platforma blogowa portalu dziennik wschodni

Podróż sentymentalna

Do twórczości Jana Lenicy mam stosunek osobisty, sentymentalny. Trochę podobnie jak Leszek Mądzik, który mi  – a mam nadzieję, że i wszystkim lubelskim miłośnikom sztuki –  zrobił frajdę, prezentując w swojej Galerii Sztuki Sceny Plastycznej KUL przy Rynku 8 plakaty zmarłego prawie dziewięć lat temu artysty. Z tym, że nie do końca podobnie. Leszek, sam artysta cieszący się dziś sławą nie tylko w kraju nad Wisłą, jak zaznaczył na otwarciu wystawy w miniony piątek, inspirował się ongiś „secesyjnie linearnymi” pracami plakatowymi Lenicy. Pamiętam dobrze te próby sprzed ponad – o Boże! – 40 lat i w pełni rozumiem tą Mądzikową podróż sentymentalną do swych czasów przedteatralnych (potem, a szczególnie po stworzeniu własnej sceny, powroty do posterów były incydentalne), która zaowocowała obecnie hołdem złożonym Wielkiemu Mistrzowi.tą maleńką a esencjonalną ekspozycją. Ja pozostałem na zawsze jeno odbiorcą jego sztuki. Przechodniem, którego wzrok przyciągnął plakat o formie wyróżniającej się od  wszystkiego innego co nalepiono na śródmiejskim płocie i o treści nasyconej – tak ukochaną przez buntującą wobec dookolnej rzeczywistości młodość – satyrą i groteską. Widzem zafascynowanym do granic egzaltacji animacjami, które nie przypominały w niczym tego, co się wcześniej oglądało w kinie… Jednako i ja własną podróż w piątkowe późne popołudnie na lubelskim Starym Mieście odbyłem

W centralnym punkcie większej z sal ekspozycyjnych galerii, pomiędzy dwoma oknami otwierającymi przestrzeń na Rynek i Wieżę Trynitarską w tle, zawisł – zapewne absolutnie nie przez przypadek – plakat do opery Woyzeck Albana Berga wg sztuki Georga Büchnera. Może to brzmieć nieprawdopodobnie, ale jak dziś pamiętam, gdzie ten, przyciągający wzrok swą formą, subtelnie atakujący falistą linią i krzyczący jej barwami, plastyczny anons operowego dzieła pierwszy raz w życiu zobaczyłem. W odleglejszej połowie lat 60. XX stulecia jeździłem do Warszawy na ładowanie kulturalnych akumulatorów, czyli wędrówkę po teatrach i kinach (miałem dwie ciocie na Ochocie, to ułatwiało eskapady). Plakat  naklejono na płocie okalającym budowę Ściany Wschodniej z Rotundą PKO i domami towarowymi Wars, Sawa i Junior, ciągnącym się od Al. Jerozolimskich aż po Świętokrzyską. Nie dało się go nie zauważyć, chociaż wtedy nie mogłem mieć pojęcia, że określony zostanie – przez Franka Foxa –  jako międzynarodowa ikona lat 60. i stanie się jedną ze sztandarowych prac polskiej szkoły plakatu (a do wystawy w GSSP KUL i przeczytania katalogu do niej, pojęcia zaś nie miałem, że Lenica uchodzi za autora tego określenia, które użył jako tytuł do artykułu o naszym plakacie w szwajcarskim piśmie Graphis; niestety nie doczytałem, komu zawdzięczam tę wiedzę, bo ekipa Mądzika przygotowująca program ekspozycji, chyba po raz pierwszy przegapiła nazwisko autora tekstu do niego).

Leszek wspominał na otwarciu o najwybitniejszych przedstawicielach tej szkoły, Romanie Cieślewiczu (zdążył go zaprosić do swej galerii jeszcze za życia artysty, mam tego świadectwo w domu i jestem z niego bardzo dumny), Henryku Tomaszewskim, Franciszku Starowieyskim, Waldemarze Świerzym… Potem w rozmowie ze mną zmitygował się, że zapomniał o Janie Młodożeńcu, a jego prace także pokazywał w swojej galerii, ale nie powinien się zbytnio przejmować, bo było ich wielu. Obok np. Waleriana Borowczyka, znanego później bardziej z filmów (także z animacji robionych wspólnie z Lenicą, o czym za chwilę), czy Wojciechów – Fangora i Zamecznika , chyba dziś już nieco zapomniani, chociażby Marek Mosiński czy Jóżef Mroszczak. My młodzi mieszkańcy kraju czasów siermiężnej gomułkowskiej „naszej małej stabilizacji” byliśmy dumni ze szkoły plakatu (oraz później, a byłem już na studiach, z powstania na tym płodnym podglebiu pierwszego na świecie Muzeum Plakatu w Wilanowie). Podobnie jak wcześniej z dogorywającej już w połowie lat 60. polskiej szkoły filmowej (ten termin wymyślili akurat Francuzi) i polskiej szkoły jazzu. Plakaty kształtowały naszą estetykę, nasz smak, chociaż nie mieliśmy świadomości jak bardzo – o czym mówił Lenica na wypożyczonym z TVP i pokazanym na wernisażu b. ciekawym filmie – wyróżniały się one na światowym tle tej formy grafiki oraz jak szokowały odrębnością i trzeba było mieć szczęście pojechać na Zachód (a PeeReL byle kogo tam nie puszczał) lub doczekać ustrojowego przełomu, żeby się przekonać z jakim – przynajmniej w filmowej sferze – plakatowym chłamem z hollywoodzką pieczęcią przychodziło tym naszym polskim arcydziełom konkurować. To nie była żadna konkurencja, co dziś, z perspektywy lat, jest jeszcze jednym powodem do dumy dla nas, dzieci Polski Ludowej. Wypada przy tym przypomnieć, że ci sami twórcy mieli dodatkowy wpływ na gust nie impregnowanego na te sprawy odłamu społeczeństwa. Taką ukrytą rolę spełniało m.in. kultowo z czasem traktowane pismo TY i JA (nawet w moim socjalistycznym pełną gębą Świdniku powstała wtedy kawiarnia o nazwie – fakt,że ktoś coś pokiełbasił w kolejności – Ja i Ty), które, jak to kiedyś ładnie ujęto, walczyło o coś szczególnego – o prawo człowieka do rzeczy ładnych. Wyróżniało się ono niezwykłą, powabną i zmyślną, dowcipną i syntetyzującą znaki przekazu szatą graficzną, której autorom był nie kto inny, jak Cieślewicz (później wyjechał do Francji i został takimż dyrektorem słynnego magazynu mody Elle, natomiast TY i JA jęło się niestety chylić ku upadkowi) a do nadwornych grafików – obok Świerzego, Tomaszewskiego i in. – należał właśnie Jan Lenica, autor pokazywanych przez Mądzika, wypożyczonych z wilanowskiego muzeum plakatów. Plakatów, dla jasności, nie tylko z dojrzałego okresu secesjonizującej linearności, falistości i ograniczonego detalu (np. jeszcze do filmu Janusza Majewskiego Sprawa Gorgonowej z tytułem po francusku), ale i prace malarskie, czystej wody obrazy, a także kolaże i papierowe wycinanki z wykorzystaniem tak charakterystycznych dla tej twórczości starych sztychów i powiększonych punktowych rastrów (np. Windą na szafot Louisa Malle).

W katalogu znalazłem też piękny cytat z Lenicy, który zresztą można symbolicznie potraktować jako paralelę do wspomnianej polskiej szkoły jazzu. Mawiał ponoć, że  sztuka plakatu zbliża się chyba najbardziej do jazzu: wszystko polega na umiejętności zagrania cudzego tematu po swojemu. Tak, to rzeczywiście – a to sięna wymądrzam! – esencja tej sztuki, ale i w tym miejscu pojawia się pretekst by przejść do innej dziedziny jego twórczości – do filmu, filmu animowanego, którego stał się mistrzem o światowej renomie. W pokazywanym na otwarciu dokumencie telewizyjnym z 1998 r. (w tym przypadku to ja – mea culpa – przegapiłem autora, ale wyśledziłem w internecie, że to Wyspa Jana Lenicy Marcina Giżyckiego, dokument powstały przy realizacji ostatniego filmu naszego bohatera, Wyspy R.O.) sam Lenica powiedział, że wkroczenie w tę dziedzinę płynęło z potrzeby wyzwolenia się od tej zależności, długu wobec innego autora i wypowiadania się osobistego, skończenie autorskiego.

Tu moja podróż sentymentalna jest czasowo bliższa, ot,  sięga drobne ćwierć wieku ( w młodości, chociaż były to czasy tzw. dodatków do filmów fabularnych, animacją się nie fascynowaliśmy, a poza tym dzieła Lenicy powstałe na Zachodzie długo do kraju nie docierały). Bodajże tyle lat temu zacząłem jeździć jako krytyk na międzynarodowe festiwale filmowe. Nie były to dobre lata dla polskiego kina, zdobywaliśmy nagród tyle co kot napłakał (dopiero na koniec owej służby, dwa, trzy lata temu w hiszpańskim Valladolid doczekałem tej radości). Człek zaczynał się wstydzić, że pochodzi z kraju afilmowego czy też filmowych antytalentów. Jednak zawsze w towarzystwie zakręconych fanów X Muzy znalazł się jakiś cudowny wariat, Serb, Czech, Hiszpan, Amerykanin czy Argentyńczyk, który na hasło polskie kino, a osobliwie film animowany, wykrzykiwał: – A, Lenica! I zaczynał snuć opowieść o urokach zrealizowanego z Borowczykiem Domu lub się cieszył surrealizmem zawartym w Panu Glowie. Nie będę się mądrzył na temat Lenicowych filmów, bo na wystawie nie są prezentowane. Są jedynie śladowo obecne we wspomnianym dokumencie Giżyckiego Wyspa Jana Lenicy, nakręconym trzy lata przed śmiercią artysty, którego inspirowany Kafką Labirynt, uznano swego czasu  w plebiscycie ogłoszonym na słynnym Międzynarodowym Festiwalu Filmów Animowanych w Annecy  jako piąty na liście najlepszych filmów animowanych świata, a którego plakaty tak bardzo ukształtował myślenie estetyczne artysty Mądzika i – przepraszam, że się ośmielam stanąć obok koryfeusza teatru i sztuki – krytyka Molika. Wyrażam tylko nadzieję, że do końca ekspozycji w Galerii Sztuki Sceny Plastycznej telewizyjny dokument będzie przy większej ilości widzów wyświetlany. Jest wspaniałym dopełnieniem plakatów bohatera wystawy i pokazuje jakie były horyzonty myślowe tego – że skorzystam jednak z nadużywanego terminu – prawdziwego człowieka renesansu. Z jaką łatwością poruszał się po różnych dziedzinach sztuki, a zaczynał od rysunku satyrycznego w powojennych Szpilkach, projektował też znaczki w Niemczech i uprawiał grafikę książkową dla dzieci oraz krytkę sztuki. Z jaką swadą opowiadał o przygodach filmowych, choćby o powrocie z Francji do Polski, żeby sięgnąć po sienkiewiczowski temat w Nowym Janku Muzykancie, bowiem tenże na Zachodzie był kompletnie niezrozumiały, hermetycznie polski i żaden producent złamanego grosza (centa, centyma) by na animację nie wydał, lub, przeciwnie, jak powędrował za ocean, bo tylko amerykańscy producenci mogli wyłożyć na inny jego pomysł. Wreszcie, jak za pan brat miał się  z twórczością  luminarzy humanistyki XX wieku na poziomie wiedzy i asocjacji, w tym np. z Ionesco, który, wspomniany gdzieś-kiedyś przez Lenicę,  zgłosił się, by napisać komentarz do jednego z filmów (nie do końca wiem czy chodzi o Nosorożca wg jego opowiadania).

