uroczystego zamknięcie Intepretacji Provisorium pokazało Braci Karamazow jako spektakl mistrzowski. Jakby tego było mało, dwa dni później, po szybkim przemieszczeniu się ekipy ze Śląska na Warmię i Mazury, 20 marca Bracia zostali zaprezentowani w ramach Olsztyńskich Spotkań Teatralnych na Scenie Centrum Edukacji i Kultury. Po spektaklu odbyło się jeszcze spotkanie z Januszem Opryńskim z cyklu Rozmowy o teatrze. Prowadziła Elżbieta Lenkiewicz. Jakby ktoś wątpił w mobilność najnowszego przedstawienia Provisorium, donoszę, że 17 kwietnia  zaprezentowane zostanie w ramach 47. Przeglądu Teatrów Małych Form Kontrapunkt 2012 w Szczecinie.

Kamienie w Serbii

Niechże ta ostatnia informacja będzie dobrym pretekstem dla przejścia do kolejnego punktu raportu o lubelskich kulturalnych pod-bojach, tu już akurat zagranicznych. Prawie dokładnie pięć lat temu na łamach Kuriera Lubelskiego donosiłem: „Dotarła do nas niezwykle radosna wiadomość ze Szczecina. Spektakl Kamienie w kieszeniach firmowany przez lubelską Scenę Graffiti zdobył Grand Prix tegorocznego 42. Przeglądu Teatrów Małych Form Kontrapunkt 2007, który zakończył się w stolicy województwa zachodniopomorskiego. O Grand Prix, czyli Wielką Nagrodę Publiczności oraz statuetkę ufundowaną przez Prezydenta Miasta Szczecina rywalizowało w tym roku 10 teatrów z całej Polski i trzy teatry niemieckie, prezentując 18 przedstawień. Przypomnijmy, że bardzo dobrze przyjmowaną od jesiennej prapremiery w Warszawie i premiery lubelskiej tragikomedię Marie Jones, światowej już sławy irlandzki hit na dwóch aktorów brawurowo wyreżyserował lublinianin Łukasz Witt-Michałowski. W spektaklu grają Bartłomiej Kasprzykowski, aktora krakowskiego Teatru Słowackiego, znany z serialu TVN Magda M. i Szymon Sędrowski z naszego Teatru Osterwy, pamiętny Caligula ze spektaklu wg Camusa czy Don Juan ze sztuki Moliera. Wcielają się oni w sztuce w aż 14 postaci – dwóch głównych bohaterów z małej wioski, kilku jej mieszkańców oraz członków hollywoodzkiej ekipy, która nakręca tam film, budząc w chłopakach tęsknotę za karierą w wielkim świecie X Muzy. Kurier, serdecznie dziś gratulujujacy laureatom, od poczatku towarzyszył projektowi trzech wciąż jeszcze młodych artystów, którzy poznali się na planie filmu i serialu Przedwiośnie pod koniec lat 90. Dzięki naszym publikacjom zainteresował się nim Klub Graffiti, który stał się sponsorem i producentem przedsięwzięcia. Tam Kamienie w kieszeniach były prezentowane co poniedziałek”. Niebawem, po tym sukcesie Witt-Michałowskiem zaproponowano pracę w CK. Tam stworzył Scenę Prapemier InVitro, w ramach której, już odmieniony najnowszą sytuacją zawodową aktorów (Bartek podbija Warszawę, Szymon odszedł z Osterwy wraz z Krzysztofem Babickim do Teatru Miejskiego w Gdyni) spektakl jest eksploatowany. Provisorium, które w ramach pokazów przedstawienia wg Dostojewskiego gościło już poza granicami kraju w Kijowie, Mińsku i Moskwie (wkrótce Rumunia), dopiero się wybiera na Kontrapunkt i należy życzyć twórcom podobnego sukcesu. Tymczasem Kamienie… ruszyły po raz pierwszy poza polskie granice. Nie mogę równie radośnie jak pół dekady temu donosić o sukcesie odniesionym przez naszych w serbskiej stolicy Belgradzie na odbywającym się w dniach 9-17 marca Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Slavija 2012. Konkurencja była zacna – teatry z Azerbejdżanu, Bośni i Hercegowiny, Bułgarii, Iranu, Rosji (2 spektakle z Uljanowska), Rumunii (2 sceny, w tym niemieckojęzyczna) i Serbii. Pokazane 13.03 lubelskie, zabawne Džepovi puni kamenja jakoś nie powaliły na kolana macedońsko-serbskiego jury. Ponieważ to ładnie brzmi i można rzecz bez bólu zrozumieć, odtworzę w oryginale werdykt tego gremium: „pošto je odgledao svih devet prikazanih festivalskih predstava, održao je sednicu u subotu, 17. marta 2012. godine i jednoglasno doneo sledeću odluku: Za najbolju predstavu u celini, ostvarenu na Jedanaestom međunarodnom pozorišnom festivalu Slavija 2012. Žiri proglašava predstavu Tengo, Fajdara Sakia, po motivima iz drame Medved, Antona Pavloviča Čehova, u izvođenju Pozorišta „Sina Group“ iz Teherana, Iran, i dodeljuje mu statuetu Don Kihot (główny laur – przyp. AM) – rad vajara Nikole-Kolje Milunovića”. Z tego, co wiem, Kamienie lada moment mają ruszyć w innym, wschodnim kierunku – do Mohylewa na Białorusi.  I szczęść Boże!

Robert antypodowy

Najdalej z naszych artystów zawędrował ten, który jest obecnie najsłynniejszym lubelskim, a może i polskim plastykiem. Podbijający z urokiem, ale i siłą walca Europę i jej zamorskie odpryski Robert Kuśmirowski. 17 marca dotarł na antypody (niesłusznie kojarzone głównie z Australią, a przecież chodzi o wszystkie rejony, gdzie ludzie chodzą do góry nogami), do argentyńskiej stolicy Buenos Aires. Nie wiem. Jeszcze z Robertem nie rozmawiałem po jego powrocie do macierzy w Warsztatach Kultury nieopodal wiaduktu Poniatowskiego, czy odnalazł tam natychające J. Opryńskiego ślady autora Trans-Atlantyku, alboż  czy przeżył przygody z interesu(interygu)-jących mnie Wielkich wygranych  Julio Cortázara. Wiem natomiast, że trafił w Ambasadzie RP na beton na miarę przepadłego PRL. To wtedy szermowało się przy byle okazji takimi stwierdzeniami, jak te, które znalazło się na oficjalnej stronie naszej placówki dyplomatycznej w mieście niezbyt odległym od końca świata – Patagonii. W krótkiej notce najważniejsze wydaje się – przy całym mym uznaniu dla twórczości Kuśmirowskiego – obrazujący nasze chciejstwo i kompleksy poważny, napędzający sukces polskiego przedstawicielstwa komunikat o naszym artyście pt. „rewelacja ostatniego Biennale Lyon”. Bogu dzięki, że w Internecie istnieje funkcja zwana linkami. Zdobywszy wiedzę, iż  „instalacje polskiego artysty można oglądać od 17 marca do 17 czerwca (jest czas, żeby się wybrać, nawet statkiem – polecam!) w Fundación Proa przy Av. Pedro de Mendoza 1929, Capital Federal”, po odpowiednim kliknięciu zyskujemy dużo większą wiedzę o wydarzeniu w fundacji, prezentującej Aire de Lyon, exhibicję  pod kuratelą Victorii Noorthoorn, która pełniła też funkcję „curadora de la 11ª Bienal de Lyon (2011)”. Postąpmy podobnie jak poprzednio, cytując – a sądzę, że i tu nie będzie problemów ze zrozumieniem treści – fragmenty z info Proa: „Los artistas que participaron de la Bienal, provenientes de diversas partes del mundo – Alemania, Argentina, Brasil, Colombia, Francia, Holanda, Irlanda, México, Perú, Polonia, Reino Unido, República Checa, Sudáfrica, Venezuela y Zimbabwe– exponen proyectos concebidos especialmente para los espacios de Proa u obras ya exhibidas el año pasado en la Bienal”. Do tego dochodzi konkretna, wcale nie wyróżniająca (może wyróżnił się sztuką, tego nie wiem – oby!) Roberta K. „lista de artistas participantes en Aire de Lyon incluye a Gabriel Acevedo Velarde (Perú), Zbynek Baladrán (República Checa), Ernesto Ballesteros (Argentina), Eduardo Basualdo (Argentina), Erick Beltrán (México), Diego Bianchi (Argentina), Katinka Bock (Alemania), François Bucher (Colombia), Virginia Chihota (Zimbabwe), Lenora de Barros (Brasil), Augusto de Campos (Brasil), Marina De Caro (Argentina), Julien Discrit (Francia), Marlene Dumas (Sudáfrica), Aurélien Froment (Francia), Michel Huisman (Holanda),  Christoph Keller (Alemania), Irina Kirchuk (Argentina), Eva Kotátková (República Checa), Robert Kusmirowski (Polonia), Luciana Lamothe (Argentina), Guillaume Leblon (Francia), Christian Lhopital (Francia), Laura Lima (Brasil), Jorge Macchi (Argentina), Cildo Meireles (Brasil), Bernardo Ortiz (Colombia), Garrett Phelan (Irlanda), José Alejandro Restrepo (Colombia), Tracey Rose (Sudáfrica),  Alexander Schellow (Alemania), Javier Téllez (Venezuela), Erika Verzutti (Brasil), Kemang Wa Lehulere (Sudáfrica) y Judi Werthein (Argentina). Ot, taki dziwny tłum nie do ogarnięcia przez Ambasadę PRL, pardon, RP!    

