platforma blogowa portalu dziennik wschodni

Usprawiedliwienie

Z pracowni pewnego krytyka teatralnego i nie tylko, dobiegają słuchy o spodziewanym zmniejszeniu, osobliwie na niwie niniejszej rubryki, twórczej aktywności. Nie chodzi wyłącznie o dokonane wczoraj w zaciszu prywatności podcięcie jej skrzydeł i odebranie – miejmy nadzieję, że chwilowe – chęci do jej napędzania.

Zobowiązania zagnały go mianowicie do wcale lubianej, ale też animowanej nadwątlonym właśnie entuzjazmem czynności pisania programu do kolejnego spektaklu proponowanego przez lubelski Teatr Muzyczny. Tym razem chodzi o operetkę Lehara Hrabia Luxemburg, której premierę przewidziano w kwietniu. Deadline oddania produktu do drukarni nieubłaganie się zbliża. Cóż, trzeba stawić temu czoła!

Dlatego – wybaczcie, usprawiedliwiam się lojalnie – będzie mnie w najbliższym czasie nieco mniej w Moliqulturze osobistej, chociaż zaległości z bywania tu i tam deko się uzbierało. Obiecuję, po twórczej przygodzie z materią operetkową solennie to nadrobić. Dixi!

Bartek nie odpuszcza

Pisząc kilka dni temu blogowy text Wirydarz u Bartka, uległem – muszę przyznać – dosyć katastroficznym nastrojom. Nie zauważyłem po prostu, nocą biegnąc w dół Grodzką, że wcale nie zniknął z ulicy szyld Galeria Autorska Michałowski. Owszem, w jego dawnym miejscu, pod numerem 19, pojawił się nowy, Galeria Sztuki Wirydarz. Ale obok, niemal przytulony do wejścia do Hotelu Waksman, znalazł sobie, nad wpuszczonymi suterenowo poniżej poziomu trotuaru drzwiami, miejsce ten stary. Kto znał od dawna wnętrze galerii Bartłomieja Michałowskiego, wie, że z drugiej z salek ekspozycyjnych wiodły schodki do permanentnie zamkniętej części pomieszczeń. Gospodarz traktował ją jako magazyn obrazów i tak naprawdę nikt tam nie zaglądał, chociaż kto znał te wnętrze, tak jak Tomasz Pietrasiewicz, szef pobliskiego Ośrodka Brama Grodzka – Teatr NN, gotów był twierdzić, że to najfajniejsza z galeryjnych sal. To tam, dogadując się z Piotrem Zielińskim w sprawie nowej siedziby Wirydarza, przemieścił swoje akwarele Michałowski.

Bartek, który przysłał bardzo sympatyczny komentarz do mego poprzedniego na ten temat wpisu (nie wszyscy zauważają się pojawienie takowych, a jest szczególnie ciekawy, także ze względu na dwa linki do filmików na You Tube – szczerze polecam!) już w prywatnej rozmowie zrewidował pewne moje, wyrażone na piśmie obawy. Podstawowa brzmiała, że w gruncie rzeczy Lublin stracił jedną galerię, których wcale, jak na 400-tysięczne miasto, nie mamy za dużo. Nie stracił. W mniejszej, ale sympatycznej galeryjce nadal będzie można oglądać i nabywać tak dziś popularną twórczość tego artysty, Ale – co ważniejsze – obiecał, że jeszcze objawią się tam inne wystawy, o których będzie głośno i wydarzenia może nie tak niezwykłe, jak ten z 2003 „najdłuższy zapewne wernisaż w historii Lublina, (który) trwał nieprzerwanie trzy dni i noce” (!!!), ale bez wątpienia znaczące.

Tymczasem, jak mawia co kilka minut pewien sprawozdawca piłkarski Canal+,  na byłych włościach  Michałowskiego odbyła się w miniony, słynny już piątek pięciu lubelskich wernisaży (koordynacja działań kulturalnych w stołecznym ongiś i in spe Lublinie uwielbia takie piramidalne nawarstwienia zdarzeń) inauguracja Galerii Sz. Wirydarz pod adresem Grodzka 19. Zieliński wybrał na ten cenzuralny moment pewniaka. Przybyły w dużej obfitości tłum się nie zawiódł. Andrzej Borowski, absolwent krakowskiej, posiadającej dobre tradycje italianistyczne ASP, autor prezentowanych obrazów, opanował do perfekcji sztukę podobania się publiczności, opartą naszym wiernopoddańczym uwielbieniu do śródziemnomorza, datowaną od czasów – dzięki jej i Bogu! – włoszczyzny królowej Bony a także (no, może przede wszystkim) wszelkich walorów Renesansu. Sam chciałbym mieć w domu – zapewne ku rozpaczy mych latorośli – akryl Południe w Pino. Taki słodki, taki „prawdziwy”, taki powabny cieniami cyprysów i palmy na rozświetlonej słońcem żółci ściany, że człowiek śni, izby za chwilę popaść w sjestę za okiennicami pokoju na piętrze. Borowski wie także o bałwochwalczym uwielbieniu polskich miłośników sztuki do obrazowań Malczewskiego i – nie bawiąc się w symbolizm – nawet w portretach pięknych dam korzysta z jego transparentowego sposobu kładzenia kolorów na zasadzie ostrego światłocienia i zdecydowanych wyróżników kolorystycznych, o cechach nadprodukcji aktywności słońca. Tu rzucone sreberko, tu złotko efektowne – jeszcze dekorację wzmacnia. Słowem, sukces! Dział Galerii Wirydarz pn. Salon Sprzedaży (cała pierwsza sala, wystawa w drugiej jest kameralna) może – oby! – lada moment za sprawą nowej ekspozycji w nowym miejscu odnieść sukces. Finansowy. I słusznie! Po przeprowadzce trzeba się jakoś pozbierać, czego Piotrowi szczerze życzę.

