platforma blogowa portalu dziennik wschodni

Polifonia przeciw rakietom

Wiem. Brzmi to strasznie! Jak hasło jakiegoś beznadziejnego pacyfisty. Ale trudno mi znaleźć w ramach wymaganych przez tytuły skrótowej formy lepszy, ilustrujący temat i oddający jego clou zestaw słów. Mam nadzieję, że gdy dojdziemy do wyjaśnienia, w czym problem, Państwo, rzadcy, tym bardziej cenieni Czytelnicy tych zapisków, podejdą ze zrozumieniem do mych starań.

Po małej przerwie odrabiam zaległość z trzeciego, sobotniego dnia XII Międzynarodowego Festiwalu Najstarsze Pieśni Europy. Tradycja i Awangarda. Z koncertu – tym razem ponownie w Teatrze Muzycznym – dla mnie na tej imprezie najważniejszego. Przywracającego jej majestat i wprost trudne do przecenienia poszukiwania korzeni śpiewu w różnych zakątkach Starego Kontynentu przez ekipę Fundacji Muzyka Kresów, na czele z Janem Bernadem i Moniką Mamińską, twórcami festiwalu, z czasem, po połączeniu działań, wspieranych (i firmowanych) przez Ośrodek Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych Rozdroża pod światłą dyrekcją Mirosława Haponiuka. Uffff!!!! Chyba udało mi się przebrnąć przez część pisania najmniej kochaną i wymienić tych, którym – zresztą słusznie! – się to należy. I dotrzeć do wrażeń bazowych, rudymentarnych w każdym przejawie prezentowanej sztuki, a tak zniewalająco pięknych!

Układ koncertu był zadziwiający. Jakby ktoś, kształtujący program, korzystał ze starej filmowej zasady mistrza Hitchcocka, że „na początku powinno być trzęsienie ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć i specjalnie – z punktu widzenia ideowych założeń festiwalu – postawił wszystko, po programowym salto mortale, na głowie. Podejrzewam w tym piękny gest wobec muzyki i pieśni, które stanowią o założeniach i kształcie FNPE.

Finalizowali wieczór Gruzini z Rustavi Ensemble. Bez wątpienia tym wspaniałym artystom należy się obecność – a przyznam się, że wątpię, iż ktoś w miejscowych mediach chciał o to zadbać – w artystycznych annałach Lublina. Dlatego wymienię ich zacne nazwiska: George Aleksandria, Giorgi Bugianiszwili, Badri Czykhiaszchili, Anzor Erkomaiszwili, Dawid Gwelesiani, Goderdzi Janelidze, Nugzar Kakhaszwili, Ilia Kuraszwili,  Amiran Mamaladze, George Natroszwili, Merab Samkuraszwili i Badri Toidze. A nad tym męskim żywiołem panowali Anzor Erkomaiszwili, jako dyrektor artystyczny, zawiadujący cudami chóralnego śpiewu Badri Toidze i Pridon Sulaberidze – choreograf. Nawet skończony fachowiec, jakim jest Monika Mamińska, nie potrafiła natychmiast odpowiedzieć, ilu głosów w swych rozbrajających odbiorcę na molekuły wokalach używają ubrani na czarno, w te ich słynne stroje z szeregami nabojów na piersiach dumni Gruzini. Uznała, że około pięciu. To my, którzy mamy w polskim folklorze jedyny dwugłos u górali z Podhala, powinniśmy głowę posypywać popiołem i milczeć na temat muzycznego kunsztu kaukaskiego narodu. A jednak w swoim masterpice, w obezwładniającym operowaniu tembrem i barwą głosu o niewyobrażalnych dla nas rejestrach, Gruzini się posypali. Na festiwalu walczącym o inne wartości, zdarzyło im się ujawnić drugie oblicze, świadczące, że – zapewne po wędrówkach po europejskich, i nie tylko, salach – wiedzą dobrze, jak powodować tłumami. Zdobywać sobie ich poklask i uwielbienie, gdy prezentują jeden z najsłynniejszych, wcale nie gruzińskich utworów z literatury skrzypcowej (Słowik?), w ich wykonaniu zaaranżowany na ludową fujarkę czy flet. Entuzjazm widzów gwarantowany!!!