Mądzik w swojej galerii prezentuje bardzo ważną wystawę, której obejrzenie jako powinność powinien traktować każdy kulturalny człowiek. Ale, Leszku, ostrzegam, że jeśli jeszcze raz, jak w miniony piątek, usłyszę od najbliższych sąsiadów  galerii, że Przecież ona ciągle zamknięta, upublicznię numer Twojej prywatnej komórki, żeby ludzie pragnący to uczynić ścigali szefa i ściągali go do bramy kamienicy przy Rynku 8, by rychło zdejmował rygle z żelaznych wierzei  i o to,  żebyś sobie przypomniał, iże wystawy na wernisażach stanowczo się nie kończą. Dixi!

PS. Ostatni akapit to – rzecz jasna – niecny mój żart. Spróbuję wytłumaczyć się z niego tak: po drugie, nie za bardzo wierzę sąsiedzkim donosom. A po pierwsze i najważniejsze: nie potrafiłbym zrobić takiej przykrości Przyjacielowi od lat… No, właśnie! Za miesiąc, na początku października, będziemy mogli – on i ja – podsumować, że przekraczamy magiczną granicę i rzec: – A liczba ich, czterdzieści i cztery! Czyż nie brzmi to czarodziejsko, Leszku Przyjacielu?     

Ewenement: Leśniczówka

Marabutowie – Asia i… Marabut (imienia nikt nie pamięta), Dżordżo i Gosia, Beatka i Paweł-Pawka,  Latosy – Wicio i Tereska, Mysza, Ewa, Paśniczek, Kijki – Ala i Wojtek, Machałki – Piotrek i Małgosia,  Mazury – Szucia i Waldek, Witek i jego siostra Anka z partnerem, Mała – tym razem bez Małego, Ryba z Sylwią, Lucynka i Waldi, Kargule… I nieformalny wódz tego towarzystwa, guru absolutny – Murzyn z Małą. I ich dzieci – Agacina z Chemią i ich synkiem, Murzynowym wnukiem ukochanym oraz Młody-Łukasz z urocza żoną. I coraz bardziej wakacyjnie zadomowieni: siostra Asi M. Lala z mężem Krzysiem oraz babcia Teodozja. I miejscowi, już wciągnięci w krąg: Marian z połowicą. I jeszcze dwóch, których imiona przepadły w mózgowych zwojach  sklerotyka. I jeszcze ktoś… (a wśród incydentalnie nieobecnych animatorzy-rezydenci i asymilanci: Zwiarzowie, Tadzia(o) z Basią, Hrabia, Jajcyś, brat Murzynowej Małej z żoną, Mrówka z mężem, Szuwałka, Profesor i Bóg raczy wiedzieć kto jeszcze).

Dziesiątki osób. Nazwiska, ale w większości obowiązujące od lat pseudonimy, ksywki użycia codziennego. Dziś mieszkańcy m.in.  Lublina, Zamościa, Chełma, Krasnegostawu, Mielca, Giżycka, Łodzi, Józefowa, Górecka, Warszawy, Kazimierza… Urzędnicy, biznesmeni, lekarze, prokurator, policjant, zasłużeni stypendyści ZUS, nauczyciele, handlowcy, nieustający podróżnik, dyrektorzy np. służby zdrowia, informatycy, naukowcy, gospodynie domowe, piloci wycieczek, dziennikarz, etc, etc. Jeżdżą razem na rajdy – według rutynowego, od lat ustalonego harmonogramu – na Pogórze, w Bieszczady, Tatry. Bywa, często-gęsto, że na wyprawy zagraniczne czy rejsy morskie. A na miejscu – to kanon i święty obowiązek o poranku, nawet po największej balandze – wędrują zimą na biegówkach a latem pieszo po rozległej okolicy i jeżdżą na rowerach, mocowanych uprzednio do niemal każdego z nawet dziesiątków przyjeżdżających w roztoczańskie knieje samochodów. A przede wszystkim, spotykają się na rozlicznych imprezach odbywających się pod – sądzić można – byle  pretekstem i z pasją, nie bacząc na zafałszowania, pogubione nuty i zapomniane słowa, śpiewają piosenki turystyczne.

Absolutny ewenement w skali nie tylko krajowej, ale zapewne i europejskiej a może i światowej. Zjawisko godne jak najpoważniejszych analiz socjologicznych, którego realia (powiedzmy: dane bazowe) mogą wprowadzić badacza w stan maligny płynącej z bezgranicznego zadziwienia. Oto grupa ex-studentów, członków działającego na UMCS (siedziba w Chatce Żaka) w latach 70. i 80. tamtego wieku Uczelnianego Klubu Turystycznego Mimochodek (reaktywował się z czasem z udziałem PTTK), znanego z organizacji rajdów oraz  Epidemii Piosenki Turystycznej Bakcynalia, a potem Roztoczańskiego Śpiewania na Polanie koło Górecka Kościelnego, trzyma się – za przeproszeniem – w kupie do dziś. Kiedy bodaj dwukrotnie spaliła się baza Almaturu na rzeczonej polanie w Puszczy Solskiej, a okazało się, że można podnająć od nadleśnictwa pół pobliskiej gajówki, zwanej od tej pory Leśniczówką, chyba już absolwenci (nie byłem tego świadkiem, dołączyłem do towarzystwa po latach) chyżo zdecydowali się na to. I odtąd na kolejnej polanie, powyżej zimnego jak górski potok Szumu, dla mnie najpiękniejszej na odkrytym dzięki mimochodkowcom Roztoczu, na rzucone po kraju – tam gdzie byłych żaków los zaprowadził – hasło, pojawiają się uparcie i ciągle od tych blisko 40 lat!!! Z czasem wszystko zaczęło pączkować. Rodziły się dzieci założycieli Leśniczówki. Wychowywały w śpiworach na eleganckim z czasem parterze i strychu murowanego budynku, w którym do teraz nie ma elektryczności a wodę ciągnie się z podwórkowej studni lub nosi z Szumu. Pieściły je do snu  przy ognisku piosenki rajdowe i szantowe, polskie i ukraińskie, irlandzkie i rosyjskie, śpiewy ukochane przez tych zarażonych pasją turystyczną, uzależnionych od nich jak od – co tu kryć, co tu gadać! – procentowych wzmacniaczy nośności głosów lecących nad puszczę. Dzieci te z czasem zaczęły rodzić swe dzieci i znowu brzmienie gitary i chóry nie zawsze anielskie przerywa szczebiot kolejnego Mimo-chod(ko)-obywatela. No i jęli dołączać do roztoczańskiej komitywy, do Leśniczówki (to już nazwa własna, symbol konstytuujący zjawisko)  znajomi i przyjaciele królika, koledzy sióstr i braci założycieli, akolici i trabanci, nawet tacy, jak pasujący do tego towarzystwa niczym pięść do nosa ja. Poszło w dziesiątki neofitów starej turystycznej religii, a dokładnie – to przypadek piszącego te słowa – osobników zafascynowanych i tymi ludźmi i tą okolicą. Okolicą, która z czasem zaczęła połykać kreatorów Leśniczówki. Wciąż są obecni, wciąż aktywni, ale mają już swoje domy w oddalonym o 2 km Górecku Kościelnym (Murzyn już na stałe, chociaż Mała dojeżdża tylko na weekendy; Beata i Pawka od niedawna sezonowo) lub w G. Starym (Marabutki)

Osoby z ułożonej na wstępie listy gościły w miniony weekend w porywającej urody obejściu Asi i Marabuta w tymże Górecku Starym, w gospodarstwie przytulonym niemal do ściany lasu Roztoczańskiego Parku Narodowego. Działo się to z tradycyjnej okazji jej urodzin-imienin i trzeciej rocznicy (ukułem slogan, że niektórzy wolą jubileusze na trójki) ich ślubu. Uwielbiam, a inni bez wątpienia też, ukształtowany już dokładnie gryplan tego sierpniowego święta, dużo dłuższego niż małżeństwo gospodarzy, bo sięgającego wstecz bodaj ośmiu lat. Jedzonko – na czele z sałem własnej produkcji i salcesonem włoskim jakby wyrwanym z polskich wesel wiejskich  – pod zawsze gwarantowanym pogodowo, rozgwieżdżonym niebem. Bar na szerokiej desce pomiędzy dwoma dębami (może tam tylko jeden, a drugie drzewo innej nacji?). W pewnym momencie galareta do jak najszybszej konsumpcji. I coś z grilla. I coś przywiezionego przez gości (pyszna napoleonka, zum Beispiel). A na drugi dzień, przez wielu uważany za dużo ważniejszy (sama gospodyni wciąż się zastanawia czy taki on nie jest), pyszny, leczniczy bon-żurek i 500 różnego rodzaju pierogów, ulepionych przez babcię Todzię, tak naprawdę niezwykle żywotną, nie potrafiącą żyć bez nieustającej aktywności a doprawdy leciwą mamę Marabuta.

