platforma blogowa portalu dziennik wschodni

SubTomek

Spokojnie.. Trzeba zapomnieć o swoich prywatnych porażkach… Wyciszyć SUBiektywne klęski… I – terapeutycznie – wyostrzyć zmysły na to, co potrafi być życiową karmą.

Przyjrzeć się, jak spoziera na świat artysta, ceniony nie tylko z okazji świątecznych, choćby jubileuszowych – 45.urodzin, które mu się pięknie zjednoczyły z wczorajszym wernisażem w Galerii Białej. Który frapuje, prowokuje, drażni i szczerze rozbawia. Który zmuszał do analitycznych ćwiczeń mózgowych wcześniej, niż moment (może jednak cezura?), gdy kilka lat temu w prezencie otrzymałem od prowadzących galerię z CK Anię Nawrot i Janka Grykę czarny t-shirt z charakterystycznym kwadratem i napisem: NOTICE. ZA CZYSTOŚĆ MYŚLI ODPOWIADA WAŚCICIEL GŁOWY.

No, właśnie! Wdziewam od czasu do czasu na swe słoniaste ciało koszulkę z dumnym, hasłem, a wiadomo, że – tak to postrzegam! – noblesse oblige! Od tamtej pory nie potrafię – żaden tam szlachcic – traktować bez zobowiązań, swawolnie, a nie daj Boże lekceważąco pokrewnych bon motów autorstwa Tomasza Bielaka, zawartych na niezliczonych napisach o bawełnianym tle, spotykanych u ludzi młodszych ode mnie o pokolenie, jeśli nie dwa, lub też odnajdowanych w – delikatnie mówiąc – specyficznych miejscach zarządzanej przez Białą przestrzeni Centrum Kultury, a nawet na internetowych aukcjach. Można się ubawić po pachy, czytając dopełniane małymi, ale i najważniejszymi komunikatami ikonograficznymi szyderstwa w rodzaju: Z PUSTEGO  – tu rysunek takiegoż kieliszka – I SALOMON NIE WYPIJE. Albo: OGŁOSZNIA DROBNE. ZASZCZEPIĘ SIĘ OD ZARAZ. Albo (o mój Boże!): WOLNOŚĆ – tu widzimy pęknięty łańcuch – TO SŁABE OGNIWO. Tylko jak się wyjdzie z galeryjnej łazienki, gdzie tego bogactwo, albo spuści oko z dzieciaków cieszących się przewrotnością haseł noszonych na piersiach, radocha grzęźnie w gardle. Oto dostaję od młodszego ode mnie o blisko dwie dekady artysty wielką lekcję pt. Taka jest nasza Polska! Naukę, przez nosiciela koszmarnie trudnej misji społecznej wyrażoną poprzez język dostępny – jeśli im tylko woli stanie – wszystkim pokoleniom. Wszystkim decydującym – proszę, wybaczcie górnolotność! – o kształcie kraju nad Wisłą. I nad naszą Bystrzycą.

Zapewne, korzystając z pretekstu (tak naprawdę napędu), jakim stało się wczorajsze otwarcie w Białej wystawy Tomka zatytułowanej SUBIMAGO, wyważam wielokrotnie już otwarte (otwierane) drzwi. Jednak trudno tu, zajmując się krytycznie sztuką Bielaka bodaj po raz pierwszy, pogonić precz wszystkie paralele i asocjacje, jakie do łba się nasuwają. Jak na dłoni widać, a mówię o warstwie semantycznej przekazu, że to autor o ogromnej bazie kulturowej, przyswajalnej jedynie w dobrym towarzystwie i liceach o ambicjach klasycznych, niewyobrażalnej dziś np. dla pokoleń młodych żurnalistów, którzy potrafią koncert u OO. Dominikanów zapowiedzieć, że odbędzie się w „klasztorze zero zero Dominikanów” (autentyk, mój ukochany przykład na spsienie tej profesji). Tomasz Bielak korzysta w swych odwołaniach skojarzeniowych z tradycji mitologicznej. Biblijnej (nie tylko wspomniany król Salomon). Literackiej. Filozoficznej (nie wiem czy tu nie pasuje PRZYPOMNIENIE: „ZAWSZE I WSZĘDZIE” ZNACZY TEŻ „TU I TERAZ”, – czyli hic et nunc). Także, – co mnie niezmiernie cieszy – z polskich zasobów frazeologicznych, przysłów (RAZ NA WOZIE, RAZ POD WOZEM (kierowca lata i w aucie i poza), masowych haseł o bazie politycznej, paradnie przedrzeźnianych sloganów reklamowych (ZRÓB TO SAM – z sercem flankowanym łukiem i strzałą, NASZYCH SPORTOWCÓW UBIERA Obeebok –skojarzenie z firmą natychmiastowe!), powiedzeń ludu polskiego (ZIMA WASZA, z dwoma potraktowanymi zarysowo bałwankami), cytatami z pop kultury, głównie muzycznej czy nawet ze znaku drogowego (tenże, znany z wciąż remontowanych dróg i ulic znak, obejmujący swymi ramionami butelkę, z podpisem ZAWĘŻENIE ŚWIADOMOŚCI).

A propos znaku. Wszystko, o czym było napisane powyżej zawarte jest u Tomka Bielaka w graficznej formie piktogamów. Tak naprawdę, towarzyszyły one ludzkości od wieków, chociażby jako drogowskazy. Moją świadomością zawładnęły przy okazji Igrzysk Olimpijskich w Monachium w 1972 (nasz Tomaszek 40 roczków temu, jak łatwo policzyć, miał dopiero lat 5) przekonałem się, jak czujnie a skrótowo można „zapisywać” symbole sportowych dyscyplin. Potem, jeszcze za „późnego Gierka”, poszło to galopem i u nas – na dworcach PKP i PKS, w miejscach publicznej czy handlowej aktywności, dobrnęło aż do karykaturalnego zwyrodnienia, które – jak to w mass culture – wręcz wołało o kpiarza, który potrafi to potraktować z kabaretowym zacięciem. Kabarety – owszem! – dobrały się do tematu, osobliwie, gdy już nie potrafiły sobie poradzić z upadkiem komuny i z brakiem ulubionych prześmiewczych motywów, tzn. z dojmującym „brakiem laku”. I jego zamienników. Tyle, że na poziomie sztuk plastycznych trzeba było poczekać na artystę wznoszącego się nad poziom przyczynkowości, doraźnych interwencji i – oczywiście – źle przyjmowanych przez stada polityków kpin. Diagnostyka od serca i taentu, zajmującego się w swej pasji budzeniem sumień. Mądrym, czujnym punktowaniem zaszłości i nowych złych nawyków. I doraźnych dewianckich zachowań. Oraz takiego, który w medialnym szumie nie pogubiłby swej sztuki i jej się nie sprzeniewierzył.

Dochodzimy wreszcie do celu. Do wystawy SUBIMAGO w Białej i do niezwykłego dla mnie kroku, jaki wykonał Tomasz Bielak, wyzwalając nią od „oczywistości” komunikatów piktogramowych i ciążącego (absolutnie nie jestem pewien czy mam rację) na nim odium, iż tylko to potrafi. Jakże ważna – choć krytyk winien być na to impregnowany, ale co mi tam! -  okazała się wyczulająca na złożoność tematu, wernisażowa prośba artysty, żeby odbiorcy zechcieli postrzegać pewne partie ekspozycji jako kontynuowany, rozwijający się temat. Treść się natychmiast zawężyła. W jej kumulacji ukazał się trop rozpoczynający się na jednej z galeryjnych ścian: KONIEC ŚWIATA.  Na drugiej, prostopadłej, sytuację continuum osiągnęło przesłanie zawarte w zwielokrotnieniach tego samego motywu: UWAŻAJ, MOŻE BYĆ TWÓJ  (3x).  I – przemiennie – również trzykrotnie przywołanego, zapewne dla nadgorliwych katolików obrazoburczego zikonowania tematu z Golgoty, gdzie na krzyżu rozpięty jest Y, a pobocznymi towarzyszami są X i Z. Przed ostatnim objawieniem się tej sceny wystawową ścianę „wypełnia”w dolnym szeregu pustka. Jakże znacząca. I daleka od łatwych interpretacji.

Ważną częścią wystawy Bielaka staje się również maleńka sala galerii, gdzie zdeszyfrowany zostaje jej tytuł: Pierwsze po wzlocie z wody uskrzydlone stadium jętki jednodniówki (łac. Ephemeroptera), która następnie, po ostatnim przeobrażeniu osiąga formę w pełni rozwiniętą, o nazwie IMAGO (wiedza skoninąd: w bardzo krótkim czasie odbywa lot godowy i zaraz po kopulacji umiera). Cudowna zmyłka dowcipnego Bielaka. Chyba potrzebna dla przygotowania odbiorów z najbardziej niespodziewaną częścią wystawy – obrazami, na których i King Kong i Al Capone, czyli mieszkańcy masowej wyobraźni, ale nie tylko (takiego subtelnego wymalowania koparki w imaginacyjnym tle mogliby zazdrościć poetyzujący hiperrealiści!). Summa przesłań kondensuje się w prostokątnej pracy z wpisanym weń trójkątem. Tym najsłynniejszy w tradycji chrześcijańskiej, z okiem i rozchodzącymi się promieniami jej nauk i wyzwań, tutaj komentowanymi przez Bielaka z wielkim smutkiem: PO PROSTU WSTYD PATRZEĆ. Oraz w powieszonej centralnie Tomkowej ikonie. Głosi: NIE WIERZĘ/TABLETKOM. Tam gdzie ukośnik, pomiędzy tymi – wertykalnie ujętymi – słowami widnieje w okręgu równoramienny krzyż. Jak sądzicie? To symbol słynnego medykamentu przeciw bólowi głowy, czy coś ponadto?

