Maxa dar
Wyjazd w miniony weekend do Lwowa na otwarcie wystawy Siła Sztuki z kolekcji Lubelskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych (duże przeżycie; w dziale Kultura DW ekspozycję ciekawie opisała i udokumentowała fotograficznie Agnieszka Mazuś – polecam!), następnie wypełnianie obowiązków wobec innej redakcji oraz wobec festiwalu organowego na Czubach sprawiły, że dopiero teraz wracam do miłego obowiązku. Za taki uważam napisanie chociaż kilku słów o anonsowanym tu poniżej V Festiwalu Muzyki i Tradycji Klezmerskiej w Kazimierzu.
Udało mi się pouczestniczyć tylko w pierwszych dwóch z pięciu dni jubileuszowej edycji hipersympatycznego festiwalu. To za krótki czas, żeby cokolwiek sumować. Trudno też zajmować się wszystkimi punktami ciekawie skonstruowanego programu (jakkolwiek już dało się odczuć, że klezmerzy.pl – warsztaty&koncerty wracają do świetnej formy z pierwszych dwóch swych odsłon), chociaż trochę żal, bo… Bo np. koncert i wystawa w Synagodze Żydowskie talenty okresu międzywojennego – Grafoman Włast, dowodzą jak konsekwentną robotę wykonuje dla festiwalu i dla nas, jego uczestników, prezentujący je Marek Ravski. Pamiętam jak ten najwytrwalszy z artystów FMiTK, którego niemiłosierny, tubalny głos słyszy się w Knajpie u Fryzjera każdego roku, oferował nam dwa lata temu pokrewny koncert Jak drogie są wspomnienia, na który się składały przedwojenne piosenki filmowe i kabaretowe innych kompozytorów pochodzenia żydowskiego – Henryka Warsa, Artura Golda, Jerzego Petersburskiego.
Postanowiłem zająć się jedynie wydarzeniem tych dwóch dni dla mnie najważniejszym. Popisem Max Klezmer Band, kapeli, która w przywiązaniu do festiwalu U Fryzjera zaczyna się ścigać z Ravskim, skoro jest obecna na trzech kolejnych i niewątpliwie jest najczęściej goszczącym na kazimierskiej imprezie reprezentantem krakowskiej szkoły klezmerskiej (Kroke było tyko dwa razy). Można mnie oczywiście posądzać o kumoterstwo. Wcale nie kryję, że jestem od lat zaprzyjaźniony z twórcą i liderem bandu, kontrabasistą Maxem Kowalskim (wiem, że powinienem w odmianie pisać „Maksem”, ale nie lubię tego spolszczenia, traktującego z góry uroczą literkę „x”). To on skomponował znakomite podkłady muzyczne do już trzech lubelskich spektakli w reżyserii Łukasza Witt-Michałowskiego – Kamieni w kieszeniach i Ostatni taki ojciec Sceny Prapremier InVitro oraz – o czym zapomniałem pisząc o tym ostatnim razem – zrealizowanej w lubelskim Areszcie Śledczym Lizystraty Teatru Pod Celą (swoją drogą, też wyrasta on na stałego gościa festiwalu – w tym roku pokazał w Synagodze Rozmowy z Katem) . Przysięgam jednak, że w ocenie Maxa, a szczególnie muzyki MKB, jestem od kumoterstwa daleki. Ale i – to ma marginesie – uważam za kompromitację Lublina, że jego zespół jeszcze NIGDY w naszym mieście nie wystąpił! .
Natomiast szczerze sądzę, że Kowalski posiadł niezwykły dar. Jest niewątpliwie światowcem. Działająca od 1998 r. grupa koncertuje w Polsce i Europie. Nagrywała gościnnie np. z Aidą czy z Pawłem Kukizem. A jej lider, korzystając z tego – bo o to chodzi – cudownego daru rozpoznawania muzyków „nadających” na tych samych co on częstotliwościach, posiadających podobną wizję brzmienia (czyli współbrzmienia) oraz z umiejętności nakłonienia ich do współpracy, tworzy nową zespołową jakość o nietuzinkowych walorach.
Tym razem Max Kowalski przywiózł na kazimierski (dolny) festiwal w zasadzie niemal zupełnie inny zespół. Ze składu, który gościł na dwóch poprzednich odsłonach FMiTK pozostali tylko on i brytyjski, zamieszkały w Krakowie skrzypek Michael Jones. Miejsce tradycyjnych w klezmerskim instrumentarium akordeonu i klarnetu, zajęły pianino fantastycznego, odkrytego gdzieś we Francji Stefana Orinsa i cały zestaw fletów prostych równie porywającego w swych solówkach i dopełnieniach tutti Dominika Strychalskiego. Poprzedniego pałkera zmienił Jakub Rutkowski, obsługujący dużo większą niż tamten dziedzinę instrumentów perkusyjnych. W ten sposób, dokonując roszad, dysponując nowymi brzmieniami, twórca MKB jeszcze bardziej zbliżył się do zrealizowania swej idee fixe, że to ma być zespół wykonującej współczesną muzykę klezmerską z elementami jazzu (pianino to jego wierny sługa) i bałkańskiego folku (flety to folkowa potęga).
Już wykonanie tytułowego utworu ze znanego nam dobrze ostatniego albumu bandu, Tsunami (zdobył IV miejsce w konkursie Jazz Radio Płyta Roku 2007), przekonało, że wkroczyliśmy z Maxem i jego ekipą na zupełnie inne muzyczne obszary z klimatem jeszcze bardziej dojmującym, niż i tak robiący w swym czasie piorunujące wrażenie pierwowzór. Tak zajeżdżony przez całe zastępy klezmerów, folkowców, zespołów folklorystycznych i orkiestr cygańskich największy bałkański hit Ajde Jano, również nabrał jakiegoś szlachetniejszego polotu. Najbardziej wysublimowanym przykładem przeistaczania się MKB okazała się kompozycja Orinsa Ex Yugoslavia. To już nie były elementy jazzu, tylko czystej wody modern jazz z dokładką jego najnowszych penetracji. Muzycy w solówkach wspinali się na wyżyny wirtuozerii, stawali się współtwórcami somnambulicznej atmosfery wyczarowywanej klawiszami Francuza, cudownymi fletami Dominika (ach, to głębokie burczenie fletu basowego, no, może barytonowego, przypominające potężną trombitę!), skrzypcami odkrywającego ich nowe możliwości Anglika o niewątpliwie żydowskich a nie murzyńskich korzeniach i elektrycznym kontrabasem Maxa. Ano, właśnie! W tym nowym projekcie najwyraźniej odkrył on w sobie ponownie radość grania. Znowu ma ochotę być – z mało podatnym do tej roli instrumentem – frontmanem, a nie skrywającym się w roli członka sekcji rytmicznej liderem co nieco malowanym.
Pychota to wszystko słyszeć! Dla takich koncertów (acz nie tylko!) warto jeździć do Kazimierza na Festiwal Muzyki i Tradycji Klezmerskiej i już tęsknić za jego kolejną edycją. Za co wielkie dzięki Robertowi Sulkiewiczowi i jego ekipie! Szalom!
Dla A.