Nasze pod-boje artystyczne

W drugim dniu wiosny z radością donoszę, że zimową zapaść w kulturze mamy już za sobą. Ruszyło się nie tylko w Lublinie (jutro, w piątek, jakieś 70 wernisaży i innych art-incydentów, których żadnym sposobem nie ogarnę, bo w Muzycznym premiera drugiego w historii tej instytucji musicalu, formy akurat przeze mnie uwielbianej). Ruszyły też z nastaniem marca nasze lubelskie siły artystyczne na podbój świata, konkretnie Argentyny mistrza Gombrowicza, cósik z dwóch centrów europejskich oraz licznie ubarwiających mapę kraju nad Wisłą placówek rodzimych. Czy pozwolą Państwo, że spróbuję zapanować nad tym dobrodziejstwem, prezentując – w miarę chronologicznie – obraz, jak się za socjalizmu obowiązkowo pisało, eksportowych sukcesów sztuki Lublina?

Rozdroża z Muzyką Kresów

Pierwszego dnia miesiąca Ośrodek Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych Rozdroża wylądował w jednym z dwóch partnerskich miast Lublina w Niemczech. Utwór Gorzkie Żale Aleksandra Kościówa, który swoją prapremierę miał na rozdrożowym Festiwalu Tradycji i Awangardy Muzycznej KODY oraz spektakl Trzy dźwięki w reż. Jana Bernada Fundacji  Muzyka Kresów znalazły się w programie Festiwalu Muzyki Współczesnej KlangZeit Münster. Inauguracja należała do dzieła tego drugiego, dyr. artystycznego Rozdroży. Z tym, że do prezentacji w Städtische Bühnendo do dziewczyn – aktorek, śpiewaczek – z Zespołu Międzynarodowej Szkoły Muzyki Tradycyjnej dołączył niemiecki kompozytor i muzyk Stephan Froleyks. Trzy dni później przyszedł czas na Gorzkie Żale, także w wykonaniu Zespołu MSMT oraz grupy wiolonczelistów z Akademii Muzycznej w Münster pod dyrekcją Matiasa de Oliveira Pinto. Ponadto w trakcie festiwalu, współtwórczyni fundacji,  Monika Mamińska, prowadziła warsztaty śpiewu tradycyjnego dla młodzieży z zaprzyjaźnionego niemieckiego miasta. Info dodatkowe: Obecność Rozdroży na festiwalu KlangZeit Münster jest efektem współpracy między Ośrodkiem a Gesellschaft für Neue Musik Münster (Stowarzyszenie Muzyki Współczesnej) oraz organizacją „cuba-cultur”. Podczas 3 edycji Festiwalu Tradycji i Awangardy Muzycznej KODY prezentowany był projekt Genesis z udziałem Erharda Hirt’a, który jest członkiem GNM Münster i „cuba-cultur” oraz inicjatorem festiwalu w tym mieście.

Marzec warszawski

2 marca jeden z najbardziej, a chyba i najbardziej obecnie znaczący artysta plastyk z naszego miasta, Sławomir Marzec, zapraszał przyjaciół na otwarcie wystawy Wszystko; i 12 obrazów w legendarnej warszawskiej Galerii Foksal. Żeby się nie mądrzyć na temat ekspozycji, której się nie widziało, warto chyba zacytować przynajmniej początkowy fragment rozmowy z Sławkiem, jaką opublikowano ponad tydzień po wernisażu w wydawanym przez Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski Obiegu pt. Zrozumieć, dlaczego nie rozumiemy. Na pytanie Grzegorza Borkowskiego, jak najkrócej sam opisałby tę wystawę, mówi: „Na dwóch ścianach wisi symetrycznie dwanaście niemal jednakowych obrazów. Powstały one przez nakładanie punktowych drobin wszystkich kolorów. Daje to efekt migotliwej pulsacji, dla mnie szczególnie ciekawej, bo uniemożliwiającej patrzenie na to jak na płaską powierzchnię. Napiera tu natłok sugestii przeróżnych kształtów. Obraz działa niemal na zasadzie ekranu (jak u Lacana), na którym możemy zobaczyć wszystko, co zechcemy”. Ponieważ na wystawę można się jeszcze do Warszawy wybrać, bo czynna będzie do 6 kwietnia, dodam jeszcze odrobinę z katalogowego opisu: „Połowa z obrazów posiada tytuły będące oryginalnymi łacińskimi sentencjami, tytuły drugiej połowy to nagłówki z internetowych newsów z dnia ukończenia danego płótna. Konfrontowana jest tu łacina uniwersalizmu z basic English aktualności; jednoczesności kronikarskiego rejestru historii z alegorycznością mitu i poetyzacji. Wystawa ta jest swoistym traktatem na temat obrazu. Obrazu rozumianego jako istotne doświadczenie widzialności – jej graniczności i osobliwości; momentów jej powstawania i przechodzenia w znaczenia, czy emocje. Problematyzuje naszą nieuwagę i nierozumienie, by ujawnić złożoną i wielowymiarową przestrzeń między skrajnymi metaforami obrazu – bycia lustrem (czystą pulsującą migotliwością) i niezmienną pustką ściany”.

Wrocławski jedynak M.

Ta informacja wymyka się się spod rygoru opisywnych tu excesów marcowych i albo powinna je otwierać, albo ulec pominięciu, bo budzenie się z zimowego snu kulturalnego Wrocławia odbyło się wcześniej (17.02.) niż w przegranym z nim konkurentem do ESK 2016 znad Bystrzycy. Marzec Sławomir w tym czasie gruszek w popiele nie zasypywał i donosił: „zapraszam także na (grupowy show) Mit i melancholia we wrocławskim Muzeum Współczesnym“. Usprawiedliwieniem obecności w tym miejscu tego zbiorowego wydarzenia niechaj będzie fakt, że ekspozycję w dawnym schronie przy pl. Strzegomskim 2 możemy, wybierając się do pięknej stolicy Dolnego Śląska, oglądać do 9 kwietnia. Miejscowa siła krytyczna pisała po otwarciu m.in. „Smutek i rozczarowanie, kontra wiara i optymizm – między tymi biegunami, tak jak między Erosem i Tanatosem, emocją i rozumem czy też bielą i czernią, szukać można wytłumaczenia dla twórczości wielu autorów. Współczesnych i dawnych. To prace ponad 30 autorów – 24 działających solo oraz kilkunastu skupionych w grupach. Są to twórcy z trzech pokoleń, stosujący różne techniki i strategie, sięgający po różne środki wyrazu i stylistyki, w większości znane i utytułowane, stanowiące mainstream sztuk wizualnych. Są wśród nich niegdysiejsi przedstawiciele Nowych Dzikich, jak również twórcy z nurtu sztuki krytycznej. Są artyści wideo i instalatorzy, malarze i performerzy, choć w czasie wystawy ci ostatni nie działali na żywo, ale pokazali dokumentacje i obiekty z wcześniejszych akcji. Marzec jest w towarzystwie lubelskim rodzynkiem – jedynakiem po prostu.