Jeszcze chwila, mój Ty Panie Autorze. W tekście towarzyszącym wystawie Piotr Pękala, nawiązując do tytułu expozycji wywołuje sformułowania typu SUBstancja (niewidoczna, bo stała się jedynie odbiciem do cd., wypełniająca pono analitycznie nieobecną w tym zarysie pracę KONIEC ŚWIATA,) i (narracja) SUBiektywna. Zapewnego tego nie pamiętasz, ale w Twojej młodości w opisie i diagnozach kultury masowej funkcjonował termin suburbia. Kilkanaście lat temu suburbią wobec Lublina był Czechów, potem Czuby. Dziś może to chyba dotyczyć wyłącznie Świdnika. Nie mam pojęcia, gdzie mieszkasz, ale czy nie uważasz, że to wspaniałe, zdystansowne miejsce do obserwacji naszej porąbanej rzeczywistości, której jesteś diagnostycznym obserwatorem? Taaaka perspektywa! IMAG… Sorry! Wyobraź to sobie!

Okolice piwnicy. Umysłowej

Gdy po dłuższym czasie znów zasiądziesz do blogowej pisaniny, to człek ma problem rachowania się z tematyką. Zagnała mnie dziś do klawiatury kompa wieść od przyjaciela, o znaczącym texcie poruszającym frapującą Waszego sprawozdawcę tematykę. Nie zdradzę, jaką, bo jako internetowy Zulus nie potrafiłem ni cholery odnaleźć w zasobach cyberprzestrzeni(?) tego, jak się zapowiadało, znakomitego kąska. Ale fizyczność posadzona przed monitorem mądrego ustroistwa upomniała się o swoje prawa. I musieliśmy jakoś dość do porozumienia, że skoro już tkwię nad jego klawiszami, to może jednak odrobię pewną zaległość. C’est voila!

Jest, nawet jak na nowe czasy coraz bardziej renomowanego i odzyskiwanego dla ludzkości lubelskiego Starego Miasta, już dosyć wiekowa. Kilka lat temu, gdy gruchnęła wieść, że w dolnych partiach Grodzkiej (nie mylić z – że zacytuję niezastąpionego Grzesia Michalca – Dolnymi partiami Panny Marii) powstanie knajpa specjalizująca się w serwowaniu browca z kraju mistrzów konsumpcji złocistego nektaru, panów Haška i Hrabala, omal się nie rozkleiłem ze szczęścia. Spotkanie z już otwartą rzeczywistością przypominało otarcie nosa o ostry grunt stałego zlodowacenia. Mentalnego.

Nawet, jeśli nie chodziło o zasoby baru, o których panienki kelnerki, tudzież sam barman nie mieli najzieleńszego pojęcia, to pytanie o nazwę lokalu przypominało w skutkach najtrudniejszy egzamin z gramatyki (powiedzmy, odróżnienia przyjemnego przyimka od strasznego przysłówka). Gdzieś w tym czasie mój czeski przyjaciel Karel, o kazimierskim wówczas zadomowieniu, zaprosił na wakacje swych dwóch synów stale zadomowionych w Republice Czech. Przywiózł ich do Lublina i – pragnąc sprawić radochę dorosłym już latoroślom – powiódł ich na dół Grodzkiej. Tam wszyscy trzej przeżyli coś w rodzaju szoku, z inklinacją ku myśleniu, czy ktoś tu w Polsce ich nie obraża, kpiąc sobie setnie z języka, który ich ukształtował. Jakoś dziwnie przestało ich interesować, czy „z rury” otrzymają do kufla, dajmy na to, zaiste im znany Prazdroj, a w butelce – typowe czeskie piwo Zlatý Bažant ze Słowacji. Problemem był szyld knajpy.

Tkwi tam do dziś. Ktoś mi kiedyś próbował tłumaczyć, że właściciele przybytku zdobyli się na żart. Że wszytko w tym lokalu, włącznie z jadłospisem, jest oparte na parafrazowaniu języka braci z południa, „naszą” przeróbką fraz literackich potęg – Čapka, Fuchsa, Škvorecký’ego, Pavla, Havla czy Kundery. Akurat!

Wyartykułujmy to wreszcie. Szyld coraz bardziej rozbujałego i – o dziwo! – uczęszczanego lokalu głosi:  Česka pivnica.

Kiedyś ktoś we wrocławskim uniwersytecie stworzył słownik wyrazów, które – wbrew naszemu przekonaniu o podobieństwie języków czeskiego i polskiego – znaczą coś zupełnie innego, a nawet gorzej – mogą nas srogo kompromitować (nie śmiem podawać przykładów) w czasie prób porozumienia się z „Pepikami”. Nazwa „piwiarnia” ma zapis brzmiący u nas jak liczba mnoga: pivnice! Natomiast jeśli poszperamy w słownikach czesko-polskim i polsko-czeskim, przekonamy się, że kojarząca się z szyldem nasza piwnica (pisana nie przez “v”)  w języku sąsiadów nosi nazwę sklep. Tak. Sklep, ale nie ten od zakupów, jeno – u nas! – od sklepienia, nieodzownego atrybutu piwnic, tegood ich podtrzymywania! Jednym malutkim usprawiedliwieniem faulu językowego (o zasięgu międzynarodowym!) dla gospodarzy knajpy przy dolnej Grodzkiej może być to, że piwnica (ale nie szyldowa pivnica!)  może też znaczyć winiarnię w piwnicy, a raczej sklep z winem w podziemiach.

Trochę trudno odnieść to do treści szyldu? To nie dziwcie się komentarzowi zawartemu ab ovo w tytule tego wpisu, dedykowanego pewnej pięknej – słusznie zawziętej, acz, co powiemy s bolesti v srdci,  niekiedy też wściekłej – czechofilce. Ahoj!

 

 

Osobiście. I międzykulturowo

Hinej ma tow umanajim/ szwet achim gam jachad

Jak dobrze i przyjemnie/ gdy bracia żyją razem w harmonii

Witam w nowym 2012 roku! Dlaczego dopiero po dwóch jego tygodniach? Ano, nie da się ukryć, że po niezwykle intensywnej końcówce roczku poprzedniego zamarzyło mi się dolce far niente, błogie i całkowite lenistwo uwalniające od znienawidzonego komputera. Sic! – taki stan można osiągnąć, gdy do tego urządzenia zasiada się wciąż głównie z racji wypełniania obowiązków. Stąd totalny brak mej aktywności na portalach typu Nasza Klasa czy Facebook i niechęć nawet do – niech mi litościwie wybaczą moi korespondenci – czytania przysłanych maili, nie mówiąc o odpowiadaniu na nie. To takie płukanie umysłu, terapia dająca napęd do dalszego działania stypendysty ZUS, który powinien już tylko odcinać kupony od dawnych zasług. I czerpać radość z – o naiwności! – należnego mu po latach walki na żurnalistycznym poletku wypoczynku. Z możliwością wyboru pomiędzy byczeniem się w rajskich warunkach Kraju Tajów lub w niezbadanych dlań okolicznościach Dolnej Gwadelupy.

Ponieważ jednak perspektywa alternatywy zawartej w ostatnim zdaniu, przy „wzroście” emerytalnej waloryzacji zdaje się, że o 71 zł wygląda na tyleż ponury, co paskudny żart, nie mogę kryć i tego, iż moja nie tylko blogowa aktywność (oj, pisuje się coś jeszcze!) staje się warunkiem sine qua non w miarę godnego przetrwania tu, na ojczyzny łonie. Ale tak naprawdę główną siłą napędową twórczej żywotności Waszego sługi pozostaje chęć nie podlegania skapcanieniu, odrobinę podszyta strachem przed taką martwicą i wyautowaniem z rytmu wydarzeń kulturalnych. Tudzież przed mumifikacją własnych dawnych „dzieł”, w którą popada większość mych dawnych kolegów, literalnych emerytów ( na dystans w postaci kpiny o stypendium Zakładu U. Społecznych, jakoś sobie nie pozwalają). Mówię o tych, którzy permanentnie dokonują penetracji redakcyjnych i własnych archiwów w celu odnalezienia swych dawnych, wiekopomnych textów, które dziś nikogo już nie obchodzą i zawierają je w kolejnych – wydanych własnym lub, co cwańsi, cudzym sumptem – nikomu niepotrzebnych tomach o konsystencji gniotów (jedynym znanym mi lubelskim wyjątkiem jest Henio Szymczyk, o dziwo dziennikarz sportowy jeszcze za czasów „organu KW PZPR” Sztandaru Ludu, a później Dziennika i chyba nawet mego dzisiejszego dobrodziejcy Dziennika Wschodniego, który napisał hitową, rozchwytywaną książkę o odeszłych w nieodwracalną przeszłość knajpach peerlowskiego Lublina, typu W-Z, Zamkowa, Pod Basztą, Śródmiejska (Śródziemnomorska, jak mawialiśmy), Pod Fafikiem, Stylowa, Tip Top [jedyna się ostała!], Powszechna czy Pod Karasiem).

