Najstarsze pięknoty
W tą muzykę trzeba się wczuć każdym fibrem organizmu i rozsmakować się w niej po nakręceniu płynącymi z jej słuchania emocjami, ale i percepcją nie bez udziału szarych komórek. Przejście niewidzialnego przy odbiorze progu, często osiąganego po latach kontaktów, otwiera czarodziejską sferę przeżyć niewyobrażalnych przy – za przeproszeniem – konsumpcji medialnej, shomogenizowanej papki spod znaku mass culture.
Nie za friko XII Międzynarodowy Festiwal Najstarsze Pieśni Europy. Tradycja i Awangarda znalazł się w Krajowym Programie Kulturalnym Polskiej Prezydencji w Radzie UE. Na ogół sobie, tu w Lublinie, zupełnie nie zdajemy sprawy jak wielką artystyczną, a przez to kulturową wartość o cechach kompletnej odrębności i to z awangardowym, prekursorskim wektorem stanowi na unijnych zagonach te skromne do niedawna przedsięwzięcie. Ożywione geniuszem (sic!) Jana Bernada, który lata temu opuścił OPT Gardzienice i wyznaczył sobie inną niż jego szef Włodzimierz Staniewski drogę poszukiwań artystycznych, było wydarzeniem nie niszowym, ale hiperniszowym. Pamiętam koncerty w Sali Nowej ś.p. starego CK, których słuchaczami, oprócz uczestników, byliśmy tylko we dwoje z Małgosią Sady, zakochaną w tych najstarszych pięknotach śpiewaczych na amen. Później festiwal na kilka lat skrył się, bo zdaje się nie miał innego wyjścia, w zadziwiająco obocznym jak na centrum miasta, „szpitalnym” kościele Niepokalanego Poczęcia NMP przy Staszica 16a. Trafiali tam jedynie prawdziwi nawiedzeńcy. Stworzenie poniekąd na bazie organizującej od początku imprezę Fundacji Muzyka Kresów (jej dzieło to także Międzynarodowa Szkoła Muzyki Tradycyjnej, wraz z jej Zespołem, który dziś, w piątek o godz. 19 wystąpi festiwalowo w Filharmonii Lubelskiej z Muzyką Kujaw oraz Szkoła Letnia Muzyki Trad.) Ośrodka Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych Rozdroża, otworzyło chyba jednak nowe horyzonty przed NPE.
To, co zobaczyłem wczoraj na inauguracji „wypasionej”, aż pięciodniowej 12. edycji festiwalu, wprowadziło mnie w zdumienie graniczące z konsternacją (oczywiście radosną!). Spora przecież sala Teatru Muzycznego, wypełniona była słuchaczami po ostatnie miejsce wraz z dostawkami, a do tego mnóstwo widzów sadowiło się na schodkach. Rejterowały z tego grona w trakcie koncertu tylko jednostki (politycy zabłąkani tam za potencjalnymi wyborcami?). Reszta zrazu odbierała wstępny popis w absolutnym skupieniu. Pekko Käppi z Helsinek, młodzian w dżinsach, wspaniale sobie radzący z grą na jouhikk, tradycyjnym starofińskim instrumencie strunowym, jakby braciszku naszych gajd, okazał się równie świetnym „białym” śpiewakiem i dowcipnym gawędziarzem, zapowiadającym (po angielsku) pieśni o Mariannie czy Sylwii, a nawet więzienną z udziałem – niespodzianka jak na Finlandię – Cygana. Odbieraniu najstarszych pieśni naszego kontynentu bez wątpienia pomaga wieloletni kontakt z „prawdziwkami” folkloru in crudo z kazimierskiego Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych. Ale nawet przy takim przygotowaniu, można zapędzić się na manowce sądząc, że cóż to za problem – w tym dla muzycznego profana – akompaniować śpiewowi przy pomocy stale powtarzanych dźwięków z dwóch tylko szarpanych strun instrumentu. Tymczasem był to bezdyskusyjny majstersztyk, oparty na dozowanym natężeniem uderzeń, subtelnym operowaniu nastrojem przekazywanych treści.
Nie przybył do Lublina zapowiadany na wczoraj, złożony chorobą gość z Republiki Maryjskiej Oleg Gierasimow (Bernad prywatnie: – Jak się sięga po najstarsze pieśni i ich nosicieli, trzeba być przygotowanym i na takie koszty!). Na scenę z barwnymi elementami scenograficznymi, najwyraźniej autorstwa Jarka Koziary, wkroczyli goście z Serbii, a tak naprawdę z kilku krajów dawnej Jugosławii i rozpoczął się – po fińskiej podgotowce – szał, jakiego ja osobiście przez 11 poprzednich odsłon NPE nigdy nie przeżyłem. Oficjalnie, wg programu wystąpili grający na tamburach Rajko Knežević Brajić (ponoć najlepszy serbski tamburysta), Dušan Brkljač, ur. w Chorwacji, Mirko Vidović, ur. w Bośni (obaj dziś w Serbii) oraz bośniaccy śpiewacy Drago Kos, Branko Balta i Zoran Grahovac, ale na estradzie w sumie pojawiła się dziewiątka ubranych pięknie w regionalne stroje artystów, w tym starsza tancerka i młodziutka tłumaczka, uroczo myląca polskie słowa (np. „zabity” i „ranny”), co jeszcze bardziej budowało entuzjastyczną reakcję publiczności. Szczyt euforii nastąpił przy bardzo symbolicznym w tym towarzystwie, traktowanym sentymentalnie tańcu kolo (dziś to powszechne na Bałkanach choro), wykonywanym za czasów Tito wspólnie przez jugosłowiańskie nacje dla podkreślenia ich jedności, a także przy popisie niziutkiego, starszego śpiewka w utworze, w którym towarzyszył sobie grą na instrumencie wydającym zgoła dysonansowe dźwięki, jakby był to kij z ledwo naciągniętymi drutami.
Więc przyszło przeżyć i kolejną festiwalową nowość. Wdzięczna widownia wyegzekwowała na bałkańskiej ekipie „prawdziwków” aż trzy bisy!!! Oby tak fascynujące były też następne cztery dni XII Najstarszych Pieśni Europy!