Natomiast ubolewam, że sprawdziły się me przeczucia, iże nowym wernisażom mogą już nie towarzyszyć niezapomniane grillowe poczęstunki na galeryjnym tarasie nad Podwalem. Tkwiła tam jeno popielniczka dla desperados, którzy i w ostry mróz wybiegają na pole wypalić szluga. Wciągając dym, wspominałem ów opisany, pierwszy rozpalony onego (którego?, pomóżcie przyjaciele!) roku grill w Lublinie. Bartek mnie poprawił. To nie było w marcu. Zapłonął już w lutym! Proszę Najwyższe Wyrocznie: Niechaj to kiedyś wróci!

Nie taki znowu Boczny

Dopiero teraz, kilka dni po wieści, jaka nadeszła ze stołecznego miasta W., mogę się nacieszyć z Karolem Rębiszem i jego przyjaciółmi, współtwórcami Teatru Bocznego, oraz z Anią Biernacką, wykonawczynią monodramu M z ich sukcesu jaki odnieśli na odbywających się na warszawskim Targówku. Festiwalu organizowanym przez tamtejszy Dom Kultury Zacisze, gdzie nasza reprezentacja zdobyła Grand Prix.  Karol jest reżyserem spektaklu opartego na Małżu Marty Dzido, autorem muzyki – Maciek Połynko, a wizualizacji – Nordyk. Nie mogę znaleźć w zasobach komputerowych swej recenzji z premiery, zatem – żeby przybliżyć, o co w M chodzi – podeprę się deklaracją twórców: Spektakl jest dla nas próbą uchwycenia dylematów, z którymi jako „inni” borykamy się w rzeczywistości „normalnych”. W świecie zaszufladkowania nie ma miejsca na indywidualne „ja”, marzenia uznawane są w tym świecie za naszą własną, wewnętrzną sprawę, a nasze potrzeby, które z nich wynikają, tak naprawdę nikogo nie interesują. Trzeba być „miłym uśmiechniętym i nawet jak coś było słabe mówić, że zajebiste.

Pod koniec tego miesiąca minie dopiero rok od premiery M, a zmieniło się strasznie dużo. Spektakl firmowała wówczas Pracownia Off, powołana w strukturach Centrum Kultury, z którą zdaje się łączono wielkie nadzieje, a po której nie potrafię odkryć dziś żadnego śladu. Jednorazowa inicjatywa przeobraziła się w Teatr Boczny (przedstawienie zatem wyprzedziło powstanie sceny obecnie ją firmującej, co nie jest znowu takie dziwne, bo Kamienie w kieszeniach, od premiery produkcja Sceny Graffiti, podpisuje dziś Scena Prapremier InVitro i nikogo to nie dziwi). Karol – poeta, dramaturg (wybacz bracie, nic nie wiem o tych polach Twojej działalności), reżyser, aktor u Mądzika w Scenie Plastycznej KUL, absolwent teatrologii na filologii polskiej UMCS, współzałożyciel i reżyser Grupy Teatralnej Creatorium, później zwanej Kolektyw, współorganizator Studenckiego Ogólnopolskiego Festiwalu Teatralnego Kontestacje, w 2008  koordynator Meetingu Teatralnego organizowanego w ramach lubelskich Kozienaliów, do tego wianuszka dołożył najwyraźniej przydającą mu skrzydeł, nieomal profesjonalną funkcję. Był w InVitro już dwukrotnie bardzo cenionym przez swych pryncypałów asystentem reżysera – u Łukasz Witt-Michałowskiego – przy Złym i u Joanny Lewickiej – przy Już się ciebie nie boję, Otello. Natomiast szlag – że się nieparlamentarnie wyrażę – mnie trafia, iż u zarania, po zaledwie jednym błysku nadziei na konferencji prasowej, na pysk padła kolejna inicjatywa, do której Rębisz dokładał rękę. Głupota byłych już wodzów ACK UMCS Chatka Żaka i kto wie czy nie większa władz uczelni, które sądzą, że da się takie centrum prowadzić bez inwestycji (czytaj: bez pieniędzy), prawdziwego poparcia i prerogatyw polegających na swobodzie poczynań organizacyjnych i finansowych jego kierownictwa, upupiła powstanie doprawdy fantastycznego, edukacyjnego projektu Pawła Passiniego, szefa neTTheatre  pn. Akademia Sceny Bocznej. Wszyscy grzesznicy z plutonu egzekucyjnego projektu, powinni dziś dokonać zbiorowego rytuału seppuku!!!

I jeszcze coś. Powie ktoś, że laureata, spektakl M, nie można oglądać stale w Lublinie, bo nawet nie mieści się w repertuarze dopieszczającego wszystkie sceny CK Teatru Centralnego. Powie też ktoś, że talentu częstochowianki Ani Biernackiej nie możemy podziwiać na co dzień, a i bywa ona w Lublinie raptem 2-3 razy do roku. Powie wreszcie ktoś złośliwy, jakiś szperacz internetowy, że na Targówku odbył się festiwal kilkunastu zaledwie teatrów amatorskich. Będzie miał rację. Tylko niech ten ktoś baczy na to, że Boczny jakoś do DK Zacisze został na imprezę zaproszony, konkurencję sporą posiadał a Grand Prix przywiózł. I że jakimś dziwnym trafem M jest pomiedzy marcami 2009 i 2010 najbardziej nagradzanym spektaklem lubelskim obok Ostatniego takiego ojca InVitro. W maju ub. roku zdobył inne Grand Prix Drugiego Ogólnoukraińskiego Międzynarodowego Przeglądowego Festiwalu Dziecięcych i Młodzieżowych Teatralnych Kolektywów Halicka Melpomena.