Oczywiście, dla potrzeby swego noworocznego lenistwa rychło znalazłem alibi. Ma się to doświadczenie z lat obsługiwania informacyjnie i krytycznie wydarzeń artystycznych i się już od lat wie, że w mym mieście pod cieniem bram Krakowskiej i Trynitarskiej przestał obowiązywać związany z latem termin sezon ogórkowy. Natomiast w skostniałej strukturze urzędniczej nic od wieków nie drgnęło i nastanie nowego goda (niech termin w tym języku przypomni, skąd zaraza pochodzi) oznacza inercję a nawet paraliż dla wielu miejskich i wojewódzkich instytucji z braku bladego pojęcia, co do budżetu, jakim będą w tym rozpoczętym właśnie roku dysponować. Po sprawiedliwości, nie jest już tak źle jak drzewiej bywało, ale jak się szuka usprawiedliwienie dla własnych zaniechań, każdy argument wydaje się akuratny. A jeśli coś się rzeczywiście przez te dwa tygodnie stycznia w placówkach sztuki działo, to…

Dziwne, ale nie potrafiłem się – przy całym dla niej uznaniu – zarazić ideą docenienia w operetce Zemsta nietoperza w Teatrze Muzycznym potęgi głosu lądującego tam z innej bajki Krzysztofa Cugowskiego. Ponoć przyjęty owacją na stojąco koncertowy zestaw Małgorzata Walewska – Robert Grudzień – Jerzy Zelnik w filharmonii, już wielokrotnie ćwiczyłem. Propozycje Grażyny Brodzińskiej tamże – również nie są mi obce. Kino, z racji trudnych życiowych wyborów, nie jest już mym żywiołem, więc i lubelską edycję Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Etiuda&Anima przyszło kołem ominąć. Po napisaniu kilkakrotnie o tym, co sądzę o programie Galerii Labirynt (śp. BWA) pod nową, światłą dyrekcją, odwdzięczono mi się zaprzestaniem przysyłania informacji o kolejnych wernisażach, dlatego o piątkowej wystawie Marty Bosowskiej Konwulsja i wczorajszej, Izraelki Yael Frank Party Poopers dowiedziałem się za późno (zasiadając do niekochanego komputera, żeby popełnić niniejszy wpis) z wciąż wg mnie fatalnie redagowanej strony kultura.lublin.eu – Newsletter – Lublin – miasto inspiracji.  Z kolei na otwartą w sobotę ekspozycję rysunków Marcina Studzińskiego – Pana Y. w Pubie Spirala przy Okopowej pójdę, jak gospodarz, Krzysio Pasaman przypomni sobie, że jestem t-a-k-ż-e krytykiem sztuki. Jeśli chodzi o poniedziałek, to Bracia Karamozow Teatru Provisorium w reż. Janusza Opryńskiego (Warsztaty Kultury g. 16 i 20) są po ponad pół roku od premiery za świeżym przeżyciem, żeby się skazywać na ponad 2 godz. najwznioślejszych nawet przeżyć artystycznych. Wreszcie – a zestawienie wciąż traktuję wybiórczo – wątpię trochę, żeby coś mnie skusiło pomaszerować na trzy dzisiejsze specjalne koncerty. Odkąd dzieci rozebrały 7 stycznia domową choinkę, do zasobów przeszłości (i oczekiwania na kolejną Wigilię) odstawiłem śpiewanie kolęd. Ale jak ktoś lubi, to proszę bardzo: o g. 15 u Dominikanów Dzieciątko się narodziło i Młodzieżowy Chór Carduelis z Poniatowej, Zespół wokalny Sine Nomine z MDK „Pod Akacją” oraz Chór Kameralny Towarzystwa Muzycznego; o 17 w filharmonii Cichuteńko pośród nocy, kolędy i pastorałki w wykonaniu Zespołu Pieśni i Tańca Lublin im. W. Kaniorowej (z wydanej właśnie płyty!); o 19.45 w kościele przy Staszica Kolędy Świata i ponownie Sine Nomine oraz niezawodny Męski Zespół Wokalny Kairos. Cosik mi się zdaje, że karnawał w mej duszy wygra z postem i skuszę się o g. 20 na Open Source acoustic-jazz-rap trio w odradzającym się muzycznie (oby na trwałe!!!) GramOFFonie przy Rynku.

Z tego wszystkiego wyszło, że w tym roku Euro 2012, Igrzysk Olimpijskich w Londynie i zagrażającego im (co do czasu, co do czasu!) konkurencją VI Jarmarku Jagiellońskiego, ruszyłem w tym celu tyłek z domu dopiero raz i uczestniczyłem w zaledwie jednym wydarzeniu artystycznym (i nie tylko takim, o czym poniżej). Jego czas nie jest tu bez znaczenia. W piątek 6 stycznia, w odrodzone w ub. roku dla mas pracujących jako dzień wolny od pracy, zamykające dla zachodnich Chrześcijan cykl Bożego Narodzenia święto Trzech Króli, jednocześnie dla prawosławnych i innych obrządków Chrześcijan wschodnich dniu bożonarodzeniowej Wigilii, Piotr Mirski z Ośrodka Brama Grodzka – Teatr NN wraz z jego zespołem Klezmaholics (na zdjęciuzaprosił publiczność do Restauracji Hades Szeroka na Muzyczne powitanie Szabatu – Musical Kabbalat Shabbat. Kto znał podobne projekty Mirskiego realizowane w NN (Jidisze lider. Śpiewnik żydowski), był do tego przygotowany. Jednak trudno było się oprzeć wrażeniu, że lwia część zasiadającej przy stolikach widowni popadła w konfuzję, gdy się okazało – nawet bez zmuszania do takiego traktowania wydarzenia – że uczestniczy w szabatowej śpiewanej modlitwie. I że na stolikach leżą aż 8-stronicowe wydruki jej 16 części (np. Szalom Alejchem, Jedid Nafasz, po Adon Olam) z polską transkrypcją, hebrajskim oryginałem i tłumaczeniem na nasz język.

Sam pozwoliłem sobie, siedząc z gospodarzami restauracji, Elą (jak zwykle była kulinarnie niezawodna, wypiekając dla wszystkich gości nieomal koszerne precle) i Leszkiem Cwalinami, na wątłe dowcipasy, że jakby katolicy wiedzieli, co tu się w ich święto dzieje, pewno okna Szerokiej zostałyby obrzucone kamieniami (zgroza, ale to wciąż bywa prawdą) . Ale zaraz zrobiło mi się potwornie głupio, bo się zreflektowałem, że ten wieczór to nic innego jak przywołanie z czeluści czasów Lublina prawdziwie wielokulturowego. Tego, gdy Brama Grodzka tylko symbolicznie odgraniczała Miasto Chrześcijan od startego z powierzchni ziemi przez hitlerowców Miasta Żydowskiego. I gdy w zasadzie na jego terenie przytulała prwosławnych wiernych działająca po dziś przy Ruskiej cerkiew. A i greko-katolicy i ewangelicy mieli swe świątynie wkomponowane w otaczający je żywioł katolicko-żydowski, w mozaikowy krajobraz, w którym wszystko się mieszało jak w tyglu. Dlatego ten wpis poprzedziłem tak znaczącym tu mottem z Psalmu 133, tego zaledwie dwuwierszowego otwarcia szabatowej modlitwy Hinej ma tow, brzmiącego jak pięknie wzniosłe wyzwanie dla wszystkich z nas.

PS. W drugiej części wieczoru Klezmaholicks wykonywali głównie lepiej przez nas osłuchane utwory w języku jidisz (ale i ciekawych autorskich, na motywach Biblii wyznawców wiary mojżeszowej). A że od sukcesu dwa lata temu, w grudniu 2009 na Mikołajkach Folkowych, kiedy zdobyli III nagrodę za erudycję, duchowość w muzyce, niekonwencjonalne instrumentarium oraz brzmienie, stali się kapelą dojrzałą, z fascynującymi odwołaniami aranżacyjnymi do wielorakich (wielokulturowych, zatem?) tradycji muzycznych, warto przywołać skład „klezmerskich alkoholików”:  Piotr Mirski – słowa, vocal, mandolina, gitara, darabuka; Mikołaj Wójcik – klarnet; mój idol, także aktor Teatru Bocznego z sukcesami, któremu ongiś na blogu poświęciłem duży text, pochodzący z Aleksandrowa, ze słynnej muzycznej familii Bździuchów Sławek Niemiec – skrzypce, trąbka, suka biłgorajska; Łukasz Dankton Downar – gitara bass oraz Krzysztof Redas – perkusja i perkusjonalia.

Fot. LC

Dziura św. Barbary

W pierwszym odruchu chciałem ten cymes dodać do inspirowanego arcydziełem Bruegela cyklu Walka karnawału z postem. Ale byłaby to czysta niesprawiedliwość. Mocno periodyczny w swej nieregularności odcinkowiec ściga głównie głupoty, kiksy i faule, z jakimi się spotykamy na co dzień. Tu mamy natomiast do czynienia z dokumentem historycznym, który w swej epoce mógł być zupełnie inaczej postrzegany niż dzisiaj, gdy roznieca szereg cudownych, powodujących nawet gejzery śmiechu asocjacji.

Zatem proszę potraktować ten wpis jako specjalny prezent dla Państwa, Czytelników tych blogowych zapisków. Służący poprawie humoru na koniec roku 2011, połączony z życzeniami, żeby AD 2012 dawał Wam (nam!) jak najwięcej powodów do podobnie relaksującego rozbawienia.

Voilà!

Osobiście uważam, że w 11 punktach rachunku snycerza, coś dla siebie mogą znaleźć osoby różnych orientacji (dopowiedzcie sobie, jakich, ale pierwsza myśl może być zwodna!), zawodów, fascynacji, pasji, płci itd, etc. Wierząc, że pożółkły, nadszarpnięty zębem czasu wycinek z jakiejś stareńkiej gazety zreprodukował się na tyle dobrze, że jest czytelny, rzucę – tylko z wielką prośbą o nie wciskanie mi intencji szargania świętości, bo nie o to chodzi! – kilkoma przykładami. Oto mój faworyt – #8: Zatkanie dziury św. Barbarze (za 7 zł). Przeca poniekąd powinien zadowolić zarówno erotomanów (koniec pokus!) jak i obrońców życia poczętego. Ci pierwsi (tudzież naturyści) znajdą również coś dla siebie pod # 3, a odłam wyczulony na estetykę i higienę – pod #5. Tych drugich urajcuje wieść z #6. Okulistów – z #7. Protetyków – to, co w #11, zaś wielbicieli muzyki – #9, a hippiki – #2. Bardzo praworządnych (może jednak użyć słowa: ortodoksyjnych?) Chrześcijan bez wątpienia podbuduje #1, a jeśli się zmartwią #4, zawsze mogą się pocieszyć, że zawarty na Tablicach Mojżeszowych IX przykazanie może – w skutkach – stanowić ostrzeżenie i dla samego najważniejszego z proroków, od którego imienia zostały one nazwane. Mam jedynie problem z zakwalifikowaniem #10, mówiącego o Dorobieniu ogona św. Duchowi (za 12 zł, o całe 3 zł drożej niż Za wykonanie brody Bogu Ojcu), bo nie wiem czy chodzi o ogon ilustrującej go gołębicy, czy też o towarzyszące symbolowi ogony ognia. Ale może jakoś bez tej wiedzy przeżyję, wierząc, że dogłębnych badaczy problemu i w tym punkcie rachunku coś prawdziwie ukontentuje.