To jubilatka-solenizantka Joanna, która na co dzień pracuje z artystami w lubelskim oddziale ZPAP, podpuściła mnie nieco w piękną roztoczańską noc, żebym zajął się fenomenem socjologicznym definiowanym słowem Leśniczówka. Miałem być socjologiem, los chciał, że nigdy nim nie zostałem. Nie będę się zatem mądrzył i próbował dokonać jakiegoś podsumowania. Pozwolę sobie przepuścić wszystko przez własny filtr. Przy tym mam  świadomość, że przez  te ponad 15 lat (to Marabut, wówczas mój sąsiad  z wieżowca na Kalinie, mnie w ten układ wprowadził) tolerowano mnie tam i przyzwyczajono się jakoś do mej zupełnie nie pasującej do reszty osoby, a teraz co nieco sobie w Leśniczówce przechlapię. Trudno, zaczynam. Mam dwie ogromne fobie. Pierwsza: Nie cierpię piosenki turystycznej. Od zawsze rymowała się z innym przekonaniem. Mianowicie podczas studiów za – pardon! – kretynów uznawałem ludzi chodzących na rajdy (jak moja ówczesna dziewczyna poszła na taki w Bieszczady, to ją po prostu rzuciłem). Śpiewy o wyższości gór nad powierzchnią płaską czy o kilwaterze ciągnącym się smętnie za żaglówką uważam do dziś za skaranie boskie i za każdym razem w Leśniczówce przeżywam katusze słuchając większość tych songów. Drugie uczulenie: Nie znoszę cudzych dzieci, osobliwie tych z ADHD, głośnych, krzykliwych, zarozumiałych, pępków świata anektujących wszystkich dookoła a takimi Leśniczówka była zawsze upstrzona jak rasowy keks bakaliami. Agresja takich gówniarzy budzi we mnie – a przeklnijcie mnie! – dzikie, mordercze instynkty i nic już na starość z tym nie pocznę.

Powody mej agresywności w Leśniczówce nadal funkcjonują i nieodmiennie maja się jak najlepiej. Ba! Zda się, że Leśniczówka nie potrafi bez nich żyć. Powinienem zatem popełnić seppuku, albo przynajmniej obydwa Górecka omijać najszerszym łukiem. A jednak! Ja po kilkunastu latach  - fakt, że nie za częstych  - pobytów w Leśniczówce, bez  tego niezwykłego  towarzystwa, uczącego mnie swą pasją pokory, nie potrafię już żyć. Jestem chory gdy, jak w tym roku, udało mi się poprzebywać z nim tylko dwa razy. Jestem – nawet w swej tolerowanej jakimś cudem osobności –  przeszczęśliwy kiedy w tym tłumnym a zaczarowanym kole się znajdę.

Zdaje się, że złożyłem właśnie u stóp Leśniczówki największy komplement na jaki mnie stać.

Jagielloński dar

Zakończył się już czwarty Jarmark Jagielloński. Odpowiednie podsumowania zapewne już zostały w mediach upublicznione. Nie czytałem, nie oglądałem. Specjalnie. Żeby nie wpisywać się w przewidywany ciąg komplementów, ochów i achów, aklamacji uwznioślonych.  Siedzę, przegryzając znakomitą, acz za drogą, kiełbasę wiejską spod Biłgoraja (stoisko na rogu Bramowej i Rynku, tuż koło Czarciej Łapy, reklamy nie robię, bo go już nie ma, poza tym z posłem PO producent chyba nie miał nic wspólnego, bo miałby stanowiska na wschodniej części Placu Po Farze) i zastanawiam się, czego się czepić w dobrej konstrukcji i sprawnej organizacji największego artystyczno-komercyjnego wydarzenia lubelskiego lata ‘2010. Nawet jeśli zamiotę przed jego organizatorami odpowiednim atrybutem i zakrzyknę: Chapeau bas!, nie ma tak, żeby być wyłącznie urajcowanym i padać z wrażenia na kolana.

W przeciwieństwie do poprzednich jarmarków z jagiellońskiego daru (oj, ułatwił Lublinowi promocyjne życie Władysław, zwycięzca spod akurat 600-letniego Grunwaldu!), na tym byłem od początku do końca. To znaczy, do końca, który sugestywnie mi określił przyjaciel szefa przedsięwzięcia, Piotra Zieniuka, spiritus movens większości afer kulturalnych z kręgu Lublin 2016 Rafał „Koza” Koziński, znany ostatnio z adekwatnej, przez wszystkich zainteresowanych rozpoznawanej ksywki „człowiek miasto” (bingo!, ale i cały KoZa!). W niedzielę, gdzieś przed godz. 19 spotkałem go wychodząc z Rynku. Moją decyzję powrotu do domu po godzinach spędzonych jarmarkowo, podbudował rozkazem: – Moliś, spieprzaj jak najszybciej. Tu już nie będzie się nic dziać. Mamy kontakt meteo z lotniskami i za 20 min. przyjdzie taka nawałnica, że Lublin nie widział! – dodał, jak to on, z całą pewnością swego komunikatu. Zdążyłem się jeszcze spytać, czy organizatorzy nie planuje podsumowania J.J. (po pierwszej jego odsłonie, udało mi się w takiej uroczej aferze w jednej z knajp w okolicach Placu Po Farze uczestniczyć), a guru animatorów kultury wypalił: – Nie! My tu pracujemy! Omal nie padłem z wrażenia. Ale nie doszło do tego. Zdołałem jeszcze przez martwiejący plac farny zejść na dół Grodzkiej, zajrzeć na moment do miłej znowu Szerokiej – Hadesu, odczekać na przystanku pod Zamkiem blisko – w stosunku do rozkładu – 25 min. na pojazd MPK nr 32 (w święta, a szczególnie połączone z upałami, mają tendencję do symulowania, że są bolesne i nie mogą planowo jeździć – przećwiczyłem to już wcześniej, kierując się w stronę miasta), dojechać, pomaszerować karnie do mego wieżowca, wdrapać się na swoje 6. piętro a burzy nie doczekałem. Przyszła dobę później (niedawno się skończyła). Jakaś delikatna. Z Bogatynią i niedzielną Pragą wspólnego nie mająca nic. Będę musiał przy okazji kopnąć KoZę w… kostkę. Niech i i on zostanie tytularną ofiarą globalnego ocieplenia i falsów meteorologów.

Dzień wcześniej trafiliśmy się z najbardziej rzutkim animatorem kultury w pojagiellońskich dziejach Lublina obok sceny, na której szalała podstawowa muzyczna gwiazda Jarmarku J., pleno titulo, Trebunie-Tutki i Kinior Future Sound. Każdy kto, nawet nie tyle zgłębił, a dotknął działalności kapeli z Białego Dunajca, wie, że lata po rozpoczęciu współpracy z jamajskimi The Twinkle Brothers i zadomowieniu się na dobre w nurcie World  Music  w towarzystwie innych gigantów (Voo Voo, Ordo Sachna, Krzysztof Ścierański), mają już cudownie opanowaną metodę, jak powodować tłumami. Dokładnie, ceprami, zawsze pokornie przyjmującymi góralskie przekonanie o wyższości nasienia spod Tatr. Dla etnografa, który zagości w oddalonej o kilka kroków siedzibie Stowarzyszenia Twórców Ludowych i poglądającego z okien mieszczącej je kamienicy przy Grodzkiej 14, propozycja Tutków ma prawo budzić zgrozę. Toż to twórczość oparta absolutnie na najsłynniejszej, najpopularniejszej części kanonu folkloru podhalańskiego, aż do znudzenia przetwarzanego na najróżniejsze sposoby. Trzy, cztery śpiewki: o Janicku, połoninach i „śle (o?)bodzie”, którą tak Górale cenią. I tyle! Krzysztof Trebunia, talent bezdyskusyjny, człek nie w ciemię bity, musi mieć świadomość tych komercyjnych ukłonów i zatracania folklorystycznego źródła, bo niejednokrotnie na gwiazdę gwiezdnej grupy wyawansowywał Włodzimierza Kiniorskiego „Kiniora”, saksofonistę o bezgranicznej inwencji jazzowej, „górala świętokrzyskiego, z gór starszych (cóż za elegancja! – przyp. AM) niż Tatry”. Słusznie! Bez niego górale z podhalańskiej rodziny odwalaliby już tylko czystą chałturę.

KoZa o poziom Trebunio-Tutkowej prezentacji był dziwnie spokojny. Zawróciłem mu głowę pytaniem, dlaczego strzałka w z napisem TOALETY, wisząca na przyplacowej ścianie MDK nr 1, kieruje ludzkość w niebyt, na dwie odnogi schodków w stronę Podwala, gdzie i tak TOI-TOI-ków nie znajdę (temat na oddzielne opowiadanie, może podejmę go felietonowo w najbliższym ZOOMie) . Zaproponował mi osobiste wprowadzenie na zaplecze sceny, gdzie zaiste jakaś sławojka stała. Zdzierżyłem i nie skorzystałem. Doglądał pokaz fire show, zgodnie z programem towarzyszącej góralom grupy Sigillum Ignis z bardzo satanicznego, jak się podle nazwy zespołu okazuje, Parczewa (a ja, naiwny, sadziłem, że tam jeno produkują moja ulubioną musztardę sarepską – swoją drogą od lat nie wiem , kto zacz, tan Sarep; sorry, już wiem, niezawodne Google: Nazwa pochodzi od miejscowości Sarepta (obecnie Krasnoarmiejsk) pod Donieckiem.). Już cieszył się, że zaraz po koncercie parczewiacy(-nie?) powędrują z jarmarcznym symbolem, Kurą (ponoć wzięła udział w ponad 15 paradach J.J.), oraz różnymi bębniarzami, muzykami etc. – Wiesz, że wczoraj rozwaliliśmy lubelski clubbing? – zadał mi Rafał inteligentne pytanie. Próbując doskoczyć do jego poziomu, podrążyłem: – Co to znaczy? No, to mnie iluminował: – Poszli artyści z bębnami i muzyką na deptak i ze słynnych dyskotek, na hasło, że jest afera, wszyscy z podziemi powychodzili i się z nami bawili. Dodał jeszcze opowieść o policjantach, którzy potem dotarli na Stare Miasto i próbowali rachować się z organizatorami za „incydent” deptakowy. Czujny jak zwykle, przewertował wcześniej przepisy o ciszy nocnej, która już niejednokrotnie była kością niezgody na Starówie. Ja się na tym nie znam, ale on twierdzi, że taki przepis nie istnieje, dopóki… ktoś z mieszkańców nie interweniuje, że mu ta cisza jest zakłócana. W każdym razie, dał dowódcy patrolu radę (w logice formalnej fachowo to się nazywa dyzjunkcją Sheffera), że albo się wyluzuje, albo zmieni rewir. Mundurowy wybrał drugą z propozycji. KoZa Koziński, nie kryjąc radości (to takie jego podskakiwanie na szczudlastych nogach), podsumował jarmarkowo jagiellońskie przeżycia i lubelską aktywność kulturalną krótko: - Dzieje się !!!