[Przepraszam za prywatę. W dniach takich sukcesów wspaniałego Artysty i – przede wszystkim!  - cudownego Człowieka, ostatnio sromotnie doświadczonego przez los i ledwo sobie radzącego z katastrofą zdrowia, spotkał Go kolejny cios. Wyrażam Ci w tym miejscu, Sławku, najszczersze wyrazy współczucia z powodu śmierci ukochanej Mamy. AM)

Przyciąganie Korola

Przyciąganie ziemskie. Bo tytuł wystawy naszego Piotra Korola, 9 marca otwartej w galerii – nomen omen - Otwarta Pracownia w Krakowie przy ul. Dietla brzmi Obrazy grawitacyjne. Dla zachęty dla tych, którzy nie widzieli ongiś rudymentów ekspozycji w naszej Galerii Kont i trafią pod Wawel do marca końca (finisaż 31.03.) oraz zechcą przespacerować się na Kazimierz, i ulicę im. lekarza-rektora UJ, fragment z wyznań artysty:Decydującym impulsem dla pojawienia się koncepcji Obrazów były rozważania związane bezpośrednio z grawitacją. Ostatecznie to właśnie dzięki oddziaływaniu grawitacyjnemu możliwe jest realizowanie projektu malarskiego. Nastąpiło całkowite zespolenie artysty i natury w akcie współtworzenia dzieła. [...].Podczas pracy nad cyklem Obrazów grawitacyjnych mam wyjątkową możliwość doświadczania i obserwacji ewolucji form malarskich. Cały czas towarzyszy mi wiara w odnalezienie jakichś nieznanych mi przedtem malarskich wartości. Codzienny rytm pracy wytwarza poczucie uczestniczenia w jakimś niezwykłym rytuale, żywym i pulsującym, a jednocześnie pełnym kontemplacji i skupienia”.

cdn

Czyli zawarty w skrócie trzech słów wyraz wątpliwości. Że bez zasypiania na siedząco przed świtem, bez zarywania kolejnej nocy, zdołam jeszcze obszerniej odnotować eskapady: Roberta Kuśmirowskiego na krańce Ameryki Południowej, Teatru Provisorium do Torunia (tamże także Leszka Mądzika), Katowic i Olsztyna a także Sceny Prapremier InVitro do stolicy Serbii, Belgradu  oraz – za chwilę – do Mohylewa na Białorusi.  Nadrobię to możliwie najszybciej. Dobranoc.

Jorgos, jego dzieci i premiera

Ponad tydzień temu, w poniedziałek 5 marca wybierałem się do Chatki Żaka na drugie z dwóch wydarzeń towarzyszących zaplanowanej na najbliższą sobotę (17.03) prapremierze spektaklu Na końcu łańcucha Mateusza Pakuły w Teatrze im. Juliusza Osterwy. Nasza podstawowa repertuarowa scena dramatyczna weszła – nie pierwszy raz! – w fajną współpracę z ACK UMCS “Ch.Ż.” i dzień wcześniej, w niedzielę, zaplanowano tam projekcję filmu Tytus Andronikus w reżyserii Julie Taymor, bowiem wg zapowiedzi teatru, „na końcu tytułowego łańcucha” to sztuka o tym bohaterze najbardziej krwawej sztuki Szekspira. „O specyficznym typie człowieka. O człowieniu”.

Nie chciałem się dołować dosyć znaną adaptacją dramatu stratfordczyka i z góry planowałem jedynie pielgrzymkę na wydarzenie # 2 osterwowo-chatkożakowego projektu: koncert zespołu BROJO i spotkanie z twórcami spektaklu – autorem oraz z reżyser przedstawienia Evą Rysovą. Oprócz profesjonalnej potrzeby pozyskania od autorów wiedzy, co krytyka czeka na premierze, pokusą dodatkową stał się skład zespołu, który tego wieczoru miał zagrać m. in. materiał skomponowany do spektaklu. Okazało się, że powołaną raptem w ub. roku do życia grupę, której muzyka „to fuzja różnych, często dalekich od siebie stylów muzycznych – punkrocka, grunge’u, jazzu, country, hip-hopu i muzyki etnicznej”, tworzą: Zuzanna Skolias – gitara bas i wokal, Dominik Duży – gitara i Antonis Skolias – perskusja. Poczułem się jak w domu. A przynajmniej bliżej przyjaciela, z którym – jak wykazały pośpieszne wyliczenia – znamy się od lat, daj Boże, 40 (słownie: czterdziestu!).

Mieszkam od Miasteczka Akademickiego w dużym jak na Lublin oddaleniu i dotarcie do Chatki z mej głębokiej Kaliny przy Ponikwodzie do łatwych, przy korzystaniu z MPK, nie należy. Pewno szlag by mnie trafił przy całowaniu klamki Sali Widowiskowej ACK, ale jakimś cudem w ostatniej chwili zgadałem się ze swym dziecięciem, które wykazało lepszą czujność niż padre. Zostałem uświadomiony, że przecież Pan Prezydent RP, w swej gorliwości naśladowania gestów poprzedników zarządził dwa dni żałoby narodowej po tragicznej zaiste (jak najszczersze, należne im wyrazy współczucia dla rodzin ofiar!) katastrofie kolejowej. Imprezy kulturalne – choć np. w Japonii po tsunami sprzed roku nie było żałoby ani dnia, ale widocznie tam nie potrafią się odpowiednio smucić – zostały odwołane, z wyjątków excesów telewizyjnych, bo np. Polsat pokazywał o tej mniej więcej porze jatkę pt. Siła rażenia z mięśniakiem Stevenem Seagalem, gdzie lejącej się krwi – bardzo przepraszam za paskudne skojarzenie, nikogo, oprócz zarządców tv-kanału, nie chciałbym ranić – starczyłoby na kilka naszych wypadków i drogowych i kolejowych. Do koncertu nie doszło, losów filmu nie znam.

Teatr Osterwy zawiadomił z czasem, że dziennikarzy czeka przedpremierowo jedynie próba medialna (to dziś, nie mam prawa powiedzieć, o której) i należało się z tym pogodzić. Ale zgoła – czy mogę tym razem pochełpić się swoją czujnością? – przypadkowo odkryłem w jakimś newsletterze, że w miniony piątek w Czarnym Tulipanie przy Grodzkiej w duecie z jednym z najlepszych dj-ów w Polsce DJ Krimem ma wystąpić Jorgos Skolias, ów mój kompel od czterech dekad, wspaniale niesforny wokalista jazzowo-etniczny, a przede wszystkim ojciec dwójki latorośli, których muzyczny udział w kreowaniu ostatecznego kształtu sztuki Na końcu łańcucha dawał mi cztery dni wcześniej napęd do niedoszłej w skutkach eskapady na Miasteczko A., do Chatki Ż. Był w owej desperacji jeszcze jeden ładny kopniak. Jorgos od lat tworzy wspaniały duet z grającym na puzonie Bronkiem Dużym (jego krakowski kolega po fachu i instrumencie Marek Michalak z Jazz Band Ball i Piwnicy Pod Baranami, nauczył mnie ongiś w naszej Kawiarni Artystycznej Hades pysznej anegdoty: – Kto to jest gentelman? – Facet, który potrafi grać na puzonie, ale tego nie robi!). Trio BROJO dopełnia jako gitarzysta właśnie syn Bronka.