Całą tą pychotę zawdzięczam ob. córce, a dokładnie jej koleżance – Dorocie Mościbrodzkiej, nota bene dziecięciu mojego redakcyjnego kolegi z Kuriera L. – Jurka. Te kilka lat temu, kiedy obaj rozstawaliśmy się z tamtą redakcją, Dorota pracowała w WBP im. H. Łopacińskiego i mam nadzieję, że to nadal robi. Sądziłem więc, że wycinek o rachunku przedstawionym X. Poniatowskiemu odkryła podczas jakiejś kwerendy po bibliotecznych zasobach. Prawda jest inna. Oto najświeższa Jej relacja: “Wycinek nie był biblioteczną kwerendą,  został wycięty przez ojca z jakiejs gazety i pieczołowicie przechowywany przez lata. Teraz ja go przejęłam… No cóż, w niektórych rodzinach wiano jest specyficzne; “.

Gratuluję tego Jej i Jurkowi  i serdecznie dziękuję!

Kochani! Zapraszam na te łamy w kolejnym, 2012 roku.

Wasz blo(a)gier

Andrzej M.

Pod skrzydłami Andruchowycza

Nic Wam nie mówi nazwisko wieszcza? Szkoda! Ja prawdziwą lekcję pokory dostałem gdzieś w maju 2008. Opisywałem ongiś tę sytuację, ale dokumentu -bieda! – nie potrafię znaleźć w najgłębszych zasobach archiwalnych. Zatem… Było to w czasie III Międzynarodowego Festiwalu Brunona Schulza – Arka Wyobraźni Brunona Schulza. Na tyłach rozsadowionego w centrum Rynku w Drohobyczu Ratusza działała jedyna kawiarenka o jakiejś śmiesznej nazwie, bodaj Foxy-Roxy (bo nie Tutti Frutti). Pod jej parasolami chętnie kryli się przed upałem uczestnicy festiwalu, od czasu do czasu nagabywani przez reportera(ów?) z przycumowanego do drugiej rynkowej pierzei wozu radiowej Trójki, która sprawozdawała o schulzowskim zrywie festiwalowym na żywo. Międzynarodowe towarzystwo miłośników Sklepów cynamonowych (realnie całkiem bliskich) szczególnie upodobało sobie kawiarniane miejsc w dniu zdecydowanie wcześniejszego niż u nas, przypadającego w ukraińskich szkołach na ten czas końca roku. A działo się to z tego powodu, że – i tak nieprawdopodobnie piękne dziewczyny – były na okoliczność cudownie wystrojone. Niby kanonicznie, jak nasze maturzystki, bo to każda w czarnej spódniczce i białej bluzeczce, ale jeszcze z wieńcem na kaskady włosów, szarfą przewieszoną przez – o, tak! – piersi i w… szpileczkach. Zacni profesorowie, schulzolodzy z Brazylii, Izraela, Austrii, Niemiec etc, chyba porzucili tego dnia program ustalony przez Wierkę Meniok i Grzesia Józefczuka, kreatorów festiwalu i masowo rzucili się do fotografowania pokuśnych swym świeżutkim wdziękiem Ukrainek.

Dwie z nich, czego zrazu nie zauważyłem, przysiadły w pewnym momencie w dalszej części ogródka Foxy-Roxy. Po jakimś czasie dobiegł z tamtego kąta ich pisk, który jako żywo przypominał mi reakcje fanek z oglądanych w młodości filmów o koncertach Beatlesów. Piszczały. Podskakiwały. Były bliskie omdlenia. Dlaczego? Ktoś miejscowy rozjaśnił mi we łbie: – Zobaczyły Jurija Andruchowycza, a on jeszcze się do nich na chwilę przysiadł!

Pierwszy raz w życiu spotkałem się z sytuacją dla nas (przy całym uznaniu dla –powiedzmy – Srebrnego Ildefonsa) wprost niewyobrażalną. Z możliwym bodaj jedynie – i za komuny, i, jak się okazuje, dzisiaj – w krajach na wschód od naszych granic, nieprawdopodobnym kultem poetów, mężów opatrznościowych narodów, idoli najczystszych. Dwie piękne dziewuchy po otrzymaniu dedykacji w tomikach czy tylko autografów, były oszołomione szczęściem, które je spotkało. Wtedy zrozumiałem, kto to jest dla Ukraińców Andruchowycz.

Tego dnia na dziedzińcu drohobyckiego Ratusza odbył się jego koncert z wrocławskim zespołem Karbido, co bez wątpienia stało się jednym z najważniejszych wydarzeń III MFBS. Dwa lata później (festiwal to biennale), po Samogonie, powstał Cynamon ( z dobawkami z Indii) i bodaj także zdobił kolejną edycję MFBS. Teraz słyszę o trzeciej części tryptyku, o jakże groźnej, a przyjaznej dla miłośników sztuki (impresjoniści!) nazwie Absynt. Ktoś, kto pisze słowa i użycza swego głosu w takich projektach, otacza je skrzydłami swego talentu, jest dla mnie postacią niezwykłą. A jak dołożę skromną mą wiedzę, że pisze on też powieści, eseje, np.  tłumaczy Konwickiego (razem z Andrzejem Stasiukiem), Rilkego, Pasternaka i Mandelsztama i – przede wszystkim – publikuje tomiki wierszy, w Polsce przekładne przez naszego Bohdana Zadurę, czuję się jak parias, któremu już taki rozmach twórczy nie będzie nigdy dany.

Dlatego będę ogromnie cenić to, co z pieczęcią Andruchowycza trafiłem na internetowej stronie Hadesu Szerokiej. Jest to podobno cząstka ze zbioru 333 esejów z miejsc, które Jurij w swym bujnym życiu odwiedzał, a te mu – z różnych powodów – zapadły w pamięć i je opisał. Fragment pochodzi z regionalnego dwumiesięcznika: Opolskiego Pisma Społeczno-Kulturalnego Strony nr 3-4-2011 (37-38) str. 70-72. Zachowuję je w dokładnym brzmieniu tłumaczenia Roksany Ożarowskiej:

Jurij Andruchowycz 

Lublin

 Wszystko co do tej pory napisałem o Lublinie, mieści się w krótkiej frazie zagubionej gdzieś w połowie „Wstępu do geografii”. Chodzi w niej o niedawną okazję do podziwiania ze wzniesienia tamtejszego Starego Miasta. Nie podałem wówczas żadnych szczegółów. Dlatego też obecnie, siedemnaście lat później, mogę się tylko domyślać, że mowa o Placu Zamkowym. Ktoś – pewnie Piotrek albo Włodko, a najszybciej oni obydwaj, zaprowadzili mnie tam, dajmy na to ulicą Kowalską. To właśnie stamtąd można oglądać miasto, by dostrzec “miniaturowe skupisko dachów, balustrad, uliczek, placów” i to aż “z całego serca ostro i boleśnie”. O ostrym bólu serca napisałem nie bez przesady, choć w maju 1992 roku moje serce reagowało, jeśli nie zupełnym zatrzymaniem, to przynajmniej arytmią na każdy bodziec związany ze Starą Europą.

   Nie wykluczam jednak, że chodzi o jakieś inne miejsce, jak na przykład o Wieżę Trynitarską. Albo jakiś inny punkt widokowy na wzniesieniu na lubelskim Starym Mieście.

   Jeśli o wzniesienia chodzi – czuję się dość niepewnie. Znacznie lepiej idzie mi z wdoleniami . Jest takie słowo? Od dziś będzie.

    Najlepszym dla mnie wdoleniem Lublina okazał się “Hades” – hniazdo hada. To taka podziemna restauracja zaledwie dwa kroki od Krakowskiego Przedmieścia i Placu Litewskiego. Po naszemu to byłoby “Ad”, choć nikt nigdy nie nazwie tak u nas żadnej firmy, chyba, że pogrzebową. Potrafię sobie jeszcze wyobrazić kawiarnię “Aida” – ostatnią przystań, hniazdo hadzin dla zapijaczonych solistów operowych i weteranów baletu.“Aida? Tak, to możliwe. Ale “Ad”? Władca królestwa zmarłych? Ad, czyli Hades? Podziemny król i jego królestwo?

   Po każdej popijawie w takim miejscu czujesz się jak Orfeusz, zwłaszcza następnego ranka. Szkoda, że czułem się jak Orfeusz tylko raz.

   W Lublinie byłem dziesiątki razy, a w “Hadesie” tylko raz – wtedy. To było właśnie wtedy, gdy prześpiewaliśmy Ajriszów. Tak się zdarza, gdy w tej samej podziemnej przestrzeni nałożą się na siebie dwie popijawy. Ajrisze z zawziętością przeistaczali Lublin w Dublin i zaczęli pierwsi. Możecie sobie świetnie wyobrazić te ich ballady, więc nie ma najmniejszego sensu przytaczać tu ich treści. Wystarczy tylko stwierdzić fakt powszechnie znany: pieśni Ajriszy są długie jak „Ballada o Doboszu”.

   I gdy Ajrisze dośpiewali pierwszą z nich, cały bankiet grzeczni bił im brawo. I to był błąd, bo rozochoceni Ajrisze zaczęli zawodzić druga balladę. Przy trzeciej będący z nami Polacy sprowokowali nas do dania im godnej odpowiedzi.

   Swego czasu zwolennicy analogii zwrócili uwagę na pewne brytyjsko-słowiańskie ekwiwalenty. Jeśli Anglicy są Rosjanami Wielkiej Brytanii, to Szkoci są jej Ukraińcami, a Walijczycy Białorusinami. Irlandczycy to bezdyskusyjnie Polacy. Ich whisky jest znacznie delikatniejsza niż szkocka – oto dowód nr jeden. Szkocka whisky jest mętna i ostra, niczym siarczan, a irlandzka przejrzysta i aromatyczna. Potrzebne są jeszcze jakieś dowody? Irlandczycy są znacznie bardziej zaciekli w kwestii uwolnienia się od Anglików. Szkocka elita już zdecydowanie bardziej sprzedajna, żeby nie powiedzieć – zdradziecka. I tak dalej.