Rzeczywiście. Czego się więc chcę czepić? Do czego od początku tu zmierzam? Nie pozjadałem wszystkich rozumów. Wciąż, nawet jako stypendysta ZUS, uczę się wiele, szczególnie teraz, gdy spotykam tylu fajnych młodych ludzi, którzy maja prawdziwe serce do kultury. Nie wiem częstokroć jak reagować na pewne posunięcia, decyzje. Nie umiem do dziś powiedzieć, czy lepiej było jak festiwal flamenco, obecny, po rozbudowaniu, Fiesta Alegria, miał charakter ludyczny, wręcz, w naszym przypadku, populistyczny i jego koncerty odbywały się w muszli Ogrodu Saskiego, czy lepsza jest ta wersja aktualna, osadzona wyłącznie w kręgu naszego turystycznie i – dziś już – artystycznie najważniejszego Starego Miasta? Do miana festiwalowego pępka wyawansowana została wciąż kameralna (i taka już ona zawsze będzie) sala Teatru Andersena, ale po raz pierwszy w historii miasta nad Bystrzycą  (zauważcie, rezygnuję z ulubionego, zabezpieczającego moje bzdurzenia słowa „bodaj”) wciągnięto w niebagatelne wydarzenie staromiejskie knajpy. Spróbujmy policzyć, w ilu coś się fiestowo działo: Restauracja Hades Szeroka (także klub festiwalowy),  Pub & Restauracja U Fotografa, Kawiarnia Artystyczna Czarna Inez, Restauracja Hiszpańska Tancerka i – jako współorganizator – Winiarnia La Passion du Vin z Krótkiej.  Mało przy ponad 40 knajpach za Krakowską Bramą? No, to sobie zdajmy sprawę, że całe szeregi rynkowych lokali przy okazji takich np. Innych Brzmień, z małymi wyjątkami niemal współorganizatorów (Gramofon, Mandragora, może jeszcze Sielsko Anielsko), zachowują się, bez obrazy, jak pasożyty. Z ich ogródków, osobliwie tych po południowej stronie Rynku świetnie koncerty z estrady było słychać. A kasa za browca i żarełko przy ponadnormalnie do późnej nocy wypełnionych stolikach głośno biła.

Nawet nie próbując uczestniczyć we wszystkich jarmarkowych wydarzeniach (w tym dopadłym nas upale, byłoby to zboczenie), dostrzegam jego rozliczne walory. Nie da się ich (z powyższych względów) wyliczyć wszystkich. Mnie się podoba np. ze obręb J.J. zostały wciągnięte poniekąd oboczne lubelskie wydarzenia o festiwalowych znamionach. Z jednej  strony,  jest to posiadający długą już tradycję, bo XVII Ogólnopolski Przegląd Hejnałów Miejskich. Będę zawsze pamiętał, że w Kurierze Lubelskim, w którym spędziłem ponad pół życia, miał się świetnie, bo zajmował się nim osobiście zainteresowany sprawą kolega o nieprzeciętnych przebojowych zdolnościach ukręcania bicza z g… (dziś ponoć robi to już urzędniczo). Nigdy nie miał nic wspólnego z kulturą, ale z władzą – owszem. Hejnału żadnego miejskiego – oprócz lubelskiego i krakowskiego, na który jesteśmy skazani od dziecka – ja, ten od wydarzeń kulturalnych, nie słyszałem. Teraz przynajmniej wiem, ze da się tego posłuchać, najlepiej przy przerywnikach big bandu, podgrywającego Preslay’owe Love Me Tender i  innych, dalekich od Lubelszczyzny jak stąd do Nowego Orleanu hitów. Drugi z wprowadzonych w obręb J.J. festiwali sam uparcie propagowałem od czasu, gdy z wydarzeniem spotkałem się kilka lat temu w Kawiarni Artystycznej Hades, ale dzięki ekipie Ośrodek Brama Grodzka – Teatr NN. Chodzi o Festiwal Opowiadaczy Słowodaję. To nie są jedyne zasługi ekipy Piotrka Zeniuka. Nie sposób nie zauważyć wręcz  reanimacji , ożywienia obecnego na Starówce jeszcze od czasów dwóch knajp, Czarciej Łapy i posadowionej vis-a-vis Mieszczki, STL (było zauważalne – w różny sposób – jak kol. europoseł Zdzisław Podkański, najsłynniejszy swym prymitywizmem minister kultury ostatnich dziesięcioleci chciał łaskawie być tym zainteresowany). Przykładów da się zebrać więcej.

Sprawy odwleczone będą naprawione (przywleczone?). Jeśli już próbuję porachować się z Jarmarkiem Jagielońskim i jego organizatorami, to widzę, że „trochi” by się tego uzbierało. Odpuszczę jednako. Wrócę jedynie do konika, który koledzy animatorzy już znają, z nim, czyli ze mną, dyskutują,  a ja wciąż uważam, że to pryszcz na Centrum Kultury, tej firmy poniekąd remontowo zdeklasowanej, ale i poddającej się autodestrukcji. Warsztaty Kultury, z których wywodzi się ekipa animująca Jarmark Jagielloński i najcenniejsze wydarzenia promujące  Lublin jako wymarzoną Europejską Stolicę Kultury 2016 (jakkolwiek warto dostrzec w spisie partnerów J.J, że ta, jako kandydat, wcale nie jest na pierwszym miejscu!), oficjalnie filia CK,  najwyraźniej zaczynają  żyć własnym życiem. I – pardon – wypinać się na inercję kolosa na rozdrganych nogach z waty, tego już odległego, z Narutowicza. Dla mnie to niewyobrażalne… Przepraszam, być może padły zbyt mocne słowa. Więc.. To dla mnie niepokojące, martwiące, smutne, że w TYM SAMYM CZASIE co tak ważny dla naszego miasta jarmark, to samo Centrum Kultury  organizuje, rękami innego działu, w muszli Ogrodu Saskiego Festiwal “Shalom – Spotkania z kulturą żydowską”.

Mea culpa! Nie miałem tym razem pod ręką aktualnego ZOOMa. Nie przeglądałem w upalnym lenistwie przysyłanych mailowo newsletterów (te firmowane jako Lublin 2016 są skonstruowane karygodnie, ktoś kogoś przyjął do pracy po to, by ten odwdzięczył się… katastrofą) . Nie pilnowałem terminów. Ale jak mi ktoś na jarmarku powiedział, że już jest po „Shalom”, szlag mnie trafił. Kurczę! Przecież tydzień wcześniej w Lublinie się nic nie działo i wtedy z ogromną przyjemnością obejrzałbym tak interesujący mnie, poświęcony zakatrupionym przez tow. Stalina artystom  program Andre Ochodlo Moskwa 1952. Przecież organizatorka tego festiwalu, jedna z najbardziej doświadczonych (czy to nie brzmi symbolicznie?) pracownic CK, musiała doskonale znać termin odbywającego się już po raz czwarty jarmarku. Przecież jest jakieś ciało ogarniające – jak widać, mocno teoretycznie – co czyni prawica, a co zbuntowane dziecię z ul. x. Popiełuszki.

Ekipa Warsztatów Kultury nie jest bez winy, jakichkolwiek argumentów obronnych by nie używała. Wydawało się, że tak bliska po przeprowadzce do Warsztatów K. muszla w Saskim będzie jej naturalnym miejscem działania i wizytówką. Tym bardziej, że tam – chwaląc się niemożebnie, co to też zdołała już zdziałać – zdobywała w swym dziele ostrogi. Porzuciła je na zardzewienie. I to jest smutna oboczność jagiellońskiego daru. Tako rzecze stary, doświadczony Molik.

Stacyjka nie PKP

Znowu mnie zżarły inne obowiązki. To z ich powodu z festiwalu Fiesta Alegria (ludzkość złośliwa mawia: Algieria, a nawet Alergia) korzystałem pobieżnie – a szkoda! – tylko jeden dzień a z Dwóch Brzegów w Kazimierzu i Janowcu musiałem w ogóle zrezygnować. Żeby wrócić do blogowej równowagi, zacznę nie od porachunków imprezowych, ale od wspaniałej według mnie historyjki o charakterze anegdotycznym.

Nie mam zamiaru uprawiać tu kryptoreklamy i rozsławiać staromiejski lokal, który zresztą (można rzec: jakkolwiek go…) bardzo lubię i cenię, ale jego nazwę muszę w tym miejscu przywołać, bo inaczej anegdotę trafi przysłowiowy szlag. Chodzi o Stacyjkę, kafejkę działającą przy Rynku tuż – po skręceniu z Bramowej w prawo – za  Czarcią Łapą, zgodnie z nazwą ozdobioną przez byłych właścicieli legendarnej śp. Winiarni u Dyszona gadżetami o kolejowej proweniencji (najbardziej zawsze mnie rajcuje przykręcona do drzwi jednej z toalet tajemnicza – cóż to na litość było?, nikt mi nie jest w stanie odpowiedzieć -  tabliczka  z epoki Peerelu z adekwatnym do aktualnego miejsca napisem: „Rozluźniacz”)

Zdarzyło się było, że w miniony piątek po godz. 19 umówiłem się w Stacyjce w celach całkiem poważnych. Z godzinę wcześniej dotarła nad Lublin jedna z tych nawałnic, jakie w ramach globalnego ocieplenia funduje nam natura od maja, a może i wcześniej. Lało niemożebnie. Deszcz atakował falami układającymi się w filmowe (przy słabych produkcjach) firanki czy też zasłony. Pioruny waliły sążniście. Moja Dama najmilsza  zakomunikowała zdecydowanie, że nie ruszy się z domu inaczej jak „fly by taxi”. Zamówiłem pojazd w zaprzyjaźnionym od lat systemie, który ongiś korzystał z numeru 919, ale teraz (tu uniknę nawet kryptoreklamy) tak rozbudowanego do bodaj siedmiu cyfr, że za każdym razem dzwoniąc muszę zaglądać do ściągi (nie lubię, nawet bez narażania się na koszta, zamawiać taksówek np. w Nowym Targu). Jeszcze przed zapowiadanym przez dyspozytorkę czasem zjawiło się auto z numerem 209 na kogucie, kierowane przez znajomego, nader sympatycznego taksówkarza. Umówiliśmy się po przyjechaniu pod stacyjkowy ogródek, że ewentualnie w nocy – a Pan szykował się na służbę do rana –  zamówię powrót na moją głęboką Kalinę właśnie z nim.