Retrospekcja. Nie czas na wchodzenie w szczegóły, ale latem’1972, po pozyskaniu tzw. absolutorium na swojej świętej uczelni, wyniosło mnie pod wpływem pewnego fałszywego impulsu na Dolny Śląsk. Spędziłem tam, jak mówię do dziś, jedną ciążę – 9 miesięcy niezwykle intensywnego życia. Dosyć szybko zostałem instruktorem w powiatowej (to jeszcze czas przed reformą Gierka i powołaniem 49 województw) placówce k-o, zwanej tam już ambitnie Dzierżoniowskim Ośrodkiem Kultury. Z jakichś powodów zagnało tam też z „rodzinnego”, dużo bliższego Zgorzelca Jorgosa, młodszego ode mnie o dwa lata syna emigrantów, przyjmowanych właśnie w te tereny przez „demokratyczną” Polskę lewicujących ofiar wojny domowej roku 1949 w Grecji. Był typowym niebieskim ptakiem, który nie wiadomo, z czego żyje, gdzie mieszka i jak sobie radzi z ułomnością w postaci unieruchomionej na zawsze ręki. Miał w każdym razie wspaniałe wyczucie, kiedy to, my etatowcy, dzieliliśmy się w DOK-u i okolicznych knajpach wysokoprocentowym chlebem, a czyniliśmy to per-ma-nen-tnie! Jednak prawdziwego Jorgosa odkryłem dopiero, gdy doszło do prób i koncertów sztandarowego zespołu powiatowego ośrodka: Quo Vadis (jakaś ironia losu, wówczas w naszym Lubartowie działała znana na całą Lubelszczyznę grupa o tej samej nazwie i zespoły – oprócz mnie – nie miały o sobie pojęcia). Była to, jak na czasy rodzenia się rock-jazzu kapela dosyć śmieszna, bo głównym instrumentem melodycznym pozostawała cyja, czyli akordeon (gdzie jesteś dziś Zdzichu, wirtuozie tego cuda?). Drugim stawał się szybko nieprawdopodobny wokal Skoliasa, którego skale były – jak obecnie!!! – niebotyczne! A słuch absolutny i Himalaje talentu dźwiękonaśladowczego powodowały, że Jorgos, znający może kilka słów po angielsku (wtedy tym językiem władali jeno wybrańcy), śpiewał tak, jakby mowę Szekspira wyssał wraz antycznym mlekiem matki. Mieszkałem na stancji z jednym z muzyków zespołu, z drugim pracowałem na podobnym stanowisku w DOK, więc jeździłem z Quo Vadis na koncerty, konkursy i festiwale od Opolszczyzny po granicę z NRD. Przy braku wykształcenia muzycznego, włączałem się bezczelnie do grania na różnych przeszkadzajkach i basując drugim głosem w tych porywających, najlepiej zapamiętanych z występów wokalizach Jorgosa Skoliasa. W maju’73, przywołany do porządku przez rodzinę, wróciłem z tego mego niespełnienia na Ziemi Obiecanej. Pamiętam, że ostatniej nocy, już w hotelu, podrywałem dziewczynę Jorgosa. Nie miał do mnie żalu. Pożegnaliśmy się w przyjaźni i – o dziwo, bo to nader rzadki przypadek – nigdy o sobie nie zapomnieliśmy. Co się okazało po latach w Lublinie. Przy wielokrotnych doprawdy spotkaniach.

I znowu nie czas przedłużać już wystarczająco rozwlekłą opowieść, w której mogłaby się – odłóżmy ją na inną okazję – znaleźć anegdotyczna historia o moim stukaniu do okien Akwareli przy Rynku podczas koncertu Jorgosa i Bronka (Czarny Tulipan to rozwinięcie działalności tej herbaciarni, dlatego okazało się, że jestem dzięki „incydentowi” przez gospodarzy rozpoznawany). W piątek miniony znalazłem się w głębokich piwnicach lokalu na rogu Rynku i Grodzkiej. Jorgos mnie natychmiast zauważył i przerwał na chwilę próbę. Za chwilę zaprosił do stołu, przy którym siedziała jego piękna córka Zuzanna, absolwentka krakowskiej PWST sprzed trzech lat (twierdzi, że już kiedyś poznawaliśmy się – muszę spytać Alzheimera), także synal Antoni, a za moment objawił się syn Bronka D. – Dominik. Wówczas ojciec Jorgos wsączył w me ucho pytanie: – A wiesz, dlaczego zespół BROJO? – Że maleństwa broją? – odpowiedziałem durnym pytaniem. – Nie, od Bronek & Jorgos! – oznajmił triumfalnie pater familiae, nie za bardzo – niech wybaczy – zdając sobie sprawę, jak bardzo podcina skrzydła dzieciarni (chyba, że ona sobie tego życzy, powiedzmy ze względów marketingowych). Ja, w każdym razie, mam od tego momentu problem z zapisem nazwy grupy. Nie cierpię w takich przypadkach wersalików, oprócz takich oczywistości jak ABBA, gdzie każda litera odpowiadała inicjałom imion członków kwartetu. Osobiście wolałbym, żeby – i tak proponuję to czynić – była pisana jako BroJo.

Przy stoliku głównej salki siedziały też dwie aktorki Teatru Osterwy, akurat grające w małoobsadowej sztuce czekającej na prapremierę – Teresa Filarska i Joanna Morawska, także (szczególnie Tesia) zaprzyjaźnione z Jorgosem i jego familią, a teraz od tygodni współpracujące na próbach z zadomowioną na ten czas w Lublinie młodzieżą krakowskiego rodu. Zrobiło się jeszcze milej. Jak potem na koncercie. Muszę się pokornie przyznać, że kierowany koniecznością powrotu do domu ostatnią komunikację, nie dotrwałem do drugiego rozdziału występu Skoliasa, tej razem z DJ Krimem, o którym dla zachęty mówił mi, że jest jednym z najlepszych didżejów nie tylko w naszym kraju, ale i w Europie. Koszta własne. Ale odsłona pierwsza, z etnicznym (Afryka!), bluesowym, folkowym, jazzowym śpiewem Jorgosa a capella, jedynie z nieodłączną, pamiętaną jeszcze z Dzierżoniowa AD 1972-3 grzechotką, zapadnie na zawsze pamięć, jak ten przedowcipny popis kilka lat temu z Bronkiem, na zlewanym deszczem wirydarzu klasztoru Dominikanów podczas bodaj Kodów (bo chyba nie Innych Brzmień?). Tym bardziej, że gdy w czarnotulipanowych wnętrzach padł nagle prąd i zgasło światło, zdołałem krzyknąć w starym prowokacyjnym stylu w stronę estradki z artystą: – Teraz się Jorgos okaże, czy potrafisz śpiewać! Artysta potem mi zameldował, że bardzo go taka odzywka ucieszyła. I chwała Ci Jorgosie z to!

A teraz, z tym większym, z powodów muzycznych, zainteresowaniem wybiorę się – to już za kilka godzin! – na próbę medialną sztuki Na końcu łańcucha, a zaś na jej sobotnią prapremierę.

 

PS. Powinienem to Jorgosowi powiedzieć, jednak w emocjach łeb urwało. Tak naprawdę to sporo dłużej od niego znam obecną w naszym towarzystwie Asię Morawską. Ten przypadek obejmuje lat ok. 45, czasy, gdy szczuplutka dziś aktorka profesjonalna stawiała pierwsze sceniczne kroki pod reflektorami ledwo oddanej do użytku Chatki Żaka w spektaklach legendarnego Teatru Akademickiego Gong 2 Andrzeja Rozhina i – ze względu na swe wówczas obłe kształty – zwana była Ciotką Murawską. Ja to Aśka pamiętam! I cenię te wspomnienia tak samo, jak deczko późniejsze o zabłąkanym wówczas w świecie Jorgosie. Łączy Was bliźniacza pasja!

 

Impresja

Z pełnego śmiecia ołówkowo-długopisowego kufla na kompletnie zabałaganionym biurku wystają dwa pióra. Nie atramentowe. Ptasie. Zmorzony telewizyjną nudą wzrok spoczywa na spokojnej klasyczności jednego, już dobrze w tym interiorze zadomowionego. I przesuwa się na porywający urok kuflowej nowalijki, gościa tu świeżutkiego. O stażu dni – jak przekładające się na takąż liczbę lat marzenie o niemożliwym wszak do nich powrocie – siedemnastu.