   Zgodnie z tymi wszystkimi analogiami tamtejszego wieczoru Polacy powinni byli wszelkimi siłami wspomagać Ajriszów swoich zamorskich bliźniaków. A jednak oczekiwali od nas jednego: byśmy zaśpiewali coś w odpowiedzi. Po trzeciej balladzie Ajriszów już nawet nie trzeba nas było jakoś specjalnie zachęcać. Uderzyliśmy czapkami o dno podziemnego królestwa i zagrzmieliśmy “oj na hori taj żenci żnut” . Wyszło nam to lepiej, krócej, silniej i straszniej niż Ajriszom trzy ballady razem wzięte. Cały “Hades”, wszystkie jego rezerwuary, zakamarki, zak-Ad-arki, korytarze i labirynty z wszelkimi zagubionymi w nich cieniami wybuchły w ekstazie.

   Zaskoczeni Ajrisze długo nad czymś radzili i w końcu zaczęli, coś już bez widocznego zadowolenia, a bardziej z obowiązku czwartą balladę. Kolejnym błędem, tym razem z ich strony, było to, że czwarta ballada okazała się jeszcze dłuższa i jeszcze bardziej rozwlekła niż poprzednie. Być może zmobilizowali się do pokazania najlepszego, co mieli. A najlepsze w ich mniemaniu znaczy najdłuższe. Naturalnie, nasza odpowiedź “Oj u łuzi czerwonej kalyna”, po prostu rozniosła ich mózgi po ścianie. Sam się sobie dziwię, że użyłem tak powszedniego bandyckiego wyrażenia. Ale innego po prostu nie znalazłem. To naprawdę było rozmazanie, naprawdę kaliną i naprawdę po ścianie. Świadectwem tego stała się całkowita demoralizacja Ajriszy: po kolejnej chaotycznej i nieskładnej naradzie nie znaleźli niczego lepszego, niż „Yesterday” Beatlesów. To był początek ich agonii. Już nawet nie przypominam sobie naszej odpowiedzi, pamiętam tylko, że była druzgocąca i ostateczna: malowane dzieci – panienka poleci, kozacka sława – zazula czarniawa, kalina czerwona – dziewczyna szalona, tara-ram i takie tam. Myśląc w kategoriach piłki nożnej, wygraliśmy jakieś 5:1.

   Ciąg dalszy w królestwie cieni odbywał się pod znakiem bratania się wszystkich z wszystkimi. Zdaje się, że nawet razem wypiliśmy za Jamesa Joyce’a. To pisarz, który tak kochał Irlandię, że nazywał ją świnią i, rzecz jasna, nie mógł w niej mieszkać.

 

I jak tu nie kochać Andruchowycza Jurija? I jak tu nie podumać, czy tamte pięknoty maturalne z kafejki-knajpeczki srożącej się pierwszymi parasolami ogródkowymi w mieście Schulza Brunona nie zrodziły już jakichś dzieciątek z natchnienia najważniejszego dziś poety Ukrainy? I czy łza fasolasta (Jasiek), alibo jeszcze większa, nie powinna stoczyć się po policzku na wspomnienie z 1992 r. z cudownych, póki co – oby tylko na chwilę!!! – postradanych wnętrz Klubu Towarzyskiego Hades i jego Kawiarni Artystycznej? Trzeba tam koniecznie wrócić.

Dla mnie, to najważniejsze życzenie na rok 2012!

 

 

 

Wyżej niż Pod Podłogą

W moich młodzieńczych, ale i późniejszych czasach w tę „wnękę” Krakowskiego Przedmieścia (nr 62) skręcało się z jednego powodu. Na ścianach – flankujących zagłębienie przestrzeni przed pierzeją głównego budynku z sięgającym pierwszego piętra portykiem -objawiały się ogromne, wpuszczone w mur gabloty, obiekt codziennego zainteresowania przechodniów. Zza ich szyb można było zyskać wiedzę, co tego dnia, i o której godzinie w swym repertuarze proponują kina Kosmos, Wyzwolenie, Robotnik (wszystkie już przeszły niestety do historii) oraz – nie pomnę – jakieś czwarte, bo tyle gablot z mozolnie przypinanymi szpilkami fotosami i wciąż modyfikowanymi informacjami mieściły skrzydła – jak się dowiedziałem po latach – XVIII-wiecznego, przerobionego 1846 r. pałacyku Morskich. Co się kryło za komuny w jego wnętrzach, w ogóle nie podlegało zainteresowaniu kinomana. Jakkolwiek prawda była bolesna. Wkraczający do środka przez typowy dla gubernialnej epoki portyk „studenci”, podlegali tyleż szybkiej, co bolesnej indoktrynacji w ramach zajęć Wieczorowego Uniwersytetu Marksistowsko-Leninowskiego, w skrócie WUML.

Ciekawostką tego śródmiejskiego zakątka pozostawało to, że tuż za rogiem flanki zachodniej z dwoma gablotami już od drugiej połowy lat 50. tamtego wieku działał (i działa) podlegający lubelskiemu oddziałowi Związku Polskich Artystów Plastyków Sklep (Galeria) Art. Natomiast za narożnikiem zachodnim z kolejnymi dwoma gablotami, wciąż funkcjonuje księgarnie, która do upadku komuny, a chyba i dłużej była księgarnią radziecką. Przez całe dziesięciolecia wyglądało to tak, że jeśli nie pozostawałeś wybrańcem (nuworyszem, hochsztaplerem, szczęśliwym pięknoduchem, dziecięciem losu etc…) i nie było cię stać na kupienie oryginalnego, autorskiego obrazka, szło się kilkadziesiąt metrów dalej, pakupit’ tani sowiecki album z reprodukcjami dzieł z Ermitrażu, Trietakowki czy Muzeum Puszkina.

Taka była prawda epoki, która ani nic nie podmywa istoty zasług Artu dla propagowania kultury plastycznej i uświadamiania, w jej ramach, że nasi lokalni twórcy, członkowie lubelskiej organizacji malarzy, grafików i rzeźbiarzy są w stanie zaspokoić nawet najbardziej wysublimowane gusta odbiorców.

Podobnie – a nawet bardziej zdecydowanie! – ma się sprawa z powołaną do życia w 1996 r Galerią ZPAP Pod Podłogą. Państwo wiecie, o co chodzi… Biedny wciąż związek sprowadził ją do podziemi Sklepu Art, do kameralnych warunków, które niejednego wystawcę wprowadzały w ekspozycyjne zakłopotanie. A jednak! Pod kuratelą kierującej od początku galerią Lucyny Mazurek, wzniosła się ona ponad uziemiający poziom zawarty w jej nazwie (i rzeczywistości!). Tu się odbywają loty wyższe niż – dosłowna – undergundowość, wydarzenia częstokroć niebosiężne, eksplozje sztuki mieniącej się fajerwerkowo wszelakimi barwami.

Kilka faktów. Nie pamiętam pierwszej wystawy sprzed 15 lat z okazji 60-lecia naszego ZPAP, ale następne – Jacka Wojciechowskiego, Adama Styki, Eugeniusza Markowskiego – już się gdzieś pod czaszką zakodowały. Oczywiście, nie wszystkie, skoro w sumie przez te lata uzbierało się – daj Boże! – 130 ekspozycji ponad 150 artystów, głównie wystaw indywidualnych, jednako i zbiorowych, m.in. zawartych pod hasłami: Debiuty, Salon Wschodni, Spotkania Graficzne, Grupa PAKT. Wspierający zawsze żonę w działaniu, wyśmienity grafik Grzegorz Dobiesław Mazurek stwierdził: – Myślę, że z gości warto wspomnieć Adama Myjaka, Eugeniusza Markowskiego, Janusza Przybylskiego, Adama Stykę, Stasysa Eidregeviciusa, Leszka Mądzika, Janusza Stannego, Henryka Cześnika… Wraz z Lucynką, przywołał też b. dziekan Wydziału Artystycznego UMCS gości z Litwy, Słowacji, Ukrainy, Francji, Szwecji i Hiszpanii. Dodając, że w tym zestawie znaleźli się wszyscy ważniejsi lubelscy artyści oraz młodzi, ci rozpoczynający karierę.

Powinni się również w nim znaleźć autorzy, którym poświęcałem ciepłe słowa w swych krytykach na temat ich wystaw Pod Podłogą. Ciepłe, albowiem postanowiłem ongiś – życie mi to ułatwiło, stypendium ZUS przyjmowane od 3,5 roku, także! – pisać wyłącznie o ekspozycjach, które zrobiły na mnie jakieś wrażenie. Nie mam ci ja jednak pamięci i odnalezienie takich recenzji wymagałoby głębokiej kwerendy w komputerowych zasobach. Przywołam więc nazwiska zakodowane (zestaw wg. lat – z katalogu) na zawsze: Franciszek Maśluszczak, Zbigniew Woźniak, Krzysztof Szymanowicz, Jan Franciszek Ferenc, Andrzej Antoni Widelski, Jakub Ciężki, Sławomir Toman, Andrzej Węcławski, Zbigniew Liwak, Mariusz Drzewiński, Piotr Lech, Piotr Korol, Marek Andała, Zofia Kopel-Szulc, Barbara Sosnowska-Bałdyga, Adam Skóra, Alicja Kupiec, Lech Mazurek, Ewa Zarzycka, Reda Uogientene, Kamil Zaleski…

Brakuje w tym zbiorze autorów dwóch najświeższych wystaw: już zdjętej Michała Kawalca i jeszcze eksponowanej Wojtka Domagalskiego. Bo o nich nie zdążyłem, z racji licznych obowiązków, nic skrobnąć. Żałuję! Zadziałały też względy emocjonalne i poczucie potrzeby odpowiedniego rozłożenia akcentów. Przyznam się niecnie, że od wielu lat uwielbiam chodzić na wernisaże Pod Podłogę. Czuję się tam – przez cudowne traktowanie rezydenta – tak, jakby się odbywały w moim domu. A przy tym mam absolutną – z malutkimi jednie wyjątkami – pewność, że dotknę wyżyn sztuki, na ogół przez duże S.