Młodzi animatorzy ”Bocznika”,  o krótszym niż rok stażu, tłumaczą, że przymiotnik “boczny” ma wskazywać, iż wywodzi się on z tego samego nurtu, co teatr offowy i alternatywny. Wybaczmy tautologię, zwracając raczej uwagę na kolokwialne obciążenie tego slowa. Boczny tor potrafi prowadzić donikąd. Za boczną kulisą aktorzy dopiero się szykują do dzialania. Dlatego – składając serdeczne gratulacje z powodu („na okoliczność”) najnowszego sukcesu – stanowczo powtórzę, że Teatr Boczny nic a nic (o)boczny w bogatym lubelskim (już i polskim) tyglu teatralnym nie jest.  Brawo. Tak trzymać, kochani!

Wirydarz u Bartka

Dopiero pędząc przedwczoraj w dół Grodzką pod Zamek na ostatnią komunikację do domu, dostrzegłem, że faktem stało się to, o czym od jakiegoś czasu ćwierkały lubelskie ptaszyny. Pod numerem 19, tuż obok Cabaret Cafe, tam gdzie – od czasów gdy ten lokal zwał się jeszcze Szeroka 28 – wisiał przez lata szyld Galeria Autorska Michałowski, pojawił się nowy: Galeria Sztuki Wirydarz. Oznacza to, ni mniej ni więcej, że ta druga, założona i prowadzona też na zasadach autorskich przez Piotra Zielińskiego, po blisko 11 latach działalności opuściła miejsce, z którym była przez ten czas stale kojarzona, czyli poklasztorny korytarz w XV-wiecznym kompleksie wizytkowskim przy Narutowicza 8.

Nie rozmawiałem ostatnio z Piotrem Zielińskim i nie wiem, co spowodowało, że zdecydował się na taką desperacką przeprowadzkę. Mogę się tylko domyślać, że względy finansowe, czyli kwestia zapewne niebagatelnego czynszu za korzystanie z obszernych, zabytkowych wnętrz. Dopóki Wirydarz działał przy Lubelskiej Szkole Wyższej im. Króla Władysława Jagiełły, (gdy startowali razem, nazywała się jeszcze Lubelska Szkoła Biznesu – Szkoła Wyższa), miał się tam jaku u Pana Boga za piecem. Uczelnia się jednak wyprowadziła i Zieliński z Wirydarzem ostał się ostatnimi laty sam, a trzeba pamiętać, że galeria ta finansowana jest wyłącznie ze środków pozyskanych od sponsorów. Twarde prawa rynkowe prawdopodobnie zmusiły kustosza i kuratora w jednej osobie do aż tak radykalnego kroku.

Rozmawiałem natomiast z Bartłomiejem Michałowskim, dotychczasowym gospodarzem galerii przy Grodzkiej 19. Prowadzi on jak wiadomo drugą swą galerię autorską w Kazimierzu Dolnym przy Lubelskiej, a że stał się bardzo popularnym akwarelistą, którego obrazy są rozchwytywane przez galerie w całym kraju, nie kryje, że zamówieniami nie wyrabia na zakrętach, a tu jeszcze musiał dostarczać wciąż świeże prace do swych dwóch placówek galeryjnych. Dlatego na propozycję Piotra Z. przystał.

Pozostał ten temat nieco w cieniu pożegnania Klubu Towarzyskiego i Kawiarni Artystycznej Hades ze swą dotychczasową, podziemną siedzibę (nomen omen także – jak Wirydarz -w powizytkowskich, zabytkowych wnętrzach), ale jest się o co martwić. W gruncie rzeczy Lublin stracił jedną galerię, a wcale, jak na 400-tysięczne miasto, nie mamy ich za dużo – kiedy prowadziłem w Kurierze rubrykę Galerie i w szczytowych momentach zapowiadałem wystawy w 30  galeriach, wliczając w to wystawy w muzeach, urzędach i innych instytucjach oraz w knajpach. Cóż z tego, że Bartek się dogadał z Piotrkiem, że w galerii – do której schodzi się z poziomu ulicy w dół, ale nie są to podziemia, bo drzwi pierwszej z dwóch sal prowadzą na tarasik wpisany w staromiejskie wzgórze a dopiero niżej wije się uliczka Podwale – eksponowane będą stale jego akwarele. Jednak nie zorganizuje już raczej Michałowski wystaw innych artystów, a odbywały się niekiedy bardzo znanych, w tym najciekawsze może – a tak pasujące do tego miejsca tuż obok zakatrupionego Miasta Żydowskiego! – artystów o żydowskich korzeniach czy poświecone judaistycznej tematyce. Wątpię też, że będą się odbywać słynne wernisaże z grillem na tarasie i piwem z beczki, bądź od sąsiadów, najpierw Serokiej 28 a później jej następczyni, Bramy (do komitywy z najnowszą Cabaret Cafe Bartek nie zdążył doprowadzić). Łza się w oku zaczyna kręcić na wspomnienie marca sprzed lat kilku (ile ich już minęło?), kiedy przy wystawowej okazji na tarasie GAM rozpalony został pierwszy onego roku grill w Lublinie, grzejący nie tylko kiełbaski, boczek i słynna ziemniaczana babka Krysi ze Sklepu Cynamonowego w Bramie Grodzkiej, ale i dłonie zmarzłych wernisażowiczów.

Słowem, piszę oto coś w rodzaju małego requiem. Galeria Autorska Michałowski przechodzi do wspomnień. Wirydarz zaś w zupełnie innych warunkach, zdecydowanie bardziej kameralnych wobec poprzednich, nie zdoła organizować takich ogromnych przeglądowych ekspozycji, jakie się objawiały w zabytku przy Narutowicza,  że wymienię m.in. Zbyluta Grzywacza, Leszka Sobockiego,  Jerzego Dudy Gracza, Kiejstuta Bereźnickiego, Adama Myjaka,  Tadeusza Kantora,  Tomka Kawiaka, Tadeusza Dominika , Henryka Wańka, Andrzeja  Strumiłło, Tadeusza Brzozowskiego, Andrzeja Dudzińskiego , Tadeusza Boruty,  Nikifora, Jana Kantego Pawluśkiewicza, Kashinatha Chauhana -hinduskiego Nikifora, Edwarda Hartwiga,  projektów scenograficznych Krystyny  Zachwatowicz i Andrzeja Wajdy  czy pamiętna wystawa zorganizowana  we współpracy z Muzeum im. Prof. S.Fischera w Bochni  Jacek Malczewski i inni - prezentująca najwybitniejszych malarzy młodopolskich, nie mówiąc już o tak gigantycznym, wykraczającym poza stałe ekspozycyjne miejsce przedsięwzięciu jakim była wystawa jubileuszowa Teatru im. J. Osterwy, która wyszła spod rąk scenograf Barbary Wołosiuk.

