Podróż sentymentalna
Do twórczości Jana Lenicy mam stosunek osobisty, sentymentalny. Trochę podobnie jak Leszek Mądzik, który mi – a mam nadzieję, że i wszystkim lubelskim miłośnikom sztuki – zrobił frajdę, prezentując w swojej Galerii Sztuki Sceny Plastycznej KUL przy Rynku 8 plakaty zmarłego prawie dziewięć lat temu artysty. Z tym, że nie do końca podobnie. Leszek, sam artysta cieszący się dziś sławą nie tylko w kraju nad Wisłą, jak zaznaczył na otwarciu wystawy w miniony piątek, inspirował się ongiś „secesyjnie linearnymi” pracami plakatowymi Lenicy. Pamiętam dobrze te próby sprzed ponad – o Boże! – 40 lat i w pełni rozumiem tą Mądzikową podróż sentymentalną do swych czasów przedteatralnych (potem, a szczególnie po stworzeniu własnej sceny, powroty do posterów były incydentalne), która zaowocowała obecnie hołdem złożonym Wielkiemu Mistrzowi.tą maleńką a esencjonalną ekspozycją. Ja pozostałem na zawsze jeno odbiorcą jego sztuki. Przechodniem, którego wzrok przyciągnął plakat o formie wyróżniającej się od wszystkiego innego co nalepiono na śródmiejskim płocie i o treści nasyconej – tak ukochaną przez buntującą wobec dookolnej rzeczywistości młodość – satyrą i groteską. Widzem zafascynowanym do granic egzaltacji animacjami, które nie przypominały w niczym tego, co się wcześniej oglądało w kinie… Jednako i ja własną podróż w piątkowe późne popołudnie na lubelskim Starym Mieście odbyłem
W centralnym punkcie większej z sal ekspozycyjnych galerii, pomiędzy dwoma oknami otwierającymi przestrzeń na Rynek i Wieżę Trynitarską w tle, zawisł – zapewne absolutnie nie przez przypadek – plakat do opery Woyzeck Albana Berga wg sztuki Georga Büchnera. Może to brzmieć nieprawdopodobnie, ale jak dziś pamiętam, gdzie ten, przyciągający wzrok swą formą, subtelnie atakujący falistą linią i krzyczący jej barwami, plastyczny anons operowego dzieła pierwszy raz w życiu zobaczyłem. W odleglejszej połowie lat 60. XX stulecia jeździłem do Warszawy na ładowanie kulturalnych akumulatorów, czyli wędrówkę po teatrach i kinach (miałem dwie ciocie na Ochocie, to ułatwiało eskapady). Plakat naklejono na płocie okalającym budowę Ściany Wschodniej z Rotundą PKO i domami towarowymi Wars, Sawa i Junior, ciągnącym się od Al. Jerozolimskich aż po Świętokrzyską. Nie dało się go nie zauważyć, chociaż wtedy nie mogłem mieć pojęcia, że określony zostanie – przez Franka Foxa – jako międzynarodowa ikona lat 60. i stanie się jedną ze sztandarowych prac polskiej szkoły plakatu (a do wystawy w GSSP KUL i przeczytania katalogu do niej, pojęcia zaś nie miałem, że Lenica uchodzi za autora tego określenia, które użył jako tytuł do artykułu o naszym plakacie w szwajcarskim piśmie Graphis; niestety nie doczytałem, komu zawdzięczam tę wiedzę, bo ekipa Mądzika przygotowująca program ekspozycji, chyba po raz pierwszy przegapiła nazwisko autora tekstu do niego).