Jak się rzekło, tak się stało. Po obowiązkach i przyjemnościach w dalszym ciągu wieczoru, ok. północy przyszedł czas pożegnania z rozlicznym towarzystwem. Zadzwoniłem na byłe 919 i poprosiłem o taxi nr 209 pod – pamiętam to dobrze – „Stacyjkę przy Rynku”, zaznaczając, że kierowca dobrze wie, gdzie to, bo przywoził nas tam. Pani dyspozytorka przyjęła zamówienie i wypowiedziała stałą formułkę ze zmienną czasową. Tym razem brzmiała: – Będzie za około 8 minut! Minęło minutek 10, 15 a może i 20, a obiecanej taxi widać nie było. Zdesperowany, ponaglany przez mą Piękną Damę (zmilczę, ile godzin przed północą lubi wpaść w objęcia Morfeusza), zadzwoniłem ponownie do centrali systemu. Pani mnie przepytała czy to ja zaiste taksówkę zamawiałem i dlaczego mnie nie ma tam, gdzie ją wysłała. Mianowicie na… stacji PKP.

Naprostowanie sytuacji i dojazd na Rynek trwały jeszcze kilkanaście minut, ale zdaje się, że przed 1 w nocy, uśmiany po pachy byłem już w domu. Na drugi dzień inny zaprzyjaźniony taksówkarz byłego 919 opowiedział mi, że anegdota zrobiła już wielką karierę u jego kolegów, chociaż pani dyspozytor „szła w zaparte” i twierdziła, że owej nocy słusznie numer 209 pokierowała pod Dworzec Główny PKP.

A ja się zastanawiam czy ta opowiastka nie powinna się stać sztandarową reklamą Stacyjki. Tej przy Rynku.

Odrębna Ukraina?

Oglądam w Warsztatach Kultury Ukraiński zriz – Ukraiński przekrój. Czytam sprawozdania – recenzje z wernisażu lubelskiej wystawy. I nie mogę się nadziwić, że żaden z krytyków nie dokonuje porównania jej z otwartą tydzień wcześniej w Lwowskim Pałacu Sztuki, animowaną tymi samymi siłami (wszystko odbywa się w ramach programu TRANS_MISJA_LUBLIN_UKRAINA) ekspozycją Siła Sztuki z kolekcji Lubelskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Brakuje go, chociaż większość z piszących teraz o wydarzeniu z ul. x. Popiełuszki było obecnych siedem dni wcześniej na ul. Kopernika we Lwowie, a jeśli nie, to dobrze zna zbiory naszej Zachęty tam prezentowane. Spotkamy na piśmie tylko odpryski sposrzeżeń: że Ukraińcy nie malują pejzażu, martwej natury, tematu Zagłady czy też nie uprawiają performance’u. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nasze siły krytyczne za ważniejsze uznały przedwernisażowe spotkanie w jego przededniu z kuratorem wystawy Vłodko Kaufmanem, który akurat performance uprawia, upamiętnił się ongiś świetnym w naszym CK, a ostatnio – znowu znalazłoby się sporo świadków – wręcz fantastycznym w Willi Jarosza na majowym IV Międzynarodowym Festiwal Brunona Schulza w Drohobyczu.

Co do porównań, trudno! Taka konwencja (tamta wystawa – znam to myślenie z własnej dawnej gazety – została już opisana, teraz czas na kolejną). I ja nie będę wyskakiwał przed szereg, żeby udowadniać, że sztuka polska w ogóle, ergo i ta zbierana przez Zachętę, nie jest tak „narodowa” jak ta z Ukraińskiego przekroju. Ale jakoś nie mogę się pogodzić z tym, że mamy w odbiorze dzieł przywiezionych na miesiąc do Lublina stosować odrębną optykę i pod czaszką nieść ostrzeżenie: patrz na to inaczej, bo oni to inaczej widzą. Że musimy pamiętać, iże chodzi o sztukę tworzoną ze świadomością miejsca i kultury, do której się przynależy, oraz że osiąganie tej świadomości jest pewnym procesem choćby dlatego, że korzenie kultury ukraińskiej, w tym nowoczesnej sztuki ukraińskiej, były niszczone i zniekształcane. Oraz, że, zdaniem Kaufmana, poprzednia taka “przekrojowa” wystawa prezentowana w Polsce, przygotowana w 1993 r. przez Jerzego Onucha – “Stepy Europy. Nowa sztuka Ukrainy”, była tak naprawdę pokazem sztuki nie ukraińskiej, a postsowieckiej.

Tymczasem, jeśli ktoś trafi na ekspozycję w WK CK (przyzwyczajajmy się do nowych skrótów) do 24 sierpnia (oby, bo to wobec centrum miasta wygwizdowie!) nie musi znać ani deklaracji Kaufmana, ani organizatorów z niezawodnym i niespożytym w swych siłach Rafałem Kozą Kozińskim na czele, ani – tym bardziej – krytycznych enuncjacji koleżeństwa dziennikarzy. Musi natomiast obowiązywać stara zasada, że odbiorca to tabula rasa. Zapisana ta tablica winna być w bezpośrednim kontakcie z obrazami, rzeźbami, grafikami, rysunkami, banerami etc Ukraińców. W Lwowie na Zachęcie nikt nie tłumaczy, że np. zgromadzone tam  liczne dzieła Mikołaja Smoczyńskiego, to tylko margines jego najważniejszej działalności artystycznej, zaprzepadłych a tak porywających, tworzonych ad hoc i na krótko obiektów i instalacji, czy, że eksponowane prace konceptualistki Teresy Murak prawie nijak się mają do ulotnych realizacji tej artystki ziemi i powstały trochę w akcie rozpaczy, że nic prawie dla przyszłych pokoleń po niej nie pozostanie (bo gdzież np. ta rzeżucha, która rosła na pokrywającej jej ciało mokrej sukni?). Wyważam otwarte drzwi? Dobrze, niech będzie. Ale tak to widzę. Socrealizm też na tym polegał, że – wbrew nadziejom jego twórców, wierzących w łopatologiczną dosłowność „artproduktów” – trzeba go było pierwej tłumaczyć, podbudować ideologicznie. Coś zatem z tej epoki u naszych wschodnich sąsiadów zostało.

Dlatego po Zrizie warto zrizowo, czyli przekrojowo spacerować, bo wystawa – jak słusznie zauważył Grześ Józefczuk – nie jest  męcząca, a przeciwnie – ma miły walor przekonywania do siebie, chociaż równocześnie jest koszmarnie nierówna. Ale każdy znajdzie dla siebie jakieś perły i to wcale nie rzucone przed wieprze, jak te Świnie elektryczne Oleksy Furdijak (będę się upierał, że to kobieta, więc nie Oleksego), które „kopią” tych, którzy próbują pieścić ich ogromniaste, metalowe grzbiety. Łowcy sensacji już po mieście rozpuścili wieść, że na wystawę warto wybrać się, żeby zobaczyć obrazoburcze, nasycone seksualnością trzy „warzywne” płótna skrajnego ironisty Ihora Pereklity. Rzeczywiście, pozostawiają odbiorcę w stanie podekscytowanego rozbawienia, a przy tym w pełnym podziwie dla walorów malarskich prac z paskudnie pokracznymi napisami jak z prymitywnych makatek. W Miłość to pierdoła z kapustą w roli głównej, zajączek kapustnik nadużywa a może i defloruje piękną panienkę. W Rzepaku z napisem Krizowij biodizel mołodoi dzierżawyKryzysowy biodisel młodego państwa, inna piękność jawi się na tle żółtego pola rośliny, która i u nas w programowej wersji niejakiego Leppera miała być remedium na benzynowy kryzys. A pomiędzy tymi skrzydłami swojskiego tryptyku objawia się rarytas największy, którego tytułu nie zamierzam, w przeciwieństwie do mego kolegi z GW,  eufemistycznie tłumaczyć, no, z wyjątkiem pierwszego słowa: Pielcie.  Brzmi ono – izwinitie, że zabrakło tu cyrylicy – w oryginale: Sapajte diwki buraki abiz was niwyrosli kurwi. Trzeba przy tym zobaczyć, jaki kontrast stanowią na obrazie kreślona naiwną kreską staruszka, pieląca motyką narodowe warzywo ukraińskie i pouczana cytowanym napisem piękność z pierwszego planu. Subtelnością kładzenia farby, wydobywania cudowności włosów i światła zaczarowanego w każdym ich puklu, walory malarskie dzieł są bez mała porównywalne z osiągnięciami mistrzów weneckich z Giorgione i Tycjanem na czele.
Wędrując dalej po zaaranżowanej inaczej niż zazwyczaj przestrzeni Warsztatów Kultury, odkryjemy swych faworytów. Już tylko symbolicznie potraktuję moich. Oto oni: Vlada Ralko z graniczącymi z abstrakcją trzema ekspresjami pełnymi niedopowiedzeń. Zupełnie niezwykły poliptyk Pavlo Kovacha, pięcioczęściowy obraz ADAMNA. TERRA 2. Zwycięstwo, malarsko w sposób dyskretny, niemal ukryty nawiązujący do sowieckiej przeszłości Ukrainy, krzyczący dopiero przypiętymi doń czujnikami jak z EKG, których przewody zbiegają do stojących poniżej dzbanków (urynałów?). Nie dziwię się, że Kaufman wprowadził tę pracę w wystawę, bo bardzo odpowiada założonej przez komisarza idei. Następnie monumentalny, realistyczny (by nie rzec: soc-) Zespół Viktora Pokidanetsa, kolejny przykład gryzącej ironii, skoro na ośmiu roboli w kaskach schodzących po trapie z jakiejś budowy oczekuje na dole bonza w futrze z gatunku bajkowych. I jeszcze zupełnie nieukraińskie, subtelne akty Yuriya Kovala. I jeszcze łączące miejscową tradycję z zakusami popkultury banery Olega Pistola, dowcipne, swobodne w wyrazie i bardzo indywidualne – z pieczęcią artysty. I Tiberii Silvashi ze swoim kompletnie abstrakcyjnym, dwukolorowym tryptykiem o skończenie bezpretensjonalnym tytule Malarstwo. I zupełne sakralne zaskoczenie w tym otoczeniu, nawiązujące do ludowej tradycji Zmartwychwstanie Miroslava Yahody. Albo – niech zostanie na koniec i na pocieszenie tu pokrzywdzonych – Adolf Roberta Salliera, rodzaj porachowania się z pewnym nikczemnikiem, któremu już jako dziecięciu na nocniku wilk patronował.