Smutkiem wieje jeszcze z jednego powodu. Galeria Sztuki Wirydarz, która w 2005 r. w rankingu tygodnika Polityka znalazła się w dziesiątce najlepszych prywatnych galerii w Polsce, była poniekąd spadkobierczynią działającego na przełomie lat 60. i 70. poprzedniego wieku w tym samym miejscu Studenckiego Klubu Arcus. Oprócz licznych innych imprez, wslawił się on organizowaniem we współpracy z działającym wtedy w pobliżu Biurem Wystaw Artystycznych bardzo znaczących ekspozycji najnowszej polskiej sztuki, do czego przyczyniał się pracujący już wtedy w BWA późniejszy jego dyrektor, nieżyjący już niestety Andrzej Mroczek. To w zasadzie pod poklasztornymi sklepieniami (arkusami!) rodził się pomysł sławetnej akcji z 1970 r.  Ból Tomka Kawiaka, co upamiętnia wmurowana w pobliżu, na rogu skwerku z pomnikiem Kochanowskiego i ul. Narutowicza tablica. Podczas swojej wystawy w Wirydarzu, w ramach autorskiej akcji Cegłowanie Świata, Kawiak, aktualnie artsta francusko-algierski, wmurował w ścianę galerii od strony dziedzińca kompleksu klasztornego. Ostanie się tam samotna jak palec, osierocona przez Galerię Wirydarz, która już dziś gdzie indziej a dawne czasy wspaniałej sztuki przy Narutowicza 8 zapewne nigdy nie powrócą. Żal!

Żanna, ljubow maja!

Należę do pokolenia wielbicieli tzw, protest songów z lat 60. bywszego wieku. Ich wykonawców. Petera Seegera, zapomnianego dziś niesłusznie Donovana, Boba Dylana, Jean Baez… Jeszcze w 1970 r. na obozie pracy w Anglii straszliwie się poróżniłem z kolegą, bo on, zwolennik nowych trendów, uważał, że zespól Blood Sweet & Tears, reprezentant rewolucyjnego wówczas nurtu fusion, który za Gomułki zdążył zawitać w naszym nadwiślańskim kraju, to wobec Baez potęga. To były czasy dokonującego żywota hippizmu. Za chwilę, po słynnym festiwalu na Ile of  White (na który, dziecko PRL, nie miałem śmiałości pojechać, bo termin biletu do Polski mi się kończył) umarł Jimi Hendrix. Coś się kończyło. Ale nigdy nie zapomnę, jak w wielonarodowym towarzystwie Anglian International Student Camp w okolicach Kings Lynn , w hrabstwie Norfolk, śpiewaliśmy za Baez przeciw wojnie wietnamskiej – o kurcze, bez bólu odtwarzan te słowa do dziś! – We shall overcome, we shall overcome, / We shall overcome some day/  Oh, deep in my heart, I do believe we shall overcome some day.

Powróciłem do macierzy, (że potem nie wyjechałem na Zachód przez 18 lat, to inna historia). Kiedyś, gdzieś, usłyszałem głos dziewczyny rymujący mi się dokładnie z tak uwielbianą Jean Baez. Tyle, że Ona, nowa idolka, była z innego świata. Żanna Biczewska! W znienawidzonym przez 7 lat edukacji języku rosyjskim, podstawowym elemencie indoktrynacji nakazowego systemu, śpiewała cudowności bajeczne, w których protest był najdokładniej – mieliśmy to już opanowane, wiedzieliśmy jak sobie z tym radzić, czyli deszyfrować – zakamuflowany. Wtedy usłyszałem pierwszy raz Atamana.

Atamana? To wiemy, tak to nazywamy, po tak bardzo uwielbianych w naszych okolicach interpretacjach Jana Kondraka, autora kongenialnego tłumaczenia rosyjskiej pieśni o białogwardyjskich  korzeniach . Tak naprawdę, nosi tytuł  Liubo bratca liubo Za dwa dni, 5 marca, będziemy mieli okazję wysłuchać ją w oryginale w niepowtarzalnym wykonaniu rosyjskiej kompozytorki i pieśniarki ludowej, interpretatorki rosyjskich i białoruskich ballad i romansów oraz pieśni Bułata Okudżawy. Biczewskiej towarzyszyć będzie na gitarze i wokalnie rosyjski kompozytor i poeta Giennadij Ponomariow.

Czuję się w obowiązku coś dodać do tego komunikatu.  Urodzona w Moskwie Biczewska, profesjonalną karierę sceniczną rozpoczęła w 1971 r. Już w momencie debiutu objawiła się jako indywidualność. Niepodobna do nikogo – acz często zwana, właśnie!.  rosyjską Joan Baez – nieczuła na zmieniające się mody, śpiewa w charakterystycznym dla siebie stylu to, co jest zgodne z jej duchowymi poszukiwaniami. Pieśniami i romansami rosyjskimi zainteresowała się po spotkaniu z Okudżawą, którego nazywa swoim ojcem chrzestnym i nauczycielem. Ten indywidualny styl, wspaniały talent wokalny i niepowtarzalny dobór repertuaru zyskał jej miłośników na całym świecie. Wielokrotnie i to z wielkim powodzeniem występowała w tak prestiżowych miejscach jak paryska Olimpia, nowojorski Madison Square Garden czy Opera w Sydney. Jej nagrania pieśni ludowych, romansów, ballad i przypowieści sprzedały się w milionach egzemplarzy w ponad 40 krajach naszego globu. Jako jedna z dwóch kobiet na świecie – oprócz Baez – otrzymała tytuł Złotej Gitary za wybitny wkład w świat sztuk scenicznych.  Niedawno pieśniarka poszerzyła swój repertuar o nowy cykl pieśni o Rosji, w którym dominuje temat carski. Często np. keńczy koncerty wielkorosyjskim, wręcz nacjonalistycznym w wyrazie utworem Car Nikołaj II.  Od 1999  prowadziła  swój autorski program Od serca do serca w radiu Głos Rosji, a od niedawna – audycję w prawosławnym radiu Radonież . Jej ostatnie albumy związane są z tematyką prawosławną.