Leszek wspominał na otwarciu o najwybitniejszych przedstawicielach tej szkoły, Romanie Cieślewiczu (zdążył go zaprosić do swej galerii jeszcze za życia artysty, mam tego świadectwo w domu i jestem z niego bardzo dumny), Henryku Tomaszewskim, Franciszku Starowieyskim, Waldemarze Świerzym… Potem w rozmowie ze mną zmitygował się, że zapomniał o Janie Młodożeńcu, a jego prace także pokazywał w swojej galerii, ale nie powinien się zbytnio przejmować, bo było ich wielu. Obok np. Waleriana Borowczyka, znanego później bardziej z filmów (także z animacji robionych wspólnie z Lenicą, o czym za chwilę), czy Wojciechów – Fangora i Zamecznika , chyba dziś już nieco zapomniani, chociażby Marek Mosiński czy Jóżef Mroszczak. My młodzi mieszkańcy kraju czasów siermiężnej gomułkowskiej „naszej małej stabilizacji” byliśmy dumni ze szkoły plakatu (oraz później, a byłem już na studiach, z powstania na tym płodnym podglebiu pierwszego na świecie Muzeum Plakatu w Wilanowie). Podobnie jak wcześniej z dogorywającej już w połowie lat 60. polskiej szkoły filmowej (ten termin wymyślili akurat Francuzi) i polskiej szkoły jazzu. Plakaty kształtowały naszą estetykę, nasz smak, chociaż nie mieliśmy świadomości jak bardzo – o czym mówił Lenica na wypożyczonym z TVP i pokazanym na wernisażu b. ciekawym filmie – wyróżniały się one na światowym tle tej formy grafiki oraz jak szokowały odrębnością i trzeba było mieć szczęście pojechać na Zachód (a PeeReL byle kogo tam nie puszczał) lub doczekać ustrojowego przełomu, żeby się przekonać z jakim – przynajmniej w filmowej sferze – plakatowym chłamem z hollywoodzką pieczęcią przychodziło tym naszym polskim arcydziełom konkurować. To nie była żadna konkurencja, co dziś, z perspektywy lat, jest jeszcze jednym powodem do dumy dla nas, dzieci Polski Ludowej. Wypada przy tym przypomnieć, że ci sami twórcy mieli dodatkowy wpływ na gust nie impregnowanego na te sprawy odłamu społeczeństwa. Taką ukrytą rolę spełniało m.in. kultowo z czasem traktowane pismo TY i JA (nawet w moim socjalistycznym pełną gębą Świdniku powstała wtedy kawiarnia o nazwie – fakt,że ktoś coś pokiełbasił w kolejności – Ja i Ty), które, jak to kiedyś ładnie ujęto, walczyło o coś szczególnego – o prawo człowieka do rzeczy ładnych. Wyróżniało się ono niezwykłą, powabną i zmyślną, dowcipną i syntetyzującą znaki przekazu szatą graficzną, której autorom był nie kto inny, jak Cieślewicz (później wyjechał do Francji i został takimż dyrektorem słynnego magazynu mody Elle, natomiast TY i JA jęło się niestety chylić ku upadkowi) a do nadwornych grafików – obok Świerzego, Tomaszewskiego i in. – należał właśnie Jan Lenica, autor pokazywanych przez Mądzika, wypożyczonych z wilanowskiego muzeum plakatów. Plakatów, dla jasności, nie tylko z dojrzałego okresu secesjonizującej linearności, falistości i ograniczonego detalu (np. jeszcze do filmu Janusza Majewskiego Sprawa Gorgonowej z tytułem po francusku), ale i prace malarskie, czystej wody obrazy, a także kolaże i papierowe wycinanki z wykorzystaniem tak charakterystycznych dla tej twórczości starych sztychów i powiększonych punktowych rastrów (np. Windą na szafot Louisa Malle).
W katalogu znalazłem też piękny cytat z Lenicy, który zresztą można symbolicznie potraktować jako paralelę do wspomnianej polskiej szkoły jazzu. Mawiał ponoć, że sztuka plakatu zbliża się chyba najbardziej do jazzu: wszystko polega na umiejętności zagrania cudzego tematu po swojemu. Tak, to rzeczywiście – a to sięna wymądrzam! – esencja tej sztuki, ale i w tym miejscu pojawia się pretekst by przejść do innej dziedziny jego twórczości – do filmu, filmu animowanego, którego stał się mistrzem o światowej renomie. W pokazywanym na otwarciu dokumencie telewizyjnym z 1998 r. (w tym przypadku to ja – mea culpa – przegapiłem autora, ale wyśledziłem w internecie, że to Wyspa Jana Lenicy Marcina Giżyckiego, dokument powstały przy realizacji ostatniego filmu naszego bohatera, Wyspy R.O.) sam Lenica powiedział, że wkroczenie w tę dziedzinę płynęło z potrzeby wyzwolenia się od tej zależności, długu wobec innego autora i wypowiadania się osobistego, skończenie autorskiego.