Mało? W tej mocno przegadanej już od przedwernisażowego preludium wystawie, bez wątpienia znajdziecie coś na Wsz gust. Idźcie, sprawdźcie! Wcale ta Ukraina nie jest taka odrębna. I dobrze!

Maxa dar

Wyjazd w miniony weekend do Lwowa na otwarcie wystawy Siła Sztuki z kolekcji Lubelskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych (duże przeżycie; w dziale Kultura DW ekspozycję ciekawie opisała i udokumentowała fotograficznie Agnieszka Mazuś – polecam!), następnie wypełnianie obowiązków wobec innej redakcji oraz wobec festiwalu organowego na Czubach sprawiły, że dopiero teraz wracam do miłego obowiązku. Za taki uważam napisanie chociaż kilku słów o anonsowanym tu poniżej V Festiwalu Muzyki i Tradycji Klezmerskiej w Kazimierzu.

Udało mi się pouczestniczyć tylko w pierwszych dwóch z pięciu dni jubileuszowej edycji hipersympatycznego festiwalu. To za krótki czas, żeby cokolwiek sumować. Trudno też zajmować się wszystkimi punktami ciekawie skonstruowanego programu (jakkolwiek już dało się odczuć, że klezmerzy.pl – warsztaty&koncerty wracają  do świetnej formy z pierwszych dwóch swych odsłon), chociaż trochę żal, bo… Bo np. koncert i wystawa w Synagodze Żydowskie talenty okresu  międzywojennego – Grafoman Włast, dowodzą jak konsekwentną robotę wykonuje dla festiwalu i dla nas, jego uczestników, prezentujący je Marek Ravski. Pamiętam jak ten najwytrwalszy z artystów FMiTK, którego niemiłosierny, tubalny głos słyszy się w Knajpie u Fryzjera każdego roku, oferował nam dwa lata temu pokrewny koncert  Jak drogie są wspomnienia, na który się składały przedwojenne piosenki filmowe i kabaretowe innych kompozytorów pochodzenia żydowskiego – Henryka Warsa, Artura Golda, Jerzego Petersburskiego.

Postanowiłem zająć się jedynie wydarzeniem tych dwóch dni dla mnie najważniejszym. Popisem Max Klezmer Band, kapeli, która w przywiązaniu do festiwalu U Fryzjera zaczyna się ścigać z Ravskim, skoro jest obecna na trzech kolejnych i niewątpliwie jest najczęściej goszczącym na kazimierskiej imprezie reprezentantem krakowskiej szkoły klezmerskiej (Kroke było tyko dwa razy). Można mnie oczywiście posądzać o kumoterstwo. Wcale nie kryję, że jestem od lat zaprzyjaźniony z twórcą i liderem bandu, kontrabasistą Maxem Kowalskim (wiem, że powinienem w odmianie pisać „Maksem”, ale nie lubię tego spolszczenia, traktującego z góry uroczą literkę „x”). To on skomponował znakomite podkłady muzyczne do już trzech lubelskich spektakli w reżyserii Łukasza Witt-Michałowskiego – Kamieni w kieszeniach i Ostatni taki ojciec Sceny Prapremier InVitro oraz – o czym zapomniałem pisząc o tym ostatnim razem –  zrealizowanej w lubelskim Areszcie Śledczym Lizystraty Teatru Pod Celą (swoją drogą, też wyrasta on na stałego gościa festiwalu – w tym roku pokazał w Synagodze Rozmowy z Katem) . Przysięgam jednak, że w ocenie Maxa, a szczególnie muzyki MKB, jestem od kumoterstwa daleki. Ale i – to ma marginesie – uważam za kompromitację Lublina, że jego zespół jeszcze NIGDY w naszym mieście nie wystąpił! .

Natomiast szczerze sądzę, że Kowalski posiadł niezwykły dar. Jest niewątpliwie światowcem. Działająca od 1998 r. grupa koncertuje w Polsce i Europie. Nagrywała gościnnie np. z Aidą czy z Pawłem Kukizem. A jej lider, korzystając z tego – bo o to chodzi – cudownego daru rozpoznawania muzyków „nadających” na tych samych co on częstotliwościach, posiadających podobną wizję brzmienia (czyli współbrzmienia) oraz z umiejętności nakłonienia ich do współpracy, tworzy nową zespołową jakość o nietuzinkowych walorach.

Tym razem Max Kowalski  przywiózł na kazimierski (dolny) festiwal w zasadzie niemal zupełnie inny zespół. Ze składu, który gościł na dwóch poprzednich odsłonach FMiTK pozostali tylko on i brytyjski, zamieszkały w Krakowie skrzypek Michael Jones. Miejsce tradycyjnych w klezmerskim instrumentarium akordeonu i klarnetu, zajęły pianino fantastycznego, odkrytego gdzieś we Francji Stefana Orinsa i cały zestaw fletów prostych równie porywającego w swych solówkach i dopełnieniach tutti Dominika Strychalskiego. Poprzedniego pałkera zmienił Jakub Rutkowski, obsługujący dużo większą niż tamten dziedzinę instrumentów perkusyjnych. W ten sposób, dokonując roszad, dysponując nowymi brzmieniami, twórca MKB jeszcze bardziej zbliżył się do zrealizowania swej idee fixe, że to ma być zespół wykonującej współczesną muzykę klezmerską z elementami jazzu (pianino to jego wierny sługa) i bałkańskiego folku (flety to folkowa potęga).

Już wykonanie tytułowego utworu ze znanego nam dobrze ostatniego albumu bandu, Tsunami (zdobył IV miejsce w konkursie Jazz Radio Płyta Roku 2007), przekonało, że wkroczyliśmy z Maxem i jego ekipą na zupełnie inne muzyczne obszary  z klimatem jeszcze bardziej dojmującym, niż i tak robiący w swym czasie piorunujące wrażenie pierwowzór. Tak zajeżdżony przez całe zastępy klezmerów, folkowców, zespołów folklorystycznych i orkiestr cygańskich największy bałkański hit Ajde Jano, również nabrał jakiegoś szlachetniejszego polotu. Najbardziej wysublimowanym przykładem przeistaczania się MKB okazała się kompozycja Orinsa Ex Yugoslavia. To już nie były elementy jazzu, tylko czystej wody modern jazz z dokładką jego najnowszych penetracji. Muzycy w solówkach wspinali się na wyżyny wirtuozerii, stawali się współtwórcami somnambulicznej atmosfery wyczarowywanej klawiszami Francuza, cudownymi fletami Dominika (ach, to głębokie burczenie fletu basowego, no, może barytonowego, przypominające potężną trombitę!), skrzypcami odkrywającego ich nowe możliwości Anglika o niewątpliwie żydowskich a nie murzyńskich korzeniach i elektrycznym kontrabasem Maxa. Ano, właśnie! W tym nowym projekcie najwyraźniej odkrył on w sobie ponownie radość grania. Znowu ma ochotę być – z mało podatnym do tej roli instrumentem – frontmanem, a nie skrywającym się w roli członka sekcji rytmicznej liderem co nieco malowanym.

Pychota to wszystko słyszeć!  Dla takich koncertów (acz nie tylko!) warto jeździć do Kazimierza na Festiwal Muzyki i Tradycji Klezmerskiej i już tęsknić za jego kolejną edycją. Za co wielkie dzięki Robertowi Sulkiewiczowi i jego ekipie! Szalom!

Dla A.

Klezmerski cymes

Nasza perła turystyczna, Kazimierz Dolny, na brak festiwali nie narzeka, ale w przeciwieństwie do Lublina nie straszy publiczności i krytyków ich nadprodukcją. Pomiędzy dwa sztandarowe – Ogólnopolski Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych o 44-letniej tradycji i filmowe Dwa Brzegi – latem 2006 r. (gdy imprezy filmowej chwilowo nie było) zgrabnie wkręcił się Festiwal Muzyki i Tradycji Klezmerskiej klezmerzy.pl – warsztaty & koncerty.

Dziś, we wtorek rozpoczyna się jubileuszowa piąta edycja festiwalu, na który – jak się przyznałem wczoraj – lubię wpadać chociaż na kilka dni. Po poprzednich jego odsłonach wszyscy bardzo szybko utwierdzili się w przekonaniu, że Kazimierz zyskał wiele na tej propozycji bardzo pasującej do jego historycznego oblicza, do przeszłości przedwojennego szetł nad Wisłą, w które każdego lata  miasteczko zamienia się na – kiedyś – sześć, a teraz – pięć dni imprezy. Pasuje nawet lepiej niż funkcjonujący siłą wieloletniego rozpędu a trochę nie pasujący do atmosfery kolonii artystycznej pierwszy z wymienianych festiwali i wciąż walczący o swe oblicze drugi z nich. Do tej pory na klezmerskim szczycie występowały takie sławy jak Marek Ravski, zespoły Sholem, Tempes, legenda tej odmiany muzyki – Kroke, Alfred Schreyer, ostatni uczeń Brunona Schulza z Drohobycza, nasze kapele Caci Vorba, Di Kuzine, Badchenes oraz The Saints i Klezzmates z Krakowa a także m.in. Pressburger ze Słowacji, Di Naye Kapelye z Węgier, Bubliczki Cashubian Klezmer Band,  krakowski Max Klezmer Band, Hamburg Klezmer Band z Niemiec, Nayekchovitchi z Rosji, Den Flygande Bokrullen ze Szwecji czy Ot Azoj z Holandii.