Teraz ciekawostka. Ulubiony kraj Żanny Biczewskiej to Polska. Gościła u nas często, m.in. jako jurorka … Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze. – To był pierwszy kraj do którego przyjechałam i który dostojnie ocenił moją twórczość. To zadziwiający naród, nie przyjmowali mnie jak dysydenta i sami mówili, że prawdziwa sztuka jest niezależna od polityki – wspominała ongiś..

Na jednym z ostatnich koncertów Lubelskiej Federacj Bardów,  przy okazji obowiązkowego bisowania Atamana, Janek Kondrak zachęcał widzów, żeby poszli na Biczewską i posłuchali czym – przy całym jego uznaniu dla Żanny – różnią się ich interpretacje. Już pojutrze, w piątek 5 marca o godz. 19, w Centrum Kongresowym Uniwersytetu Przyrodniczego przy Akademickiej 15  czarować będzie nas swym mocnym, wibrującym głosem, brzmiącym jak “kałakołczik” w tak znanych utworach – śpiewanych w Lublinie chociażby przez Borysa Somerschafa – jak Mileńkij ty moj, Bradiaga  (pamiętacie wykonanie Niemena?) czy Wieczernyj dzwon.

Nie przegapcie koncertu wciąż młodej Żanki w Rosyjskich balladach i romansach i tak subtelnie ją odmładzającego gitarzysty Girnadyja P.!!!

PS W imię dobrze (?) pojętego obowiązku informuję:  Bilety indywidualne: CABARET CAFE  ul. Grodzka 21 (Stare Miasto); sprawy organizacyjne: Agencja TOMMA tel. 603-410-411. Bilety po 60 zł  (ponoć wystawiane są faktury VAT).  Podejrzewam. że  przed koncertem w „kongresówce” też się jeszcze da je nabyć.,

Pożegnanie

To będzie – z wyjątkiem powrotów recenzyjnych – już ostatni tekst o rozstawaniu się z ogromną częścią własnego życiorysu. Z najcudowniej budującymi go etapami (wiesz, Miła, o czym mówię, prawda?).  Z jedynie pasującą wszystkim, adekwatną do nazwy podziemną działalnością Klubu Towarzyskiego Hades. Krótki. Dyskretnych żalu rozstania łez nosiciel.

Wspomnieć się tu chce piosenkę młodości, niepodważalny hit drugiej połowy lat 50. tamtego wieku z filmu – tak lubianego przez… – Wojciecha Hasa, z muzyką Lucjana Kaszyckiego. I przywołać słowa śpiewane przez Sławę Przybylską: to się kończy, pożegnania czas już przekroczyć próg.

Próg został przekroczony w minioną sobotę. Przestrzenie w oddawanym do remontu poklasztornym kompleksie pod, już od grudnia wyprowadzonym z nich Centrum Kultury, zieją dziś pustką. Żegnali Hades jego najbliżsi przyjaciele. Sięgając po chleb ze słynnymi skwarkami. Racząc się nalewkami, tym razem nie Leszka Cwaliny (specialite: pigwówka), a jego partnera w prowadzeniu klubu, Włodzimierza Orzechowskiego (firmowy calvados). Dopijając ostatnie drinki w barze Kawiarni Artystycznej Hades i litry ostatnie z beczek piwa. Nikt nie płakał. Nadrabianie miną zdawało się być kanonicznym obowiązkiem. Uśmiech takoż. Wszystko się działo w sercach.

Moje, podbudował pomysł Pewnego Dzielnego Hadesowego Gospodarza (nie wiem czy wolno mi ujawniać, kto zacz). Ekipy remontowe wkraczające do piwnic powizytkowskiego zespołu, natkną się na wskazówki, które swym widokiem mogą – i oby się tak stało! – spowodować, że w ramach prowadzonych z rozmachem (co w tym kraju często-gęsto oznacza: bezmyślnie) renowacyjnych prac, zadrży im ręka przed zbyt szybką ingerencją w, od ćwierć wieku dopieszczane i wielokrotnie, ze zrozumieniem ich statusu, modyfikowane wnętrza. W wielu miejscach klubu, przy rzeźbiarskich dopełnieniach Wiesława Jędruszczaka z czasu remontu sprzed kliku lata, a przede wszystkim przy historycznych elementach piwnic, takich chociażby jak XVII wieczne freski z wejścia do Hadesu, zawisły charakterystyczne, niebieskie znaczki- piktogramy, spotykane np. na naszym Starym Mieście, z napisem: ZABYTEK CHRONIONY PRAWEM.

Zadziałanie ostrzeżeń na wyobraźnię remontowców będzie pierwszym gwarantem, że Klub Towarzyski Hades, który przez 25 lat tchnął nowego ducha w te wnętrza i w powszechnej świadomości na zawsze zintegrował się z nimi, wróci w należne mu miejsce. Czego jeszcze raz mu zyczę. Amen!

Po Mroczku Tatarczuk

Pewna piękna i miła mi osoba, z której opiniami bardzo się liczę, często się zżyma, by nie powiedzieć denerwuje, na moje ciągoty do cytowania samego siebie. A jednak, wcale nie przepłoszywszy przestraszonej duszy z ramienia, ośmielę się uczynić to jeszcze raz.