Łagodnoducha, może tylko naruszona jakimś śródziemnomorskim trzęsieniem ziemi antyczna klasyka dwubarwnego, możliwego do wyobrażenia na kolumnach Partenonu deseniu z postradanego przez sowę jakąś jej upierzenia atrybutu. Sowę – nie znam się na tym paskudnie, – jaką? Może tą moją, tą ukochaną z Kubusia Puchatka? Którą charakteryzuje jeden z najcudowniejszych cytatów z pana A.A.Milne’a, iż „Sowa Przemądrzała wcale nie była mądra, ale za to była uczona”? A może tą z roztoczańskiej głuszy Puszczy Solskiej, która swym peryskopowo przenikliwym wzrokiem podgląda mnie owiniętego w śpiwór pod wiatką na polanie przy leśniczówce nad Szumem, nim jej w służbie natury ze świtaniem nie zmieni skowronek, a potem majowa kukułka?

A teraz, tuż obok, kontemplacji konkurencja. Delikatne jak zefir zawoje na miarę secesyjnych odlotów mistrzów – Muchy, Klimta czy Gaudiego. Musiałem się spytać urodzinowego ofiarodawcę Vegę, jakiemu ptakowi mogę zawdzięczać ten zwiewny majstersztyk fauny? Kto może być strojny w pióra pochodzące gdzieś z przedziału pomiędzy pozbawionymi kolorowego oczka pawiami i zdobiącymi pupy tancerek z Moulin Rouge strusiami  – Żuraw! -  zakomuniował konkretnie uroczo siwobrody wegeterianin. Jasne! Pierwsze skojarzenie: Lecą żurawie, zadziwiający i ściskający serce i gardło sowiecki melodramat Michaiła Kałatazowa z czasu II wojny, nagrodzony Złotą Palmą (sic!) w 1958 w Cannes. A potem…

Który to był rok stanu wojennego? Bez wątpienia jeden z tych, które człowiekowi, na co dzień najbardziej doskwierały. Nie dosyć, że benzynę kupowało się jedynie na kartki, to nabycie paliwa graniczyło z cudem po wielogodzinnym odstawaniu w kolejkach. Jeździło się po mieście i szukało takich, które przynajmniej optycznie wyglądały litościwie. Owego dnia późnego lata wylądowałem enerdowskim Trabantem w sznureczku aut ciągnącym się gdzieś z góry Filaretów w stronę CPN przy obecnej Głębokiej, wówczas al. PKWN, poniżej os. Piastowskiego LSM, w swej zewnętrznej, jednorodzinnej konfiguracji zwanego Złodziejówką. To nie Bogu ducha winni mieszkańcy tych domków byli złodziejami naszego, kolejkowiczów czasu. Powolny rytm przybliżania się do ostro pilnowanego, coraz bardziej pustego dystrybutora wyzwalał agresję, podejrzenia o układy, wzajemne oskarżenia, psioczenia na system, co tylko niektórym łagodziło fraternizowanie się z pobratymcami w losie. Bo i ile można  się wściekać, alienować i za kierownicą czytać samotnie książki i gazety?…

Nagle dało się słyszeć jakiś niezwykły dźwięk. Z samochodów w kilkusetmetrowej kolejce zaczęli się wysypywać ludziska zadzierający głowy w górę, a przy tym, w pierwszym odruchu, jakby pokracznie uchylający się od wołania spadającego na nich z nieboskłonu. To były owe nieprawdopodobne, nieporównywalne do niczego innego w przyrodzie okrzyki nadlatujących od LSM-owskich osiedli – Piastowskiego, Konopnickiej i Prusa, zmierzających nad miasteczkiem akademickim, zapewne via Czechów na południe, dostojnie pięknych ptaków. Mityczny klangor żurawi, układających się w równie słynne klucze, których dowódcy podganiali i podtrzymywali na duchu maruderów, a trzepot skrzydeł tych z ariergardy przypominał bezradność wypuszczanych miarowo z miejsc odosobnienia dysydentów i solidarnościowych działaczy. Zdarzył się prawdziwy cud. Wrażenie było tak paraliżujące, bo ujawniało największe wówczas wspólne marzenie nas wszystkich. Tęsknotę za naocznie na niebie symbolizowaną przez żurawie WOLNOŚCIĄ!

Nie widziałem nigdy w życiu z bliska żurawia (a np. dużo bardziej rzadkiego czarnego bociana, owszem – na Suwalszczynie). Ale tamtej chwili pobratymstwa z symbolem swobody nigdy w tymże życiu nie zapomnę! Jakże dobrze, że mam dzięki Vedze pióro, które już na zawsze będzie mi o tym przypominać!

Z okazji Międzynarodowego Dnia Goździków pewnej Pięknej Damie, równolatce powstania urodziwego jak Ona filmu “Lecą żurawie”.

Przeproszonko deklinacyjne

Proszę potraktować poniższą anegdotę jako anex do poprzedniego blogowego wpisu o mym autorskim udziale w powstaniu nazwy Ludowy Oskar. Konkretnie, niechaj to będzie dopełnienie sprzedanej tamże równie anegdotycznej historii o młodym dziennikarskim „pistolecie”, który w sytuacji redakcyjnej planówki wymyślił – choć wątpię, iżby wiedział, że dokonał tego w sposób tak właśnie definiowany w kręgu kultury łacińskiej – ad hoc Nagrodę im. Oskara Kleeberga.

Przypadki dziennikarskie (na wyraźną prośbę sprzedam anegdotkę pod tym względem najpyszniejszą!) braku bazy kulturowej, owego sznytu wyniesionego z wykształcenia, stawiającego tzw. inteligencję (inteligentów) ponad prymitywy, którym obca jest gramatyka języka polskiego i jego literackich zasobów, są najbardziej przerażające. Ale może tak dobrze się oni mają, skoro w odmóżdżeniu ścigają się z nimi całe stada (nie zasługują na lepszy termin!) „fachowców” od marketingu i wciskania frajerskim klientom nawet najbardziej gównianych produktów.

Toczę prywatną wojnę z przejawami takiej aktywności, przed którą – cóż za ból!!! – nie za bardzo można się wybronić. Popełniłem np. – nie ze swojej winy – błąd, że ubezpieczyłem swoje auto na bieżący rok w firmie, do której ja, zafajdany konserwatysta, byłem od lat przywiązany. To ona zmieniła obyczaje oraz profil działalności (kierowcy to już w jej usługach absolutny margines) i zmusiła na mnie przy płaceniu polisy do „niezobowiązującego” zaprezentowania im swych danych osobowych. Od tej pory jej ajenci bombardują mnie telefonami lub sms-ami. Komunikującymi, że właśnie w tej chwili mam wprost nieprawdopodobną szansę pozyskania od nich natychmiastowej pożyczki. Kiedyś mówiłem im to „nagębnie”, ale tyle pomogło, że przeszli na nagabywania formę pisaną. Teraz, dokładnie – zapis wg kanonów Orange, co też jest dużą ciekawostką – o godz. „14:09:43” dnia „05-03-2012”na atak odpowiedziałem (zachowało się toto w zasobach komórki), że: „Proszę NIGDY nie przesyłać ofert pożyczki. Brzydzę się lichwą!”.

Nie jestem kompletnie pijanym dzieckiem we mgle, zatem nie mam złudzeń, że lichwiarze – udając głupa – znowu będą mnie napadać. Jak te inne firmy, które jakimś cudem (same kryjąc się często za info – ostrzegam! – „brak numeru”) wkraczają bezceremonialnie w sferę mej prywatności. Do takiego przypadku po licznych wertepach zmierzam. Wreszcie!

Ok. godz. 15 dnia lutowego grzmi komórka i odbywa się krótki dialog:

- Proszę, słucham – melduję posłusznie.

- Czy – zadaje szczebiotliwie pytanie młodzieńczy damski głos – dodzwoniłam się do pana Andrzeja Molik?

- Tak – potwierdzam, – ale mnie się odmienia: Molika!

- Aaaa, to przepraszam! – rzekł głos i momentalnie przerwał rozmowę, do której już nigdy nie powrócił.