Dlatego wieści poprzedzające otwarcie wystawy a-kanonicznych, srebrnie sennych grafik Wojtka, że to pożegnanie Galerii Pod Podłogą, coś na kształt stypy, ostatnia być może ekspozycja w tym piwnicznym interiorze, do bólu zawirowały mózgiem i sprawiły, że nie można było poddać się wyłącznie sztuce.

Panicznie w tych naszych strasznych czasach boję się takich sytuacji. Od lat kibicując i jak najlepiej życzę Klubowi Towarzyskiemu Hades, ale coraz bardziej dopada mnie obawa. Że jego powrót do miejsca wieloletniej rezydencji w piwnicach renowowanego (nikt w tym mieście nie zna daty finiszu – panu prezydentowi Żukowi, kreatorowi sylwestrowego BAJMu, można jedynie pogratulować!) kompleksu powizytkowskiego przy Peowiaków oddala się galopem. Oby decyzje wobec Galerii Pod Podłogą nie przeszły w cwał po światłą kutratelą renowacji pałacu przez nowego jego właściciela – Krajową Szkołę Sądownictwa i Prokuratury z siedzibą w Krakowie. Odważyła się przejąć schedę po WUML. Na co jeszcze sobie pozwoli?

Zachowująca pełnie optymizmu Lucyna Mazurek, ogranicza się dziś do dwóch zdań komunikatu. Pierwsze: Galeria na czas remontu zawiesza działalność. Drugie, jakże znaczące: Na możliwość zorganizowania wystawy w Galerii Pod Podłogą oczekuje kilkudziesięciu artystów.

Życzę im realizację pragnień!

 

Na shledanou, Vašku!

Za kilka godzin się to stanie. W wynoszącej się dumnie nad Hradczany praskiej katedrze św. Wita spowite w żałobie Czechy oraz cały – jak to się mówi – demokratyczny świat pożegnają Go. Václav Havel już nie da nam nadziei na spotkanie. I na dalsze dopełnianie tej księgi, o której, na wieść o jego śmierci, przepięknie powiedział największy dziś z czeskich pisarzy Milan Kundera, że dziełem Havla najważniejszym (wolę tłumaczenie: najznakomitszym) było Jego własne życia.

Kocham czeską literaturę. Należę do szajbusów zwanych hrabalistami. Uwielbiam także filmowe dzieła z Barandova i najjaśniejszy szlag mnie trafia na durną polską sentencję: „Czeski film – nikt nic nie wie”. Ale – językowy ignorant – nawet nie jestem pewny, czy zawarte powyżej w tytule zdrobnienie imienia prezydenta, dramaturga i działacza opozycji znad Wełtawy dobrze zapisałem.

Będą to refleksje oboczne. Człowieka, który nigdy nie miał szczęścia znaleźć się nawet w pobliżu zmarłego 18 grudnia intelektualnego idola. Moj dzieciaki bardzo rzadko zakłócają obyczaje ojca i szanują me rozliczne drzewkowe fanaberie. Tego sądnego dnia, zostałem jednak gwałtownie rozbudzony dramatycznym okrzykiem:- Zobacz, co się stało! Wędrówka po wszelakich kanałach informacyjnych zaowocowała także wizualnymi spotkaniami ze starym znajomym. Zarówno na wyciągniętych przez stacje tv z archiwów czarno-białych filmach z okresu Aksamitnej Rewolucji, jak i na najnowszych, barwnych, gdzieś w tle, albo tuż obok Havla niezwykle często pojawiał się zarośnięty, długowłosy Andrzej Jagodziński. Wtedy przed oczami i w wątłych zwojach pod czerepem głupim stanęło to, co utraciłem z opowieści tego nieprawdopodobnego – jak to definiował Bohumil Hrabal, nieprzetłumaczalnym na polski słowem – pábitela.

Jagodę poznałem w Brnie, gdzie zawędrowałem epokę temu, po koniec lat 90. ze Sceną Plastyczną KUL. Nauczył mnie na dzień dobry, że najlepszą zakąską do piwa są utopence (marynowane, jak nasze ogórki, parówki –zaraziłem z czasem tą potrawą Leszka Cwalinę i w skutkach załogę Hadesu). Wtedy się dowiedziałem, że ten absolwent filologii czeskiej i słowackiej, tłumacz, publicysta, redaktor, b. dziennikarz Radia Wolna Europa i Gazety Wyborczej, opiekuńczo wspomagał ekipę Leszka Mądzika jako dyrektor Instytutu Polskiego w Pradze. Ze dwa lata później trafiłem z tymże teatrem już do samego cudownego miasta nad Wełtawą i pod skrzydła Andrzeja.

To z tych czasów pochodzą moje wokółhavlowe wyrzuty sumienia. Mając najlepszego w życiu przewodnika po mieście Kafki, Čapka, Haška i Pana Bohumila, wolałem jak mnie wiódł do hotelu, w którym bohater tego ostatniego obsługiwał angielskiego króla. Albo do może jedynej na Malej Stranie – na prawo, idąc od Starego Miasta, poniżej Mostu Karola – jazzowej knajpki, w której nie piwo, a winko podawano. Wolałem nawet, jak mi w łeb wbijał, że nie wolno chodzić do słynnej piwiarni U Fleku, bo ona już (12-13 lat temu!) jest komercyjnym g… dla turystów z kraju, który, dzięki niejakiemu Adolfowi H., wsławił się pewnym aktem poprzedzającym Czechach wybuch II wojny światowej

Nie byłem uważnym słuchaczem. Cieszyło mnie to, że Jagodziński jest takim cudownym cicerone. A on, jak się okazało także – wg protokołu dyplomatycznego – radca kulturalny Ambasady RP w Pradze, a przede wszystkim jako działacz polskiej opozycji doskonale znał Havla. Ba! Był z nim zaprzyjaźniony (stąd tyle sekwencji z filmów dokumentalnych z jego udziałem) i spotykał się z ówczesnym prezydentem Republiki Czeskiej na zupełnie prywatnej stopie.

Mea maxima culpa! Z tej części opowieści Jagody, którymi nasycał mnie w wędrówkach po Złotej Pradze zostały jedynie odpryski. Coś o dwóch żonach Havla i ich postrzeganiu przez czeskie społeczeństwo… Coś o kompleksie głowy czeskiego państwa jako dramaturga… Coś o sławetnym spotkaniu z polskimi opozycjonistami w Karkonoszach… Coś o…

Jedno jest pewne. Andrzejek Jagodziński nauczył mnie, że do Havla można -  podobno szczególnie poddawał się tej formie imienia wypowiadanej przez Polaków – mówić: Vašek.

Dziś rano ostatni szum.

Potem śpij spokojnie – że spolszczę – Waszku! Pragnę szczerze zasłużyć sobie na zrealizowanie zawartych w tytule słów: do widzenia. W tym lepszym ze światów.

 

Skromna – jeśli można – dedykacja textu dla pięknej czechofilki AniČki.

 

 

PS. Andrzej Sławomir Jagodziński (1954 - Włocławek).

Od 2010 dyrektor Instytutu Polskiego w Bratysławie, dyrektor Festiwalu Wyszehradzkiego, do marca 2006  dyrektor Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego. Na mojego nosa, to jego zasługą było powstanie w Lublinie Festiwalu Teatrów Europy Środkowej Sąsiedzi, który być może w czerwcu dopełznie do już 7. edycji.

Legendy Marka

Są tacy ludzie, którzy mnie rozwalają na cząsteczki. Wprowadzają w kompleksy swą niepojętą dla lenia aktywnością. Zakodowaną w duszy potrzebą działania. Szukania nowych wyzwań, jak najdalszych od wcześniejszych doświadczeń życiowych. Wulkaniczną pasją.

I gotowością niesienia pomocy każdemu, kto w potrzebie. I kształtowania nad wyraz skromnie pojmowanej osobistej wizji sprawdzania się w regionach dla mnie najważniejszych – poszukiwań autorealizacji artystycznych.

Spotkało mnie szczęście, dobrodziejstwo prawdziwe, że od kilku – nie potrafię zliczyć ilu – lat mam takiego sąsiada. Nazywa się Marek Kasprzyk. Kiedy przeprowadził(li) się do naszego wieżowca, miałem o nim(nich) blade pojęcie. Ot Wojtek, syn jego i pięknej żony Oli oraz moja córka od dawna tańczyli w zespole Kaniorowców. Wkrótce okazało się, że Marek zakończył pracę w służbach nie przez wszystkich kochanych, ale wszak bezwzględnie potrzebnych. Poznawałem już inną, pozostającą poza szemraniem zawistników stronę sąsiada. Słoneczną, pociągającą stronę.

Nie umiem nazwać czy też wytropić wszystkich jej elementów. Zbierało się to w pokaźny mieszek.

Ola i Marek okazali się wciąż aktywnymi (czyli przy specjalnych okazjach występującymi) seniorami ZPiT Jawor AR (dziś Uniwersytetu Przyrodniczego), gdzie przeniosły się nasze dzieciaki, włącznie z doszluwującą do towarzystwa utalentowaną młodziutką córką Kasprzyków.

Się okazało również, że Marek jest wiceprezesem Stowarzyszenia Bractwo Rycerskie Ziemi Lubelskiej. W lipcu 2007 przed imprezą na Zamku w Janowcu mówił: „Chcemy zaprezentować swoistą opowieść o czasach rycerskich od średniowiecza po koniec XVII w. Rycerze często tu gościli, ale turnieje nie były zbyt czytelne dla publiczności. Zamiarem naszym jest nie tylko opowieść o zamierzchłych czasach, ale również przekazanie sporej dawki historii uzbrojenia, obyczajów i strojów. Każdy z widzów będzie mógł być współtwórcą turnieju, zostać bardem, rycerzem, Kozakiem zaporoskim czy łucznikiem”.