U początku istnienia tego blogu, w okolicach listopada ub. roku, konfrontując występ jakiegoś kabaretu z tym wydarzeniem zapisałem: „Znalezienie się w Warsztatach Kultury na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Performance PERFORMANCE PLATFORM podziałało smakowicie orzeźwiająco. To wielka zasługa Waldemara Tatarczuka, prowadzącego w Centrum Kultury (obecnie w jego filii, właśnie w WK przy Jerzego Popiełuszki 5)  Ośrodek Sztuki Performance, że w obliczu starań Lublina o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 przywrócił nam festiwal tej dziedziny artystycznej o ponadlokalnym, krajowym zasięgu. Nasze miasto jest w jej obszarze potęgą. (…). Mieliśmy już w tym XXI wieku taką imprezę, wykreowaną także przez Tatarczuka. Sięgam np. po notatki sprzed pięciu lat. Aż w dwóch odsłonach, na początku czerwca i pod koniec września, odbywał się Europejski Festiwal Sztuki Performance EPAF 2004 – Towards the present. Towards the future. Mogliśmymy oglądać najznakomitszych przedstawicieli światowej sztuki z obszaru performance wyznaczających kierunki rozwoju sztuki współczesnej: Esther Ferrer (Francja/Hiszpania), Alistaira MacLennana i Nigela Rolfe (Irlandia), Jerzego Beresia, Krzysztofa Knittla, Jana Świdzińskiego i Zbigniewa Warpechowskiego (Polska), Borisa Nieslonego (Niemcy), Krzysztofa Zarębskiego (Polska/USA), Tomasa Rullera (Czechy), Stuarta Brisleya i Andre Stitta (Wielka Brytania) oraz Balinta Szombathyego (Jugosławia/Węgry. To w części pierwszej, a w drugiej: Teresę Murak i Ewę Świdzińską (Polska), Mari Sobolev (Estonia), Roddy’ego Huntera (Wielkiej Brytanii), Artura Tajbera i Martiena Groenewelda (Holandia) i grupę Blackhole Factory z Niemiec. W większości są to artyści, którzy brali udział w najbardziej prestiżowych prezentacjach sztuki współczesnej oraz występowali w najważniejszych światowych muzeach i centrach sztuki współczesnej. Potem EPAF ze względu na brak funduszy wywędrował do Centrum Sztuki Współczesnej – Zamek Ujazdowski i żadna to pociecha, że komisarzem jego kolejnych odsłon w stolicy był Waldemar Tatarczuk, bo my z tego mieliśmy, co najwyżej odpryski w postaci jednego-dwóch performance’ów lub zapisu dokumentacji”.

Waldemar T. sam jest artystą, performerem i twórcą zapadających w pamięć instalacji. Jeszcze tydzień temu, przed zmianą ekspozycji, można było oglądać w Galerii Labirynt 2 przy Grodzkiej jego sugestywną, najnowszą wypowiedź w ramach cyklu zapoczątkowanego przez  wieloletniego dyrektora BWA , twórcę potęgi tej instytucji o ogólnopolskiej sławie, zmarłego w czerwcu ub. roku Andrzeja Mroczka, p.n. Lubelskie refleksje c.d..

 

Jestem niezwykle ukontentowany, że następcą Mroczka, nowym dyrektorem Biura Wystaw Artystycznych w Lublinie został Waldemar Tatarczuk. Powodzenia!

Deutryk i przyjaciele dla Kuby

Nie można nie wspierać pięknych inicjatyw płynących głębi serca. Tomasza Deutryka znamy od lat jak perkusistę Lubelskiej Federacji Bardów i licznych innych formacji, jak nieistniejący już niestety Kolor Squad. Tomek jest też instruktorem muzycznym Miejskiego Ośrodka Kultury w Świdniku i z zachwytem opowiada o niezwykłym talencie swego podopiecznego, Kuby Fijałkowskiego, młodego, bo 14-letniego perkusisty. Kuba dzielnie walczy ze straszliwą chorobą naszych czasów – nowotworem. Jest po kolejnej chemii, a w marcu przejdzie skomplikowaną operację.. Ponad miesiąc temu, 19 stycznia, Deuteryk z przyjaciółmi zorganizował w świdnickim kinie Lot koncert charytatywny na rzecz Kuby pn. Gala perkusyjna. Efektem było zebranie 24 538 zł ze sprzedaży biletów-cegiełek.

Teraz przyszedł czas na akt drugi, opromieniony szczytnym celem – zebrania pieniędzy na tę planowaną wkrótce operację Kuby. W najbliższą niedzielę ,28 lutego, o godz. 18 , w sali widowiskowej MOK w Świdniku przy Wyszyńskiego 14 odbędzie się kolejna edycja imprezy Deutrykowisko. Wystąpią zespoły Na bosaka, Sushkin & Sex Machine Band (o ile wiem, z Tomkiem D. w składzie, tak przynajmniej było w grudniu ub. roku na ostatnim Hades Jazz Festiwalu), najbardziej energetyczny lubelski zespół Sambasim i Geta Blasta.. Imprezę firmują świwidnicki MOK i Fundacja 777.

- Zapraszamy wszystkich, którzy mają otwarte serca na dobrą muzykę oraz chcą pomóc potrzebującemu Kubie – zachęca Tomasz Deutryk. Bilety-cegiełki po 15 zł, ze sprzedaży których cały dochód przeznaczony zostanie na leczenie Kuby, będzie można nabyć przed koncertem. Organizatorzy, zdając sobie sprawę, że pojemność sali w MOK-u jest ograniczona do 200 miejsc, zachęcają jednak do nabywania biletów w przedsprzedaży. Dziś, w piatek można to uczynić w godz 9-19.30, a w sobotę – od 16 do 19.30.

Zajrzyjcie w swoje serduszka. Pomóżcie Kubie!