W tym roku twórca festiwalu Robert Hózman Mirza Sulkiewicz, kierujący od 1999 r. Knajpą U Fryzjera – gdzie przygotowując dla niego grunt, zaczął od wprowadzania potraw kuchni żydowskiej, a potem dopełnił ofertę gastonomiczną koncertami kapel klezmerskich – zaprosił kolejny raz Marka Ravskiego, Max Klezmer Band (dla miłośników teatru z naszego miasta chyba interesująca informacja: to lider zespołu Max Kowalski jest twórcą muzyki do dwóch słynnych spektakli naszej Sceny Prapremier InVitro – Kamieni w kieszeniach i Ostatni taki ojciec), NeoKlez, Klezmaholics, Di Kuzine oraz  Bara Bura ze Słowacji i Veszpremer Klezmer Band z Węgier,. Słowem, klezmerski cymes!.

Ale festiwal kazimierski to nie tylko muzyka. Szykujcie się na wystawy, spotkanie kulinarne, poważne wykłady, spektakle – narracyjny, kabaretowy, teatralne a także występ dzieci. W sobotę 17 lipca w ostatnim dniu V FMiTK zaplanowano należący do największych atrakcji imprezy tradycyjny klezmerski rejs statkiem po Wiśle. Po rocznej przerwie odbędzie się też finałowy koncert festiwalu na Rynku.

Dla zachęty podaję program na dzisiejszy inauguracyjny dzień Festiwalu Muzyki i Tradycji Klezmerskiej oraz – dla tych, którzy dziś nie zdążą dotrzeć do Kazimierza – na jutro.

13 lipca wtorek
* 10.00
- warsztaty z emisji, dykcji, artykulacji Znajdź i kształtuj swój głos – prowadzi Marek Ravski – Synagoga;
* 15.00 – otwarcie wystawy Sztetl – Vincent Cafe
* 16.00 - wykład Romany Rupiewicz Historia pewnego dokumentu a antysemityzm w XVI wieku – Vincent Cafe;
* 17.30 - spotkanie kulinarne z prof. Tadeuszem Pałką i jego gośćmi: Bellą Szwarcman-Czarnotą i dr Waldemarem Siemińskim Czulent i tożsamość – Vincent Cafe;
* 20.00 - koncert zespołu NeoKlez – Knajpa U Fryzjera.
14 lipca środa
* 10.00
- warsztaty z emisji, dykcji, artykulacji Znajdź i kształtuj swój głos- prowadzi Marek Ravski – Synagoga;
* 15.00 - spotkanie autorskie z Bellą Szwarcman-Czarnotą Kobiety żydowskie patrzą na kobiety biblijne – Vincent Cafe;
* 17.00Marek Ravski prezentuje: koncert i wystawę Żydowskie talenty okresu  międzywojennego – Grafoman Wast; akompaniament: Zbigniew Rymarz – pianino i Jakub Niedoborek – gitara klasyczna – Synagoga;
* 18.30 spektakl narracyjny Grupy Studnia O Taniec opowieści. Żydzi z Kazimierza – Vincent Cafe;
* 20.30 - koncert zespołu Max Klezmer Band – Knajpa U Fryzjera.

Pod niebem pełnym muzycznych cudów

Oto -  jak zapowiadałem wczoraj – gościnnie na blogu moja latorośl:

Adam Nowak w jednym ze swoich utworów śpiewa: …i ja doczekam kiedyś takiej chwili i nie mogę się nadziwić, że ja doczekam kiedyś tego dnia. Dokładnie tak czułam się oczekując na urodzinowy koncert dwóch niezwykłych zespołów – Voo Voo i Raz Dwa Trzy – które w ramach Festiwalu Inne Brzmienia miały wystąpić we wspólnym programie. Muzycy jeszcze rano, gdy słyszałam wywiad z nimi w radio, nie wiedzieli, jak koncert będzie wyglądał. Takimi wypowiedziami tylko zaostrzali mój apetyt. I nie tylko mój – tego dnia pod sceną nie było przypadkowych osób – z mojej jednej strony panowie rozprawiali na temat gitar Wojtka Waglewskiego, z drugiej dziewczyny cieszyły się na kolejne spotkanie z muzyką Raz Dwa Trzy. Ja sama jestem totalnie nie obiektywna w materii akurat tych dwóch grup – od lat chodzę na wszystkie koncerty, gdy tylko są w Lublinie czy okolicach. Ich muzyka zawsze była i zawsze pozostanie dla mnie ważna.

Przed koncertami ktoś – niesłusznie – powiedział, że te dwa zespoły to dwa odrębne światy na muzycznej mapie Polski. Nic bardziej błędnego. Znają się od lat, Wagiel był producentem płyt Raz Dwa Trzy lub występował na nich gościnnie, tak samo jak Mateusz Pospieszalski, Adam Nowak pojawiał się w projekcie Karima Martusewicza i tak dalej. Połączenie pięknych jubileuszy w jeden, wspólny koncert zapowiadało niezwykłe przeżycia.

Tak też się stało – od momentu, gdy dwaj liderzy wyszli na scenę można było wręcz poczuć pewną trudno objaśnianą nić zrozumienia się nawzajem. Adam i Wojtek śpiewali dzieląc zwrotki np. przepięknych ballad Amulet czy Komboj między siebie. Kolejno dołączyli pozostali członkowie zespołów – na scenie znalazło się dziewięciu wspaniałych, wrażliwych muzyków. Grali na przemian utwory z repertuaru obu zespołów, jednak daleko tym wykonaniom od oczywistości i przewidywalności – sam fakt wspólnego muzykowania spowodował, że zyskały nowe aranżacje i brzmiały kompletnie inaczej, niż miałoby to miejsce na oddzielnych koncertach – tak było na przykład z Talerzykiem, któremu gitara Wojtka i wyraźny bas nadały niespodziewany „pazur”. Jednak nie sam fakt „wymieniania” się piosenkami stanowił o niezwykłości tego koncertu. Była to energia, którą generowali i która udzielała się widowni, tak samo jak widoczna wyraźnie radość z grania razem, a także cała masa niesamowitych rzeczy, które działy się na scenie: Mateusz grający na dwóch saksofonach naraz, biegający po krawędzi sceny albo wciągający publiczność w tradycyjną zabawę z wokalizami, Wojtek ubarwiający dźwiękami wyczarowywanymi ze swojej gitary utwory kolegów, Adam dołączający nagle do chórków w Wannolocie albo grający solówkę na bębenkach - kolejno – Grzesiek Szwałek, Karim i Piotr Stopa Żyżelewicz towarzyszący utworom na tych samych bębenkach, Wojtek grający podczas Jutro możemy być szczęśliwi na rurze udającej szum morza (nie mam pojęcia, jak się może nazywać ten instrument), uśmiechy w reakcji na kolejne pomysły kolegów czy wreszcie zgrywanie się w kawałkach za pomocą jednego gestu, spojrzenia. Gdy pod koniec zagrali W wielkim mieście, nie tylko ja miałam łzy w oczach. Panowie zamknęli wieczór piękną klamrą, wykonując Pod niebem połączone z tą samą balladą, od której cały koncert się zaczął. W niebieskiej poświacie (piękne światła autorstwa nadwornych „świetlików” Voo Voo, Grześka Polaka i Darka „Filka” Filozofa), skupieni blisko siebie na scenie. Niezwykle intensywne przeżycie. Byliśmy wszyscy przez dwie i pół godziny pod niebem pełnym cudów

ewa molik

W okowach festiwali

Wygląda na to, że wszyscy my, intensywni, za przeproszeniem, uczestnicy wydarzeń kulturalnych zaczynamy dostawać zadyszki. Skoro już sam najintensywniej żyjący Jarek Koziara Tararara stwierdza, że ostatnimi czasy namnożyły się nam jak króliki różnej maści festiwale, to znaczy, że lekko zawiewa grozą. Oczywiście, jak pisze nasz czujny, niezawodny i przedowcipny felietonista w kolejnym odcinku Be i cacy z aktualnego numeru ZOOM-a, problem największy to ich nakładanie się w czasie i przestrzeni. Ale i bez tego mogę dołączyć do Jarkowych gorzkich żalów i podpisać pod jego słowami, iż i mnie smuci, że (…) tego nie widziałem, tam nie byłem, to mi bezpowrotnie uciekło i przepadło.

Żeby zobrazować problemu skalę, zrekapituluję kalendarzyk poczynań Waszego bywalca w ostatnim czasie i w najbliższej przyszłości.

W środę 30 czerwca udałem się na drugi koniec Lublina do kościoła Świętej Rodziny na inauguracyjny koncert XIV Międzynarodowego Festiwalu Organowego Lublin – Czuby 2010 pt. Dobry wieczór monsieur Chopin, z recytacjami Anny Romantowskiej i Krzysztofa Kolbergera (także autor scenariusza) i ilustracją muzyczną – na organach i fortepianie – dyrektora festiwalu Roberta Grudnia, co było przeżyciem z typu szlachetnych. Tym bardziej, że chyba pierwszy raz w życiu wysłuchałem w takiej porcji organowych transkrypcji muzyki Mistrza Fryderyka.

Przez dwa kolejne, a pierwsze lipcowe dni, musiałem chyba układać ten kalendarzyk, bo nie przypominam sobie, że gdzieś bywałem, a wtedy jeszcze żyłem nadzieją, że wyjadę do Olsztyna na jubileusz ukochanego Czerwonego Tulipana lub na Open’er Festival w Gdyni (pokusa: Pearl Jam!). Zwyciężyła obowiązkowość.