Potem Kasprzyka w zbrojnym otoczeniu i w szlacheckim stroju widziałem odpalającego starodawną armatkę na licznych imprezach, w tym na Turniejach Nalewek, m.in. w Dworze Anna w Jakubowicach Konińskich, albo w czasie styczek na błoniach pod Zamkiem Lubelskim. Zawsze był guru podopiecznych.

I wtedy spotkała mnie od sąsiada kolejna niespodzianka. Postanowił zostać PTTK-owskim przewodnikiem po Lublinie oraz pilotem wycieczek krajowych i zagranicznych. Nigdy nie widziałem człowieka, który podszedłby do tego z takim żarem i poświęceniem. Wypożyczył od nas całą tematyczną bibliotekę (przysięgam, że sporo się tego uzbierało) i nie popuścił, póki wyniki egzaminów nie świadczyły o skończonym sukcesie! Takim, jakie obecnie odnosi wykonując te – już zawodowe, jako prezes Koła Przewodników Miejskich i Turystycznych przy OM PTTK – czynności.

W tak zwanym międzyczasie objawił się jeszcze jeden (o tym, że MaKa dla domu robi zakupy, sprząta, pierze, szyje, gotuje, reperuje mieszkaniowe felery, modernizuje je i jest nadwornym kierowcą, chyba w ogóle nie należy wspominać) aspekt twórczej działalności przyjaciela. Oto, utalentowany muzycznie, przyczynił się do powstania zespołu przewodnickiego Chodu. Występuje z dwoma kolegami i widzę jak z gitarą biegnie na parking do samochodu w drodze na kolejny, na ogół tajemniczy dla mnie koncert. Albo – to przeżyłem! – jak logistycznie i duchowo wspiera pięknie odradzającą się dzięki koledze z trio, Łukaszowi Miazkowi – w tym roku 25. – Epidemię Piosenki Turystycznej Bakcynalia.

W tym cudownym przyjacielskim zawirowaniu miałem i osobiste chwile nawet mnie zadziwiającej radochy. Przyszło mi się przekonać przy okazji Urodzin Artystycznych Molika, imprezy do ub. roku przez dekadę tradycyjnej, że potrafię się wzruszyć życzeniami (pardon, ale nie potrafię ad hoc dokumentacji faktu odnaleźć!), kierowanymi do delikwenta przez Kasprzyków słowami poskładanymi przez Marka. Problem w tym, że nie jestem zwolennikiem tekstów formułowanych mową wiązaną. Rym, po czasach 13-zgłoskowego klasyka o imieniu Adam, kojarzy mi się z Częstochową i to nie z okazji jej obrony przed szwedzką nawałnicą, tylko nawałnicy niosącego takie zrywy kiczu.

Podszedłem zatem do – Boże, cały czas, po tylu figurach ekwilibrystycznych, do niego zmierzam!  – tomiku  Legendy Starego Lublina przez Marka Kasprzyka wierszem starannie spisane, jak do nieszczęścia, które mi przyjaciel w najlepszej intencji niechcący sprokurował. Ale – kurczę! – znowu zafundował mi niespodziankę. Mogę się boczyć na zdanie z zachęcającego do lektury legend zapisu, zawartego na tylnej okładce broszury, że są „ pisane wierszem, tak, by były zrozumiałe i chętnie czytane zarówno przez dorosłych, i młodszych czytelników”, bo mam ochotę krzyknąć: – Akurat!!! Nie będę takich odruchów posiadał przy wgłębianiu się w 16 rymowanych historyjek o cechach mitologicznych, które „są konglomeratem wielu legend, opisanych przez różnych autorów zarówno tych dawnych jak i współczesnych”.

Moje drogie polonistki, szukacie smaczków? Avec plesir! Oto Zaproszenie: Dziś zapraszam do Lublina, który nad Bystrzycą leży – w sonetowym układzie (6+2) klasyczny mickiewiczowski 13-zgłoskowiec. Długaśny, wielostrofowy wstęp do pierwszej z legend Skąd pochodzi nazwa Lublin, z prostą konstrukcją budowaną małą ilością 7 zgłosek (Przyszedł maj, a może lipiec)  i w znaczącej kulminacji ich wzrost do 8-9 („Powiedz, gdzie się zatrzymałem?/ Cóż to za gród na dwóch kopcach?/ Toż to jest miejsce doskonałe!”).

Przyznam się jedynie, że żadna e- i aestetyczna (może miało być przewrotnie?) siła, nawet głęboko przyjacielska nie przekona mnie do ilustracji Sławomira Gołębiowskiego, włącznie z zupełnie pomyloną okładką (jeśli toto na dole jest szczupakiem, to ja należę do karpi, które w swoim stawie – podpowiadam przedbożonarodzeniowo, że chodzi o frazeologizm – się go nie boją!)

A Markowi po prostu gratuluję.

Przyrzekam, że dobrze mieć takiego sąsiada!

PS. To jeszcze powinno w tym miejscu paść. Wydawcą broszurowatego tomiku jest Fabryka Turystyki.

 

Z cyklu: Walka karnawału z postem – 10

Pogoda wyśniona. Nigdy na nią nie zwracałem zbytniej uwagi (moja mama, wolna mentalnie od ataków politycznej rzeczywistości, a nawet od imponderabiliów, potrafiła nagle zakomunikować, że – powiedzmy – 2 czerwca 1957 padało), ale takiej jesieni jak ta, cudowna, za chwilę przemijająca, w swym długim żywocie sobie nie przypominam. Napawając się szczęściem bezgranicznym, że ominęły mnie upierdliwe słoty, ataki zaskakujących Naszych Drogich Drogowców śnieżyc, paskudne dla człowieka i jego auta poranne przymrozki, tudzież tsunami-halne kołyszące mym wieżowcem, muszę wyznać, że to wszystko to drobna pestka. I, że nic mnie nie urajcowało bardziej w te jesienne dni, niż barwna opowieść przyniesiona do domu przez me latorośle.

Obywatelstwo owe jest pod wieloma względami (w tym przypadku: estetycznymi) nad wyraz czujne. I wie, na ten przykład, że ich padre w kilku poprzednich odcinkach cyklu o powyższym tytule, zaczerpniętym z arcydzieła Petera Bruegela starszego, stępił już szabelkę na walce z samowolką budowlaną w postaci koszmarnej kapliczki św. Józefa, postawionej z 1,5 roku temu przed wieżowcem przy Daszyńskiego 17 w osiedlu 40-lecia na głębokiej Kalinie, ale za to pod oknami zawiadującej nim Robotniczej Spółdzielni Mieszkaniowej Motor – z jej prezesem na czele.

Wszyscy w domu wiedzieliśmy, że religijni nadgorliwcy z naszego osiedla – napędzani zazdrością, słusznie w Polsce diagnozowaną jako zawiść – poszli śladem poprzedników ze starszego, sąsiedniego os. Niepodległości tejże nieszczęsnej RSM Motor. Przy ul. Koryznowej, tam gdzie obok pawilonów handlowych spod adresu Tumidajskiego bodaj 2a zaczyna się wlot w Trześniowską, podobną samowolkę popełniono już kilka lat temu. Protestować nikt nie śmiał: na postumencie stanęła figura samego Jezusa Chrystusa. Że estetycznie wołająca o pomstę do nieba? A jakiż to problem dla wiernych, ubierających się po kryjomu w szaty „inwestorów”? Taki to przecież nasz powszechny gust.

Zapomnieli o starej prawdzie! Że Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy.

Mieszkałem w tym osiedlu w swej „pierwszej odsłonie życiowej”, kiedy ul. Tumidajskiego nosiła nazwę Jedności Robotniczej, a moi partyjni koledzy szydzili w robocie, że to „jedyny pozytywny element w życiorysie Molika”. Pamiętam zatem dobrze, że od 1976 r., gdy wylądowałem w tych okolicach, ul. Koryznowej nie była nigdy remontowana. Już w „drugiej odsłonie”, jadąc na Daszyńskiego, wolałem ją omijać szerokim łukiem, czego nauczyli mnie taksówkarze dowożący człeka nocą do domu. Cud objawił się dopiero tej niezwykłej obecnej jesieni.

Jako jedna z ostatnich tegorocznych inwestycji drogowych dzielnego Ratusza załapała się właśnie arteria nosząca imię byłej właścicielki Ponikwody. Trzeba przyznać, że do dzieła przystąpiono b. solidnie (efekty można oglądać lub odczuć pod kołami samochodu), a zyskały także przyległości ulicy, m.in. powstała piękna ścieżka rowerowa po jej wschodniej stronie. Porządkując teren, też przed wjazdem w – w połowie, do ul. Niepodległości jednokierunkową – Trześniowską, wprowadzono znak ograniczenia szybkości do 40 km/h. I to jest clou ślicznej afery z pola najbardziej aktualnej bitwy karnawału z postem.

Najwyraźniej służby drogowe postawiły znak w biały dzień (po zmierzchu malowano tylko znaki poziome na jezdni) i nikt nie przewidział -  o czym można było się przekonać dopiero nocą – że napis 40 w kręgu o czerwonej obwódce znajdzie się w centrum snopa światła rzucanego na figurę przez równie samowolnie zainstalowany przez katolickich nadgorliwców reflektor.

Nowa, objawiająca się co wieczór połączona wizja znaku i figury (Z&F), dała asumpt do wielorakich interpretacji.

W akcjach ratunkowych przed totalną kompromitacją sytuacji, mówi się (mówią kreatorzy postumentowego dzieła?), że znak nakazuje zwolnienie szybkości w celu głębszej kontemplacji figury.

Inna opcja głosi, iż tak wyrażono wyższość prozy życia nad metafizycznymi zrywami.