Hadesowy akt ostatni: Jola

Proszę spróbować zrozumieć, dlaczego lutowe wpisy na tym blogu zdominowała jedna instytucja kulturalna. Straszliwie trudno mi pogodzić się z tym, że Klub Towarzyski Hades (i jego Kawiarnia Artystyczna), z którym od 25 lat byłem związany na dobre i na złe i przeżyłem tam niezliczoną ilość pięknych chwil znika z miejsca swego zakotwiczenia i artystyczno-gastronomiczna flotylla skazana zostaje na żywot tułaczy bez gwarancji powrotu do macierzystego portu. Nawet sobie wymyśliłem, że w nowym miejscu działania na drugim piętrze dawnej Astorii, powinien się pojawić napis: Kawiarnia Artystyczna Hades na Obczyźnie (słynna kuchnia produkować będzie catering w Centrum Kongresowym Uniwersytetu Przyrodniczego, gdzie też hadesowy barek). Nie mogę też sobie poradzić wraz z wybiciem z kapitańskiego mostku ostatniego dzwonu, że miejsce odniesienia tracą wspomnienia o występach gwiazd niekiedy światowego formatu, od trębacza Lestera Bowie, giganta modern jazzu i cudownego bluesmana Carlosa Johnsona, po naszych najwybitniejszych jazzmanów ze Stańką, Namysłowskim, Możdżerem, Ptaszynem na czele. Od Urszuli Dudziak, Ewy Bem, Anny Marii Jopek, Grażyny Auguścik, po Irenę Santor, Irenę Jarocką, , Ewę Błaszczyk. Od Voo Voo, Miłości, Fisza i Emade, po…, Etc. Co ja będę powtarzał listę przeszłych obecności? Kto chce, ten wie.

Jutro, w piątek 26 lutego AD 2010 nastąpi Hadesu – tego w dzisiejszym kształcie – akt ostatni.Ostatni koncert w Kawiarni Artystycznej H. dla szerokiej publiczności, czyli po prostu biletowany. Co nawet trochę zastanawiające, symboliczna kurtyna nie zapadnie nad kameralną a tak uwielbianą przez wykonawców z Polski i zagranicy estradą  po koncercie flagowego jej, kawiarni, żaglowca, Lubelskiej Federacji Bardów. Pożegnalne występy są udziałem jej członków, w tym byłego, Marcina Różyckiego i związanej z nią od początku do dziś dwójki, Marka Andrzejewskiego (czytaj na blogu poniżej) i teraz, o piątkowej godz. 19 – Joli Sip.

Kolejna ciekawostka. Jola, stała jedynaczka w chłopskim federacyjnym towarzystwie (jest jeszcze autorka tekstów Piotra Selima, Hanna Lewandowska, członek jednak nieformalny, bo na estradzie nigdy się nie pojawia), stanie swym recitalem Ja nie tańczę może nie tyle w kontrze do swych występów i piosenek śpiewanych w LFB, co ujawni nowy nurt swej artystycznej działalności, nową twarz. Oczywiście, trudno sobie wyobrazić, że drobna a potężna swym głosem piosenkarka przestanie śpiewać takie hity, jak Śliczna panienka, Herbata z cytryną  czy Imperium intymności. Ale należy pamiętać, że Sip, o której największy historyk polskiej piosenki Jan Poprawa mówił w czasach sukcesu Edyty Górniak na konkursie Eurowizji z głębokim przekonaniem, ze to Jola powinna reprezentować na nim nasz kraj, kształtowana jest w swej drodze głównie przez Jana Kondraka, dostarczyciela większości wykonywanego przez nią repertuaru, a i wpływającego na jej estradowy wizerunek. Pomnę np. jak w czasach sporo przedfederacyjnych wymyślił dla niej brzmienie rockowe, do którego ona zdaje się nigdy już nie powróciła. Teraz – może wcale nie mam racji, piszę o tym na swój nos, bez rozmów z zainteresowanymi – wygląda to na gest wyzwolenia z wieloletniej kurateli. Jola Sip sama napisała teksty, wsparła ją w tym żona Janka, Barbara Kondrak. Artystka nie skorzystała też – z jednym wyjątkiem, gitarzysty Piotra Bogutyna – ze wsparcia muzyków LFC. Towarzyszyć jej będą utalentowani młodzieńcy, znani jednak już dobrze z licznych lubelskich formacji: Michał Iwanek – piano, Maks Wosk – skrzypce, Jarosław Goś – git. Bas i Krzysztof Redas – perkusja. Oj, coś mi się zdaje, że będzie ciekawie i wcale nie jak na ostatecznym pożegnaniu już dawnego Hadesu, które miałoby prawo stypę przypominać.

Constans Andrzejewskiego

Muszę się przyznać, że przez ostatnie półtora tygodnia znacznie obniżyłem swą aktywność bywalca na rozlicznych imprezach kulturalnych. Zwyciężyła dusza kibica. Jestem nim od zawsze a już szczególnie pozostaję fanem Igrzysk Olimpijskich, nawet tak koszmarnie zawalanych organizacyjnie, jak te wciąż jeszcze trwające zimowe w Vancouver. Pamiętam igrzyska od – akurat letnich – w Melbourne w roku j o Boże, jak to dawno! – 1956, gdy jako dzieciak przytykałem ucho do radioodbiornika Pionier i słuchałem np.o dramacie naszego oszczepnika Janusza Sidło, który stracił złoty medal po ostatnim rzucie bodaj skandynawskiego konkurenta, a wcześniej pożyczył mu swój własny oszczep. Ale pamiętam też odbywające się cztery lata później zimowe igrzyska w Squaw Valley i  tragedię naszej reprezentantki w łyżwiarstwie szybkim Elwiry Seroczyńskiej podczas wyścigu na 1000 m (wcześniej zdobyła srebrny na 1500 m, a brąz przypadł jej koleżance Helenie Pilejczyk), która biegła jak szalona w tempie gwarantującym złoto, a na ostatnim wirażu upadła wjeżdżając w kałużę na roztopionym słońcem lodzie. Od tamtej pory olimpiady odliczają rytm mojego życia. Igrzyska olimpijskie są prawdziwym, konsekwentnie kultywowanym, niezwykle ważnym świętem.