W sobotę 3 lipca rozpoczeły się jubileuszowe XXV Międzynarodowe Spotkania Folklorystyczne im. Ignacego Wachowiaka, czego ślad już na blogu istnieje. Mam ogromny sentyment do tego festiwalu, bo towarzyszę mu od początku, a powstał w czasach, gdy nadprodukcja festiwalowa ani myślała nam grozić. Uczestniczyłem w jego wszystkich edycjach, pokrywając zapowiedziami, relacjami i recenzjami setki kartek papieru. Przesuwałem wszystkie urlopy na sierpień, żeby na początku lipca karnie się stawiać przy muszli Ogrodu Saskiego na kolejnych koncertach, w sumie blisko 250 zespołów!. A nawet poniekąd wpływałem na jego kształt, czy raczej nazwę, bo to ja – a co, pochwalę się, skoro nikt już nie chce tego pamiętać! – zaproponowałem na łamach Kuriera po śmierci Igi Wachowiaka, dyrektora organizującego Spotkania Zespołu Pieśni i Tańca Lublin im. Wandy Kaniorowej (nie wiem czy nie nazywał się jeszcze wówczas ZPiT Ziemi Lubelskiej?), nadanie festiwalowi Jego imienia. Jak widać, pomysł został zaakceptowany. Do przeczytania podsumowania jubileuszowej odsłony MSF odsyłam Państwa niecnie do kolejnego, sierpniowego numeru Lubelskiego Informatora Kulturalnego ZOOM, tym śmielej, że dało się odkryć na tegorocznej imprezie działania pewnych zagranicznych zespołów, które podmywają dobre intencje lubelskich organizatorów i mogą zaciążyć na świetnej opinii festiwalu w kraju i na świecie. W tym miejscu, po pięciu dniach ( z wyjątkiem jednego – poniedziałku 5.07 – gdy wieczorny intensywny, a uroczy program zafundowali mi i kilku kolegom po piórze trzej dyrektorzy Teatru Osterwy) oglądania rekordowej liczby 14 zespołów, przyznam się tylko do jednej rzeczy. Kiedy na finał finału lubelskich Międzynarodowych Spotkań Folklorystycznych oglądam to, co stało się ich absolutnym wyróżnikiem, patentem zrodzonym w zespole Kaniorowców – wspólny taniec wszystkich uczestniczących zespołów, gdy widzę, tak jak tym razem, wirujących w naszych doprawdy pięknych tańcach lubelskich artystów z Kenii i Paragwaju, Rosji i Holandii, Bułgarii i Hiszpanii, Ukrainy i Izraela, Litwy, Czech i Polski (w sile aż czterech zespołów – założycieli Spotkań przed 24 laty)  NIE POTRAFIĘ powściągnąć wzruszenia. Ten moment rozbraja mnie, rozbiera na drobiazg i mocno nawadnia. Oby takich – w przeżyciach artystycznych, ba, w życiu! – było jak najwięcej!

Koniec wzruszeń. Wraca festiwalowa – w sumie, o ironio! – proza. Żeby zobaczyć ów finał  Koncertu Galowego kończącego 7 lipca XXV MSF, musiałem zrezygnować z drugiego koncertu odbywającego się co środę festiwalu organowego w świątyni na Czubach. Jak to ujął Jarek K., bezpowrotnie uciekł mi i przepadł program Rekolekcje kardynała Karola Wojtyły do papieża Pawła VI „Tajemnica człowieka – Kapłaństwo” ze słowem Olgierda Łukaszewicza i, w ramach festiwalowego cyklu Chopin 2010, transkrypcje chopinowskie Georgija Agratiny (fletnia Pana i cymbały) oraz towarzyszącego mu Roberta Grudnia (organy i fortepian).

Potem się zdarzył cud, o jakim marzył Koziara. Trafił się w czwartek 8 lipca dzień bezfestiwalowy! Jednak następnego wystartował nasz chyba już dziś sztandarowy w wakacje, ściągający do Lublina zastępy fanów Art’n’Music Festival Inne Brzmienia. Uważam, że w trzecim roku imprezy na Starym Mieście o niektórych przedsięwzięciach animującego festiwal Mirka Olszówki można – no, z lekkim ryzykiem – powiedzieć, że są genialne. Exemplum, sobotni (jedyny płatny na Rynku) koncert urodzinowy 45-letnich w kupie Voo Voo i Raz Dwa Trzy. Teraz, post factum, pomysł skoneksjonowania tych dwóch – tak bardzo odrębnych na muzycznej mapie kraju – zespołów wydaje się zupełnie oczywisty. Należało tylko go podnieść z ziemi, gdzie swą oczywistością jaskrawie świecił. A jednak nikt wcześniej na to nie wpadł. Usłyszeliśmy, więc superkoncert, wydarzenie, którego echo będzie jeszcze długo pobrzmiewać. Mam w domu fankę obu kapel, znającą na wyrywki wszystko, co Wojtek Waglewski i Adam Nowak ze swymi ekipami stworzyli. Wymyśliłem, że nie będę się mądrzył na temat repertuarowych połączeń i fluktuacji z koncertu na Rynku, tylko niech ona to uczyni. Za chwilę ujrzycie Państwo tego efekt. Może dziecko zechce też napisać o innych doprawdy wspaniałych, cudownie dobranych koncertach rynkowych (już się skończyły,  dziś, w poniedziałek na festiwalu Dzień spotkań, warsztatów i wystaw) .

A mnie się rodzi nowy problem Gdybym dał się upupić w mieście tylko festiwalom lubelskim, przyszłoby w wakacje, w środku pięknego lata zwariować. Mam w Kazimierzu festiwal, na który od jego początku uwielbiam wpadać przynajmniej na kilka dni. To chyba jedyna w kraju tego typu impreza o zasięgu międzynarodowym organizowana przez restaurację, tu Knajpę u Fryzjera i mini-ekipę, na czele z jej właścicielem Robertem Sulkiewiczem i jego urocza córką Olą. Nazywa się Festiwal Muzyki i Tradycji Klezmerskiej klezmerzy.pl. Jutro, we wtorek 13 lipca, rozpoczyna się jego piąta edycja. Mały jubileusz i atrakcyjny program, jeszcze bardziej dodają skrzydeł. A że gnają mnie inne terminy, dziś się okaże, czy nie będę musiał zrezygnować z ostatniego koncertu Innych Brzmień w bazylice Dominikanów, gdzie zagrają Kwiteń z Ukrainy i Liu Fang z Chin. Jeśli tak, to może zdołam jeszcze dziś wieczorem napisać trochę więcej o festiwalu klezmerskim, na którym zresztą nie mogę zostać do finału, przewidzianego dopiero w sobotę 17 lipca. Dzień wcześniej jadę do Lwowa na otwarcie wystawy Siła Sztuki z kolekcji Lubelskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Lwowskim Pałacu Sztuki. Z racji tej fanaberii, nie uda mi się popodglądać naszego kompletnego festiwalowego novum -  Hello Folks! Międzynarodowego Festiwalu Nowej Muzyki Folkowej – przewidzianego w muszli Ogrodu Saskiego właśnie w piątek i sobotę 16 i 17 lipca.

O tym jak mi to wszystko kolidowało z oglądaniem kopanych meczów Mundialu 2010 w RPA oraz o festiwalowych planach w drugiej połowie lipca, nie mam już siły dziś pisać.

Poprawka

Drugi, niedzielny koncert XXV Międzynarodowych Spotkań Folklorystycznych w muszli Ogrodu Saskiego należał do tych rzadkich wydarzeń, jakie można sobie jedynie wymarzyć.  Cztery występujące zespoły prezentowały całkiem rozbieżne wektory światowych folklorów, chociaż jednocześnie byli to przedstawiciele zaledwie dwóch kontynentów – Afryki i Europy (szkoda, ze zabrakło anonsowanego wcześniej reeprezentanta Azji – grupy z Indii). Że od towarzystwa ze Starego Kontynentu odcianali się zdecydowanie swą specyfiką Kenijczycy z Pith of Africa w Nairobi, mogą wiedzieć nawet nieobecni na tym jednym z tzw. monograficznych koncertów naszego festiwalu. Ale organizatorzy z Zespołu Pieśni i Tańca Lublin im. Wandy Kaniorowej, a nie wątpię, że i reżyser tej składanki, Dorota Kanior, wiedzieli  jak poszperać w europejskim tyglu etnograficznym, żeby dużo większa – póki, po dwóch godzinach, deszcz nie przegonił 90%  jej pierwotnego stanu - niż na sobotniej inauguracji publiczność nie zaznała ani przez chwilę uczucia znudzenia. Tańce Bułgarów z grupy Graovska Mladost z zawsze porywającym, szaleńczym w rytmie choro, Holedrów z  International Dansensamble Paloina i naszego Zespołu Pieśni i Tańca Jawor z Uniwersytetu Przyrodniczego (zaproponował fragmenty  suit zwanych skrótowo: Kraków Wschodni, Cieszyn i – fantastyczny według mnie, tańczony już niestety w zlewie, przy garstce widzów -  Spisz),  to odrębne żywioły, które nie mają ze sobą żadnych zbieżnych elementów ani w melodyce ani w tempie tańca, no, może z tym wyjątkiem, że chorobliwie zazwyczj spokojni w swych popisach reprezentanci Holandii, potrafili ożywić nas jakimiś  akcentami skocznej polki.

Jak zwykle, rozpisałem się i to w momencie, gdy miałem jedynie wnieść poprawkę do poprzedniego wpisu na blogu, dokładnie do jego Post Scriptum, tyczącego właśnie Holendrów z ansamblu Paloina. Muszę się pokutnie pobić w piersi i przyznać do dwóch błędów popełnionych na przestrzeni kilku linijek tekstu. Po pierwsze, nieprawdą jest, że zespół z Amsterdamu nie przywiózł do nas kapeli i posiłkuje się nagraniami. Wczoraj holenderscy tancerze wystąpili przy akompniamencie wcale pokaźnej, bo pięcioosobowej kapeli (klarnet, akordeon, skrzypce, kontrabas i gitara). Po drugie, to, że we wtorek podczas półfinałowego meczu MŚ 2010  Holandia-Urugwaj nie będą musieli grać na Starym Mieście nie wynika z absencji kapeli, tylko z wcześniejszych decyzji organiztorów. Bowiem na estradce przed Trybunałem Koronnym wystąpią (o godz. 20) już dzisiaj, w poniedziałek. Zresztą, z Bogu ducha winnymi, jak Polska nie uczestniczącymi w Mundialu. Bułgarami. Jedno z wczorajszego wpisu pozostaje niezmienne:  jutro goszczący na XXV MSF w Lublinie “Pomarańczowi” mogą spokojnie obejrzeć w tv półfinałowy mecz swych kopiących piłkę a nie tańczących reprezentantów. Kciuki będę za nich trzymał nadal.