Anegdota z przeproszonkiem dzisiejszoczasowej inteligentki stała się dosyć szybko popularna. Wówczas od kolegi ze starej pod kulturalnym względem gwardii usłyszałem, że zupełnie podobną historię – tu bardziej interesującą, bo powracającą w krąg bezczelnych medialnych pistoletowców – przeżył po niedawnej śmierci naszej noblistki Wisławy Szymborskiej jej osobisty sekretarz. Jako absolwent polonistyki UJ wykazał się większą niż moja czujnością diagnozy językowego przypadku. Na pytanie dziecięcia neożurnalistyki, czy rozmawia z „panem Michałem Rusinek?”, wytłumaczył sierotce umysłowej: „ Mnie się deklinuje!”. Reszta była identyczna. Tą akurat interlokutorkę Pan Michał miał natychmiast z głowy. Zamilkła skutecznie.

Oskar L. to ja!

Nawet abstrahując od wciąż cytowanej odpowiedzi Gustawa Flauberta, na pytania o źródło inspiracji przy pisaniu słynnej powieści, (który jednak, zupełnie podobnie, zwracał w ten sposób uwagę na swój udział w jej tworzeniu), tytułowa deklaracja brzmi nieco pompatycznie i megalomańsko, by nie rzec, że kabotyńsko. Ale też na miarę kretyństwa, jakie wydarzyło się w lutym na linii – tak, tak! – Hollywood-Lublin. Natomiast ów tytułowy komunikat jest po prostu szczery i prawdziwy. To piszący te słowa Wasz Sługa wymyślił dekadę temu nazwę Ludowy Oskar, która stała się w lutym’2012 obiektem piramidalnie absurdalnej przepychanki.

Wiecie już aż za dobrze, że poszło o użycie w niej słowa Oskar. Aż za bardzo skorzy do imperialnych zapędów i podporządkowania sobie wszystkich umysłów świata Amerykanie wprowadzi w absolutną koncentrację skromnych artystów ze Stowarzyszenia Twórców Ludowych, którego Zarząd Główny ma jak wiadomo siedzibę w naszym mieście przy Grodzkiej 14. Od kancelarii prawnej reprezentującej w Polsce interesy Amerykańskiej Akademii Filmowej otrzymali pismo, w którym Jankesi zażądali odstąpienia od używania dla nagrody STL słowa “Oskar”. Rzucono info, że „znak towarowy OSCAR został zarejestrowany w Urzędzie Patentowym RP (ciekawe w którym roku, co może być nie bez znaczenia – przyp. AM) ) i że słowo (niezależnie od pisowni) zostało w Polsce zastrzeżone dla amerykańskiej nagrody filmowej”. Rzucono też kalumnie, że Polacy “bezprawnie wykorzystują prestiż nagrody” i “powodują rozwodnienie renomy znaku towarowego Oscar”. Paradne!

W starych zasobach komputerowych znalazłem swoją informację z bodaj czerwca’2003. Na łamach Kuriera donosiłem: „W salach Krajowego Domu Twórczości Ludowej STL przy Grodzkiej 14 wręczone zostaną nagrody i wyróżnienia honorowe konkursu Ludowe Oskary za wydarzenie folklorystyczne roku 2003 w województwie lubelskim. To trzecia edycja konkursu organizowanego przez Urząd Marszałkowski – Departament Kultury i Sztuki i lubelski oddział Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego. Kurier Lubelski patronuje mu od początku. W naszej redakcji powstała też nazwa Ludowe Oskary, co nie jest nawiązaniem amerykańskiej nagrody filmowej, ale do wielkiego etnografa Oskara Kolberga. (…)”. To elegancja wobec rodzimej wówczas redakcji nie pozwalała w ostatnim z cytowanych zdań napisać, że nazwa lauru powstała w mym łbie. Jego ideę rzucił śp. Alfred Gauda, znakomity etnograf i etnolog (także grafik-exlibrista), wcześniej m.in. wieloletni dyrektor Muzeum Okręgowego (na Zamku), a następnie pracownik i później kierownik jednego z działów w Muzeum Wsi Lubelskiej, od 1995 wybrany po konkursie dyrektor KDTL na Grodzkiej i jednocześnie prezes naszego oddziału PTL. Szczycę się tym, że przez lata łączyła mnie z Fredkiem (bezinteresowna, – ale czy to należy dodawać?) przyjaźń, a on dobrze wiedział o mych zainteresowaniach folklorystycznych (spędziliśmy razem mnóstwo uroczych chwil w czasie kolejnych odsłon Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu i towarzyszących mu, a „podlegających” z czasem Gaudzie Targach Sztuki Ludowej). Jak szef Krajowego Domu TL z siedzibą STL (zdominowanego niestety na przełomie lat 80. i 90. przez polityków ludowców, na czele z późniejszym wątpliwej sławy ministrem kultury) prawdziwie cierpiał, że kultura ludowa została sprowadzona do festiwalowych i kiermaszowych zrywów. Zaprosił mnie kiedyś na początku wieku na Grodzką i w zasadzie we dwóch stworzyliśmy zarys scenariusza nagrody, a właściwie sześciu nagród w tyluż kategoriach, który oczywiście podlegał poprawkom i zatwierdzeniom odpowiednich poważnych gremiów. A jak wpadłem na pomysł dziś inkryminowanej nazwy, cieszył się jak dziecko i myślałem, że mnie ozłoci, co w kręgu zawsze biednych twórców ludowych było akurat kompletnie niemożliwe (stąd Ludowemu Oskarowi nigdy nie towarzyszyły żadne apanaże).

Fredek Gauda odszedł niestety od nas w listopadzie’2005 (Boże, to już tyle czasu minęło bez Niego?). Nie mam świadka koronnego, którego słowa mogłyby poświadczyć, że nie łgam. Przy tym ani mi się śniło, żeby walczyć o copyright czy wzorem imperialistów rejestrować „znak towarowy” (już sam ten termin jest potężnym zgrzytem przy niewinnym, pochodzącym z innego świata Ludowym Oskarze) w Urzędzie Patentowym. Nie wiem też czy znalazłbym świadków wśród jurorów, obok których i Gaudy miałem przez kilka lat honor zasiadać w kapitule nagrody. Czy to cokolwiek mogło obchodzić profesorów z UMCS – Jana Adamowskiego, wówczas kierownika Zakładu Kulturoznawstwa, Jerzego Bartmińskiego, Józefa Styka, przewodniczącego Rady Naukowej STL czy też Leszka Kraczkowskiego, wice- a potem dyrektora wspomnianego departamentu U. Marszałkowskiego. Przysięgam, że po napisaniu tych wyznań przestanę o to dbać.

Mam za to anegdotę z epoki pierwszej, obejmującej tylko Lubelszczyznę odsłony nagrody, którą upupiono. Wg poniektórych mediów „ze względu na brak środków na dalszą realizację tego przedsięwzięcia organizatorzy w roku 2006 postanowiły go zawiesić”. Nic nie postanowili, tylko po śmierci Alfreda Gaudy, jej spiritus movens, nie znalazł się w KDTL i STL nikt o równej pasji, ktoś, kto miałby takie jak on serce do jej kontynuowania nawet przy pomocy ukręcania bicza z piasku i utrzymywania jej bez grosza dotacji. Ot, co! W każdym razie chyba dokładnie w połowie pierwszego dziesięciolecia XXI w. odbywała się już w redakcji typowa dla kryzysu prasy ostra wymiana pokoleniowa „materiału dziennikarskiego” i ze starymi jak ja prykami konkurowały bezceremonialnie młode „pistolety”, które gotowe były chwycić się tematyki, o której nie miały najzieleńszego pojęcia. Ja sam z patronem nagrody, legendarnym etnografem XIX-wiecznym, któremu polska sztuka ludowa zawdzięcza tyle, co – zachowując odpowiednie proporcje – światowa dramaturgia Szekspirowi, nie miałem trudności od dzieciństwa, bo w latach 50. i 60. poprzedniego stulecia Polskie Radio katowało nas permanentnie, wręcz przez to znienawidzoną audycją Muzyczne wędrówki z Kolbergiem po kraju. Nowych sił żurnalistyki nie miało prawo to dotyczyć. Dlatego na codziennej planówce, gdzie zgłaszaliśmy tematy do napisania tego dnia, nim przyszła moja kolej, usłyszałem z pewnych młodzieńczych ust, że zapragnął ich właściciel napisać o przyznawanej tego dnia ludowej „Nagrodzie im. Oskara Kleeberga”. Resztka włosów na czaszce stanęła na baczność. – Czy – zająknąłem się – nie pomylił ci się etnograf z Franciszkiem Kleebergiem, bohaterem II wojny, który jako ostatni polski generał złożył broń po bitwie pod Kockiem? – Nnnooo, nie wiem… Może… – odwdzięczył mi się dukaniem. I tak straciłem młodego kolegę.