Esteci, chiromanci i inni adepci tajemnych nauk zauważają zbieżność widoku okrągłego znaku z pełnią, która już ze dwa razy nad nim i zdobną we wstążeczki rzeźbą zagościła.

Niektórzy powiadają też złośliwie a straszliwie laicko, iż nie ma sensu mówić o ostrzeżeniu dla bohatera figury, żeby zastopował przed 40-stką, bo doczesność się mu skończyła po latach 33.

Bywa również znak przewodnikiem dla zbłąkanych dusz, które chciałyby się jeszcze napić pifka, ale na nie nie mają i w światłości nadziei szukają.

Jest wreszcie elementem takiego rozbawienia, że wąska Trześniowska (szeroka Koryznowej z widokiem na… – również) stała się miejscem ekwilibrystycznych samochodowych szarż z udziałem konwulsyjnego śmiechu kierowców i podobnie deptanego hamulca w roli głównej.

Czy już starczy?

PS. Jednak nie! Jeśli ktoś będzie miał tyle odwagi, żeby się przyznać, że znak nie znalazł się w tym miejscu przez przypadek, proszę się ze mną skontaktować. Z wdzięczności pocałuje go świątecznie w stopę. Będzie, oczywiście, miał też prawo wyboru, w którą!

Grudniowa aktywność

 

Po 15 latach odbywania się, co środę w wakacje, koncertów Międzynarodowego Festiwalu Organowego w kościele Świętej Rodziny na Czubach, przyzwyczailiśmy się, że szczyt aktywności jego dyrektora artystycznego Roberta Grudnia przypada na lato. Tym bardziej, że nie jest tajemnicą, iż ten wybitny organista i równie świetny menadżer, zamieszkały w Radomiu lublinianin, równocześnie prowadzi w czasie letnich miesięcy ponad 20 podobnych imprez festiwalowych w całym kraju, często-gęsto ozdabiając je własnymi występami, zarówno solowymi jak i w duetach (najsłynniejszy z mistrzem fletni Pana Georgijem Agratiną) oraz w innych muzycznych konfiguracjach z różnymi artystami. I nie zmienia tego sądu o cechach przyzwyczajenia fakt, że widzimy Grudnia w działaniu także podczas wczesnojesiennej części naszego organowego festiwalu. W tym roku takim był znakomity koncert wrześniowy w filharmonii razem ze skrzypkiem Konstantym Andrzejem Kulką, po którym 2,5 miesiąca temu mogłem – że przypomnę – w tym miejscu szczerze napisać o Robercie: „zazwyczaj ukrywający się w tle zapraszanych przez siebie jako animatora festiwalu artystów, zagrał swoje. Słuchając wczesnorenesansowych, mieniących się błyskotliwą w interpretacji różnorodnością dziewięciu tańców z tabulatury Jana z Lublina oraz organowych fragmentów z autorskimi utworami, promującymi wydany przez Polskie Radio album Dolorosa, Człowiek, dostaliśmy delikatną lekcję pokory. Że menago, producent, art-dyrektor, siła sprawcza MFO, jest wciąż przede wszystkim znakomitym artystą, bez wątpienia mistrzem gry na królewskim instrumencie!”.

 

Ale po zachwycającym październikowym finale jubileuszowego XV MFO Lublin-Czuby 2011 z Requiem dla mojego Przyjaciela Zbigniewa Preissnera i udziałem artystów naszego Teatru Muzycznego, można było sądzić, że dyrektor wirtuoz da sobie wreszcie czas na absolutnie zasłużony odpoczynek. Nic z tych rzeczy! Trudno stwierdzić, czy uznał, że w ostatnim miesiącu roku, rymującym się najdokładniej z jego nazwiskiem nie wypada mu zapadać w sen zimowy, w każdym razie wygląda na to, że jakby ponownie jeszcze zwiększył swą aktywność. A przynajmniej, że udany dla tego artysty AD 2011zyskał znaczący finałowy akord. Oto dowody.

 

Jako preludium potraktujmy informację z listopada: Robert Grudzień został laureatem medalu Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta. Wyróżnienie to otrzymał w Operze Wrocławskiej podczas uroczystej gali z okazji 30-lecia tej organizacji charytatywnej. Medal został nadany za dwudziestoletnią współpracę z towarzystwem. Grudzień organizował lub pomagał w przygotowaniu wydarzeń artystycznych, promujących działalność tej organizacji oraz ideę pomocy bezdomnym. – Łączenie sztuki i działalności charytatywnej to genialny
pomysł na nasze czasy. Towarzystwo Brata Alberta nie tylko zbiera pieniądze na działalność poprzez kwesty, ale organizując ważne wydarzenia kulturalne, promuje ponadczasowe wartości reprezentowane przez artystów, także tych młodych – uważa. Robert Grudzień był producentem muzycznym koncertu jubileuszowego towarzystwa, który odbył się 7 listopada w we wspomniane operze. Podczas gali ze specjalnym programem, m.in. opartym o pieśni Fryderyka Chopina wystąpiła Małgorzata Walewska, a on towarzyszył gwieździe światowych scen operowych na fortepianie (oboje na zdjęciu). Utwory poświęcone postaci i działalności św. Brata Alberta recytował Jerzy Zelnik. Krótki koncert dał także Georgij Agratina.

 

1 grudnia Grudzień przysłał mi maila z wiadomością, że ukazała się jego kolejna tegoroczna płyta (pamiętajmy o wspomnianym albumie Dolorosa, Człowiek !), zawierająca utwory najwybitniejszych światowych klasyków, wykonane na wyjątkowo cennych organach bazyliki w Leżajsku. Nosi tytuł Leżajsk. Muzyka Organowa, a towarzyszy mu na niej wybitny flecista Grzegorz Olkiewicz. W wydawnictwie znalazło się najwięcej opusów najwybitniejszego wirtuoza królewskiego instrumentu – Jana Sebastiana Bacha. Oprócz słynnych Arii na strunie G czy Toccaty i fugi g-moll, można usłyszeć także chorały i preludia chorałowe. Krążek zawiera także utwory Haydna, Stanleya, Lilly’ego, Rameau i Telemana. – Płyta ma przede wszystkim charakter popularyzatorski, dlatego znalazły się tu utwory bardzo znane. Naszą intencją było, aby przypadła do gustu nie tylko wytrawnym melomanom, ale także osobom, które w muzyce poszukują po prostu piękna i harmonii – mówi Robert Grudzień, nota bene inicjator Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Organowej i Kameralnej w Leżajsku, a także honorowy obywatel miasta. Mistrzowskie wykonania utworów wielkich klasyków pozwalają również słuchaczowi zapoznać się z możliwościami unikalnego instrumentu. Pochodzące z XVII wieku organy to jeden z najcenniejszych zabytków w całej Europie. Składają się z trzech instrumentów, z których jeden – największy – mieści się w nawie głównej a dwa pozostałe w bocznych. Wśród innych wyróżnia je także bardzo rzadko spotykany głos pedałowy – subkontrabas.  Posiadają 75 głosów, a wyposażone są w dodatkowe efekty imitujące głos kukułki, uderzenia bębna czy świergot ptaków. – Organy leżajskie to naprawdę unikalny instrument o niezwykłych możliwościach. Dlatego mam nadzieję, że ciekawą propozycją dla słuchacza okażą się też efekty organowe zaprezentowane na płycie – dodaje główny wykonawca. Płyta wydana przez Edycję Św. Pawła dostępna jest m.in. w internecie: http://www.edycja.pl/produkty/muzyka-i-film/muzyka-powazna/lezajsk-muzyka-organowa-cd

 

Kolejny mail sprzed kilku dni to radosna wiadomość o już noworocznym wydarzeniu. 7 stycznia 2012 w naszej filharmonii odbędzie się koncert Małgorzaty Walewskiej, Roberta Grudnia i Jerzego Zelnika. Do tego, co na plakacie, wypada jedynie dodać adres rezerwacji on-linefilharmonialubelska.eu  Kasa FL tel: 81 5315112.

 

Ale dużo wcześniej, bo już za kilkanaście godzin, jutro, w niedzielę o 15.00 w tejże sali przy Skłodowskiej 5 dojdzie do wydarzenia ekstraordynaryjnego. Zatytułowano je Kolędy świata i wystawa jubileuszowa Roberta Grudnia. Kolędy z wszystkich zakątków naszego globu wykona niezawodny pod tym względem Męski Zespół Wokalny Kairos pod dyrekcją Borysa Somerschafa oraz Chór Chłopięcy Słowiki Lubelskie (dyrygent Irena Soltan) i oczywiście zasiadający za (chyba lepiej powiedzieć: przed) organami jubilat Robert. Bowiem prawie wszystko zostało napisane powyżej o Grudniu, włącznie z tym, że poprowadził wchodzącą także do annałów 15. edycję MFO w Świętej Rodzinie, ale nie to, że na obecny rok przypadł jego jubileusz 25-lecia pracy artystycznej, a także – o czym mało kto wie – że Robert Grudzień jest solistą Filharmonii im. Henryka Wieniawskiego w Lublinie. Z okazji owego twórczego ćwierćwiecza został on już laureatem nagród prezydenta naszego miasta i marszałka woj. lubelskiego. Właśnie takie laury i pracę artystyczną zapisaną na plakatach, afiszach czy w nagrodach dokumentuje wystawa w foyer filharmonii. To wycinek bogatej twórczości, trwającej przez te 25 lat nieprzerwanie. Artysta koncertował z wybitnymi postaciami świata muzyki, teatru i filmu, jak – oprócz wymienionych już tutaj – Henryk Mikołaj Górecki, Krzysztof Penderecki czy zmarły w tym roku Krzysztof Kolberger. Ekspozycja uwzględnia też pamiątki z wyrazami uznania, jakie Grudzień otrzymywał, m. in. od samorządów miast i gmin oraz różnych organizacji czy instytucji. Są to medale, statuetki i listy gratulacyjne. Otwarcie wystawy nastąpi w przerwie koncertu. Sam wstęp na koncert jest bezpłatny i odbywać się będzie za wejściówkami wydawanymi w kasie.