Tu moja podróż sentymentalna jest czasowo bliższa, ot, sięga drobne ćwierć wieku ( w młodości, chociaż były to czasy tzw. dodatków do filmów fabularnych, animacją się nie fascynowaliśmy, a poza tym dzieła Lenicy powstałe na Zachodzie długo do kraju nie docierały). Bodajże tyle lat temu zacząłem jeździć jako krytyk na międzynarodowe festiwale filmowe. Nie były to dobre lata dla polskiego kina, zdobywaliśmy nagród tyle co kot napłakał (dopiero na koniec owej służby, dwa, trzy lata temu w hiszpańskim Valladolid doczekałem tej radości). Człek zaczynał się wstydzić, że pochodzi z kraju afilmowego czy też filmowych antytalentów. Jednak zawsze w towarzystwie zakręconych fanów X Muzy znalazł się jakiś cudowny wariat, Serb, Czech, Hiszpan, Amerykanin czy Argentyńczyk, który na hasło polskie kino, a osobliwie film animowany, wykrzykiwał: – A, Lenica! I zaczynał snuć opowieść o urokach zrealizowanego z Borowczykiem Domu lub się cieszył surrealizmem zawartym w Panu Glowie. Nie będę się mądrzył na temat Lenicowych filmów, bo na wystawie nie są prezentowane. Są jedynie śladowo obecne we wspomnianym dokumencie Giżyckiego Wyspa Jana Lenicy, nakręconym trzy lata przed śmiercią artysty, którego inspirowany Kafką Labirynt, uznano swego czasu w plebiscycie ogłoszonym na słynnym Międzynarodowym Festiwalu Filmów Animowanych w Annecy jako piąty na liście najlepszych filmów animowanych świata, a którego plakaty tak bardzo ukształtował myślenie estetyczne artysty Mądzika i – przepraszam, że się ośmielam stanąć obok koryfeusza teatru i sztuki – krytyka Molika. Wyrażam tylko nadzieję, że do końca ekspozycji w Galerii Sztuki Sceny Plastycznej telewizyjny dokument będzie przy większej ilości widzów wyświetlany. Jest wspaniałym dopełnieniem plakatów bohatera wystawy i pokazuje jakie były horyzonty myślowe tego – że skorzystam jednak z nadużywanego terminu – prawdziwego człowieka renesansu. Z jaką łatwością poruszał się po różnych dziedzinach sztuki, a zaczynał od rysunku satyrycznego w powojennych Szpilkach, projektował też znaczki w Niemczech i uprawiał grafikę książkową dla dzieci oraz krytkę sztuki. Z jaką swadą opowiadał o przygodach filmowych, choćby o powrocie z Francji do Polski, żeby sięgnąć po sienkiewiczowski temat w Nowym Janku Muzykancie, bowiem tenże na Zachodzie był kompletnie niezrozumiały, hermetycznie polski i żaden producent złamanego grosza (centa, centyma) by na animację nie wydał, lub, przeciwnie, jak powędrował za ocean, bo tylko amerykańscy producenci mogli wyłożyć na inny jego pomysł. Wreszcie, jak za pan brat miał się z twórczością luminarzy humanistyki XX wieku na poziomie wiedzy i asocjacji, w tym np. z Ionesco, który, wspomniany gdzieś-kiedyś przez Lenicę, zgłosił się, by napisać komentarz do jednego z filmów (nie do końca wiem czy chodzi o Nosorożca wg jego opowiadania).
Mądzik w swojej galerii prezentuje bardzo ważną wystawę, której obejrzenie jako powinność powinien traktować każdy kulturalny człowiek. Ale, Leszku, ostrzegam, że jeśli jeszcze raz, jak w miniony piątek, usłyszę od najbliższych sąsiadów galerii, że Przecież ona ciągle zamknięta, upublicznię numer Twojej prywatnej komórki, żeby ludzie pragnący to uczynić ścigali szefa i ściągali go do bramy kamienicy przy Rynku 8, by rychło zdejmował rygle z żelaznych wierzei i o to, żebyś sobie przypomniał, iże wystawy na wernisażach stanowczo się nie kończą. Dixi!
PS. Ostatni akapit to – rzecz jasna – niecny mój żart. Spróbuję wytłumaczyć się z niego tak: po drugie, nie za bardzo wierzę sąsiedzkim donosom. A po pierwsze i najważniejsze: nie potrafiłbym zrobić takiej przykrości Przyjacielowi od lat… No, właśnie! Za miesiąc, na początku października, będziemy mogli – on i ja – podsumować, że przekraczamy magiczną granicę i rzec: – A liczba ich, czterdzieści i cztery! Czyż nie brzmi to czarodziejsko, Leszku Przyjacielu?