Zadeklarowałem powyżej, że nie będę walczył o swe prawa autorskie, ale to nie oznacza, że nie staję po stronie obrońców naszego niezbywalnego prawa do nazwy Ludowy Oskar. Jak rzadko kiedy ucieszył mnie medialny szum jaki się podniósł po chorym popisie amerykańskich, większych niż ja kabotynów. A najbardziej, że pod tym wpływam, nabierając sił i wiatru w skrzydła, zmieniło się pasywne w pierwszym odruchu stanowisko władz STL, na czele z olsztyńskim artystą Waldemarem Majchrem, który tworzy piękne kafle mazurskie. W jego wypowiedzi dla PAP można  przeczytać: „Środowisko twórców ludowych w Polsce jest zaskoczone tym, że Amerykanie kwestionują możliwość nawiązywania do postaci wybitnego i zasłużonego etnografa Oskara Kolberga jako patrona nagrody. Cała sprawa jest wręcz absurdalna, gdyż kultura ludowa stanowi niejako przeciwieństwo kultury masowej, którą reprezentuje nagroda Amerykańskiej Akademii Filmowej, więc zupełnie niezrozumiałe jest, jak byśmy mieli korzystać z czyjejkolwiek renomy”. On i pierwotnie nieco konformistycznie nastawiona załoga lubelskiego biura zarządu postanowili stanąć w obronie odrodzonej w 2010 już w formule ogólnopolskiej nagrody za najciekawsze wydarzenia folklorystyczne (oprócz STL, organizowana jest przez Fundację Ochrony i Rozwoju Twórczości Ludowej oraz portal kulturaludowa.pl. przy współpracy – jak dawniej – Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego Oddział Lublin. Znalazła się nawet kancelaria adwokacka, która pro bono poprowadzi walkę. W tej krucjacie przeciw Amerykanom stawiam się do jej i STL dyspozycji, tym bardziej, że, jak już zaznaczyłem, być może patent na Oscara zarejestrowano u nas (to były inne czasy) później niż ja wykreowałem Ludowego Oskara.

A w tej konstruktywnej medialnej burzy najbardziej mi się podobał głos wyśmienitego krytyka teatralnego Romana Pawłowskiego, którego wg stosowanej od dłuższego czasu przez jego Gazetę Wyborczą kopernikańskiej zasady o wypieraniu dobrego pieniądza przez zły, redakcja zmusiła do zajmowania się inną tematyką niż wdzięki Melpomeny (i tak miał szczęście, że nie wyrzucono go na bruk, jak naszego równie świetnego Grzesia Józefczuka!). W artykule Hollywoodzki Oscar kontra Oskar Ludowy z 16 lutego szydził sobie m.in. tak:

„Akcja Akademii Filmowej USA przeciwko polskim twórcom ludowym to strzelanie z armaty do skowronka. Trzeba być albo chciwym, albo niezmiernie zarozumiałym, aby przypuszczać, że lokalny konkurs folklorystyczny może zagrozić najbardziej wypromowanej w świecie nagrodzie. Czyżby sława mazurskich kafli i przyśpiewek z Biłgoraja do tego stopnia przeraziła twórców z Hollywood, że postanowili zamknąć usta polskiej konkurencji?” – pytał retorycznie. Jeszcze lepszy był finał: „A mówiąc poważnie, ACTA przy tym to małe piwo. Coraz większa część naszej rzeczywistości zostaje opatentowana, zawłaszczona i zmonopolizowana przez prywatne instytucje. Okazuje się, że dotyczy to nie tylko filmów czy piosenek, ale także imion. W następnej kolejności koncern Nike powinien zażądać zmiany nazwy Nagrody Literackiej NIKE, bo “powoduje rozwodnienie znaku towarowego?”. Tylko co na to Grecy?”.

Zaiste! W owym roku 2003, z którego pochodził odnaleziony stary cytat z Kuriera, np. w kategorii pokazy i warsztaty twórcze Oskarem Ludowym uhonorowaliśmy Plener Rzeźbiarski Twórców Ludowych Lubelszczyzny im. Adama Zamoyskiego w Jabłoniu organizowany przez Parczewskie Stowarzyszenie Twórców i Animatorów Kultury. A w konkursach i wystawach Oskarem nagrodzony został gromadzący ponad 400 wykonawców, już ponadregionalny IV Konkurs Recytatorski Poezji i Prozy Ludowej w Woli Osowińskiej, inicjatywę GOK w Borkach. Czy doprawdy to jakakolwiek konkurencja, powiedzmy dla Meryl Streep, zdobywczyni Oscara za rolę Margaret Thatcher w Żelaznej Damie? Ktoś może – słusznie!!! – mnie zagadnąć: – Kpisz czy o drogę pytasz?

 

Bartosz prawie oscarowy

Przy okazji recenzji ze spektaklu Komornicka. Biografia pozorna (na blogu poniżej) napomknąłem, że tematem na odrębną opowiastkę jest historia odpowiedzialnego w nim za (bardzo dobrą) reżyserię światła i użycie kamery Bartosza Nalazka. Było tam wspomniane,   że terminował u mistrza nad mistrze, samego Janusza Kamińskiego, oscarowego autora zdjęć do filmów Stevena Spielberga, jako asystent operatora obrazu przy Czasie wojny. Jak wiadomo, Kamiński i za tą wizją był znowu nominowanego do Oscara. Niestety, swego longiera recenzenckiego zacząłem pisać podczas nocy gali z rozstrzygnięciami amerykańskiej Akademii Filmowej, a potem i kolejną, i nie dało się natychmiast nawiązać do tego faktu z może nie pierwszoplanowym, ale dla nas intrygującym udziałem Bartka, artysty wciąż jeszcze młodziutkiego. Ponieważ jednak – na szczęście! – nadal pozostajemy w oktawie oscarowych uroczystości w Kalifornii i potrafią one nadal być żywym wspomnieniem, może warto powrócić do pewnego lubelskiego epizodu sprzed kilku dni…

W poprzedzających o dwie doby hollywoodzkie sztywniactwa szalonej popremierowej nocy, artystyczne towarzystwo, twórcy spektaklu i wszystkie błękitne ptaki, które mają w naszym mieście wściekłe poczucie obowiązku uczestniczenia w takich wydarzeniach, przemieściło się po wcale bogatym (brawa za starania załogi producenta przedstawienia – Sceny Prapremier InVitro) bankiecie w Warsztatach Kultury na Stare Miasto. Padło oczywiście na znakomicie sprawdzającą się w takich razach Stacyjkę przy Rynku. W jej, – co tu gadać – niezbyt obszernych wnętrzach w pewnym momencie może tylko z 10-20% gości było spoza tego „układu”. A reszta to jeden wielki młyn: siedzenie znajomym na kolanach, wchodzenie im na głowę, wielowarstwowy tłum próbujący się przebić do baru, napędzacze nastroju lejące się potokami… Słowem, bosko! Równie gęsto, a może jeszcze bardziej, przedstawiała się sytuacja na korytarzu obok lokalu, w którym nie wolno palić. Uzależnieni tworzyli przebarwną Wieżę Babel, na miarę majstra Bruegela.