Ten przydługi wstęp ma służyć jako alibi czynu, którego się dopuściłem. Obiecałem Markowi Andrzejewskiemu, publicznie, bo na niniejszym blogu, że przyjdę w minioną niedzielę 21 lutego na jego recital, przedostatni koncert w Kawiarni Artystycznej Hades przed remontowym zamknięciem jej, jak całego poklasztornego kompleksu, siedziby CK,. Marek to dla mnie postać bardzo znacząca w lubelskiej kulturze, bard prawdziwy, któremu towarzyszę w artystycznych poczynaniach od początku. To spod mojego pióra – dziś się mogę z dumą chwalić – wyszła pierwsza recenzja, którą na swój temat czytał w karierze, do robienia tej kariery zresztą bardzo zachęcająca. Wkrótce, w 1994, jako pierwszy lublinianin ten wówczas student ekonomii zdobył główną nagrodę (ex equo z lublinianką Jagodą Nają) na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowi i dodatkowo, niebywale cenioną w środowisku nagrodę im. Wojtka Bellona przyznawaną śpiewającym autorom. I poszło! W 1999 był współtwórcą Lubelskiej Federacji Bardów i do dziś jest jednym z jej filarów. Oprócz płyt federacyjnych, ma na koncie dwa albumy solowe, autorskie, Trolejbusowy batyskaf, który miał premierę w 1997 i Dziesięć Pięter z 2003 (trochę dawno, Mareczku, czas najwyższy postarać się o następny krążek!). Jednak mało kto już w naszym mieście pamięta, że Andrzejewski był też w połowie lat 90. twórcą i – wraz z Piotrem du Chateau, który później był konferansjerem w pierwszym składzie LFB – gospodarzem Piwnicznych Spotkań s Piosenką, których w KA Hades odbyło się przez parę roczków co najmniej kilkanaście. Korzystał laureat Krakowa i innych przeglądów i festiwali ze znajomości wśród takich jako on wykonawców piosenki literackiej i zapraszał ich do nas. To dzięki Markowi Lublin poznał takie gwiazdy, jak Czerwony Tulipan, Robert Kasprzycki, Janusz Radek (śpiewali wtedy często w duecie) czy nawet Katarzyna Skrzynecka, jeszcze wówczas poszukująca swej drogi artystycznej i daleka od obecnych populistycznych umizgów do mass culture.

Kiedy składałem obietnicę swej obecności na koncercie barda w KAH, nie zdawałem sobie za bardzo sprawy, że w dużej części koliduje on czasowo z ostatnim biegiem na igrzyskach w Vancouver naszego biathlonowego mistrza Tomasza Sikory. Cóż tu zwodzić! Na występie Marka Andrzejewskiego byłem tylko do tej części nie wchodzącej w kolizję z transmisją z  biegu polskiego sportowca. Ale i te kilka utworów, które usłyszałem, począwszy od otwierającego recital Markowego superprzeboju, zawsze rozkładającej mnie na cząsteczki i przyśpieszającej bicie serca piosenki Jak listy, pozwoliło przekonać się, że artysta utrzymuje swą świetną formę. Posiłkuje się on często w swych tekstach odniesieniami do nauk ścisłych (powiedzmy Ciało, czyli lekcja fizyki), dlatego zaryzykuję stwierdzeniem, że to jego constans, stała formy, która nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu, gwarant dużych przeżyć artystycznych.

W przeciwieństwie do federacyjnego druha, Jana Kondraka czy ostatnio (czytaj poniżej) Marcina Różyckiego, Marek nie mówi na estradzie zbyt wiele. Daje tylko sygnały czego możemy się spodziewać, informacje podstawowe i minimalistyczne komentarze. Wspiera się sprawdzonymi muzykami (Marcin pod tym względem wiele eksperymentuje i zależnie od charakteru recitalu zmniejsza lub powiększa składy towarzyszących mu zespołów), kolegami z Federacji, Piotrami – Selimem (klawisze) i Bogutynem (gitara prow.), Krzysztofem Nowakiem (bas) i Tomaszem Deutrykiem (perkusja). Sam przy tym przez lata stał się świetnym gitarzystą, dalekim od ogniskowego brzdąkacza obsługującego kilka chwytów, jakim był u początków wykonawczej drogi (współpraca z nieobecnym już niestety w Federacji mistrzem gitary Vidasem Svagzdysem najwyraźniej przyniosła widoczne, pardon, słyszalne efekty). Nie boi się przy tym ten rasowy bard sięgać po piosenki innych autorów. Oprócz takich swych hitów, jak pamiętny Lot Amsterdam – Tokio czy W naszym domu, śpiewa teksty tych, których ceni. Nawet utwór, od tytułu którego nazwał cały recital, Na razie gramy (nota bene jak ulał – zapewne nie bez przyczyny – pasujący do sytuacji rozstawania się – powtórzę nie pierwszy raz, oby czasowego! – z Hadesem w jego 25-letniej siedzibie), napisał Jan Kondrak. Były też utwory ze słowami Adama Ziemianina, w tym urocza Makatka świeżo malowana, ze wspaniałym aranżem w stylu irlandzkim – fujarkami, flecikami wydobytymi z klawiszy, bądź nagranego wspomagania. Pychota!

A za mój kibicowski wybór spotkała mnie kara boska. Zaraz po panicznym powrocie do domu, zobaczyłem w telewizorze, że już na pierwszym strzelaniu Sikora popisał się dwoma pudłami i… było pozamiatane. Na powrót na koncert i raczenie się (wierzę, wiem to!) kolejnymi piosenkami Marka było za późno. Tak blisko Hadesu to ja jednak nie mieszkam, chociaż wielu uważa, że przez ostatnie ćwierć wieku byłem mieszkańcem klubu i jego Kawiarni Artystycznej.