Tam to, sam zapalający papieros od papierosa, usłyszałem jak ktoś ze znajomych dowodził młodemu przystojniakowi, że w jego akcencie da się rozpoznać obce wpływy. Akurat na to mam ucho. Wtrąciłem się bezczelnie, że chodzi o pewne naleciałości, pozwalające w jego bardzo poprawnej polszczyźnie usłyszeć, iż musiał przebywać długo w jakimś innym kręgu  kulturowym. Okazała się, że urodził się w Stanach, ale od dobrych paru lat przebywa w rodzinnej Polsce. I zaczęło się. Kolega, pierwszy rozmówca, już dawno wrócił do stacyjkowego interioru, a ja się dowiadywałem od Bartka, z jak ciekawą postacią mam do czynienia.

Przede wszystkim dokonaliśmy ustalenia, że w pewien familijny sposób jest, co nieco, związany z naszym grodem. Bacząc na mój wiek (nie da się ukryć, że w takich towarzystwach wyróżniam się geriatrycznymi objawami), przedstawiając się również, spytał czy przypadkiem nie znałem jego ojca, który w okolicach lat 70. tamtego wieku pracował w lubelskim Almaturze. Bingo! Nie sposób było nie pamiętać kolesia, bo jego nazwisko za pełnej komuny i partyjnego zwracania się do każdego w plurarisie, czyli także per „wy”, skłaniało do niezbyt eleganckich żartów z bawieniem się przypisanego do urzędu patentowego słowa „wynalazek” i okrutnych dla niego – niech mi dziecko swego ojca wybaczy! – odzywek typu: – Wy, Nalazek, powinniście dziś zrobić to, a to…

Dalej było ciekawiej, bowiem o samym Bartoszu i tym, co mu się ostatnio przydarzyło w życiu. Zyskałem przede wszystkim zaskakującą dla mnie wiedzę, iż:

  • Nalazek junior współpracował z Kamińskim przy realizacji Czasu wojny i ten (to akurat wiedziałem) otrzymał nominację do Oscara za zdjęcia do tego dzieła Spielberga;
  • Pan Janusz nie ma złudzeń, co do tego, że zdobędzie tym razem słynną statuetkę i uważa, iż nominacja to wystarczające wyróżnienie dla jego pracy;
  • Kamiński – to po pytaniu o ulubionych polskich operatorów Bartka, kiedy usłyszałem m.in. kilka gorzkich uwag na temat „odlotu” Sławomira Idziaka (nominacja w 2002 za Helikopter w ogniu Ridleya Scotta), że uległ urokowi nowych nośników i zapragnął robić filmowe zdjęcia na potrzeby różnych iPhone’ów – nie jest Polakiem, jest Amerykaninem. Stwierdzenie było stanowcze, ale przyozdobione opowieścią, jak to uczeń ze swym mentorem, przypominającym sobie, co wyniósł z domu, rozmawiali w języku Mickiewicza (aż kusi, żeby dodać: i Wałęsy) na filmowym planie w Wielkiej Brytanii. Spielberg ponoć uwielbiał podsłuchiwać te momenty. Wypuszczał ich, żeby to robili, a potem z rozkoszą parodiował dźwięki naszej mowy: – Ddżżyy, szy, czczy, brzy, grzmi (wybaczcie, nie potrafię zapisać tego po angielsku)! Może dobrze, że – dziękuj Bogu, twórco Bliskich spotkań trzeciego stopnia  – nie docierali do tuwimowskiego chrząszcza ze Szczebrzeszyna i – specjalna dedykacja dla Kogoś(ki) – Grzegorza Brzęczyszczykiewicza z pewnej polskiej komedii.
  • Polski tytuł filmu Czas wojny jest, najdelikatniej mówiąc, kompletnym nieporozumieniem, co naszym dystrybutorom, w swym przemądrzalstwie zdarza się niestety permanentnie (sam mam dziesiątki przykładów takich kretyńskich działań). Bartek mówił, że Spielberg wymyślił War Horse (bo taki jest amerykański oryginał obrazu), jako wielowymiarową opowieść o wojennym koniu, film familijny (stąd m.in. brak złudzeń co do Oscarów!), na który rodzice mogą zabrać nawet mniej niż nastoletnie dzieci. – Czy jakaś rodzina wybierze się u nas do kina ze swymi pociechami, słysząc taki nasz tytuł? - pytał równie wściekły, co rozgoryczony Bartosz N.
  • W oscarową noc, już w poniedziałek 27 lutego, dwie nocki po lubelskiej premierze niezwykłego wg mnie spektaklu (odsyłam nieśmiało do recenzji poniżej) Bartek został zaproszony do Studia Radiowej Trójki. Obiecałem sobie, że o zapowiadanej jako entre godz. 0.20 będę nasłuchiwał, co ma tam „na żywca” do powiedzenia.

Pierwsze zaskoczenie. Nie przyszedł na Myśliwiecką w Wa-wie (tamże Trójka i np. Studio im. A. Osieckiej), żeby udzielić kilkuminutowego wywiadziku. Był gościem programu, do którego przez kolejne kwadranse powracano po korespondencjach ze Stanów, telefonicznych rozmowach z innymi artystami i komunikatach o aktualnie wręczanych laurach. Słowem, KTOŚ docenił rolę Bartka, jako „polski wkład” w oscarowe starania. Wysłuchując tych wypowiedzi rzutkiego artysty przez blisko godzinę (potem bezczelnie, ale i zdroworozsądkowo wróciłem do obowiązków recenzenckich), dowiedziałem się jeszcze sporo.

Że: * Janusz Kamiński, chyba wyznaczając sobie taką misję, wyszukuje talenty w łódzkiej Filmówce i zaprasza je na plan filmów, do których tworzy swe fascynujące, niezapomniane obrazy, w tym oscarowe (Lista Schindlera i Szeregowiec Ryan – nigdy nie zapomnę ujęcia na cmentarzu w Normandii, na który wraca po latach z całą familią tytułowy bohater pokłonić się przed tymi, którzy oddali za niego życie!). Takie szczęście stanęło przed Bartoszem Nalazkiem. Mam wrażenie, że właśnie z niego korzysta; * Nasz młody artysta wcale jeszcze nie porachował się z Filmówką, czyli PWSFTv i T w Łodzi. Dyplomu on-ciż nie ma (jakkolwiek w szczątkowych biografiach można znaleźć info o operatorze kamery przy odcinkowcu Czas honoru oraz filmach Brzydula i Sprawiedliwi); * Po (niektóre źródła podają, że stało się to wcześniej,  już w 2009) War Horse, Spielbierg i Kamiński zrealizowali oczekujący na aż jesienną premierę obraz Lincoln. Rolę – proszę uwierzyć, że niebagatelną! – asystenta operatora obrazu spełnił przy produkcji Bartek, który zdobył się w Trójce na delikatny komentarz, że tym filmem Spielberg chce odkryć ciemną stronę Ameryki. Czyż to nie dictum napędzające nasze oczekiwania na premierę?

Aneksik, za który Bartka muszę z góry przeprosić, bo nastąpi – sorry! – odwołanie do naszej prywatnej korespondencji. Już w recenzji ze spektaklu napisałem, że razem z Kamińskim przeżyli gorycz oscarowej porażki w momencie, gdy przedstawienie wciąż było grane w Lublinie. Wysyłając – a zdeklarowałem to w tym dusznym stacyjkowym korytarzu – swoje wypociny o produkcji pt. Krzywicka. Biografia pozorna, zapisałem we wtorek na tematycznym pasku maila: „Tak jak obiecałem – ślę recenzję (a Oscara nie mogę pogratulować, żal!!)”. Odpowiedni, ociupinę wyrwany z kontekstu fragment – pardon za tautologię w stosunku do pierwszego zdania słowa! – odpowiedzi Bartosza prawie (bo ileż brakowało?) oscarowego brzmi: „goryczy porażki razem z Januszem nie odczuwamy, bo nie liczyliśmy na wygraną”.

Taka lekcyja pokory. Od mistrzów!

PS. Już jutro 2 marca lub następnego dnia możecie obejrzeć o godz. 19 w Warsztatach Kultury przy Popiełuszki tak dobrze odbierany spektakl Komornicka. Biografia pozorna, w którym skutecznie zanurzył ręce (no, talent!) nasz bohater – BarNal.