Dlatego dostrzegam w scenariuszu koncertu zabieg komercyjny, podobny do wprowadzenia dzień wcześniej do festiwalowego programu opisanego poniżej, „kodowego” występu Norweżki Mari Boine. Cudne! Tylko nie z tej bajki. Ostrzegał przed nią drugi, co do kolejności w sobotę, przypominający jako żywo nasz kazimierski festiwal występ Szkotek z – przepraszam za słowne wertepy! – Sgioba Luaidh Inbhirchluaidh. My to znamy. Panie z Greenock w hrabstwie Inverclyde, to wyspiarskie siostry członkiń naszego rodzimego Koła Gospodyń Wiejskich, np. – mówię na rybkę, bo pamięć zawodzi – z Żerdzi koło Puław, które na Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych prezentowały przed laty widowisko obrzędowe Prządki. Przy podobnej czynności śpiewały jak ich brytyjskie odpowiedniczki, rekonstruujące pieśni w języku gaelickim,  intonowane podczas folowania ( luad) tweedu, co ponoć było bardzo up…, sorry, uciążliwym procesem skurczenia, zmiękczenia i sfilcowanie tego materiału dla elegantów. Kto zna urok takich obrzędów, zdaje sobie sprawę z ich specyfiki, jak najdalszej od zdobnych w skomercjalizowanie, mass-kulturowych zakus. Postawienie takiej estetycznej i emocjonalnej zapory po występie, do którego cały czas zmierzamy, a przed popisem zapobiegliwych w kwestii sukcesu dzieci Kaukazu, wydaje się istotą konstrukcji scenopisu, którą można nazwać a rebours. Bowiem jej autor uznał, że trzęsienie ziemi na początek jest najlepszym, ale i wystarczającym posunięciem, żeby ten wieczór na XII MF NPE pozostał wszystkim odbiorcom w głowie i w sercu. Tak się też stało!

Albański Zespół z wsi Lapardha występował w składzie: Feti Brahimaj, Nikolin Likaj, Defrim Mustafaraj, Mirjan Agaraj, Piro Bregaj i  Meleq Cela. Oprócz wymienionego na pierwszym planie lidera, nie potrafię odróżnić poszczególnych śpiewaków i instrumentalistów. Nie wskażę na czterech seniorów wyróżnionych, zapewnie zgodnie z tradycją, tym, że swe bliższe Helladzie niż Bałkanom stroje ludowe wieńczą zakrywającymi głowy białymi czapkami – spłaszczonymi toczkami. W czasie śpiewu osiągają one rangę szarż. Gołogłowy młodzian, który nie zaznał jeszcze – jakiejś? – inicjacji, będzie dopuszczony do wokalnego popisu po wyraźnym wskazaniu, że wolno mu to robić. A animator grupy od ok. 30 lat, Feti Brahimaj, zachowuje atrybuty zapomnianego przez kończący wieczór kaukaski zespół mistrza toastów i i najważniejszych ceremonii, zwanego tamada.

Chociaż brzmi to jak absurd, tamada z małej wioski kraju Skanderbega bardziej znacząco objawił się nam w Lublinie niż ci, którzy powinni kultywować gruzińską tradycję. Dodatkowo, dzięki objaśnieniom tłumacza, wiedza o porażającym wielogłosie Albańczyków stała się własnością tłumów zapełniających salę filharmonii. Kwestią osobistej wrażliwości pozostawało już tylko dostrzeżenie, wyczucie piękna i siły czterogłosowego chóru chwytającego za serce i destruującego swawolne myśli.

W tym śpiewie, wspólnym, czy solowym naszego alter ego, chłopa o nikczemnym zdawałoby się wzroście, ale szybko rosnącego w oczach, zawarto było wszystko:  Żal do losu strasznego. Porachowanie przewin i oczekiwań. Odwołania się, jak to mówią w jednym z polskich folklorów, do Panabozicki. Nadzieje niesione przez radosne pory roku. I trauma pór martwych. Szaruga jesienna, koszmar przednówka i nadzieja przedwiośnia. Miłości niespełnione. Szanse zaniechane. Zrywy wielkie. Skowyt serca. I ta Aniczka, która jest ponad tym. I ta dojmująca pewność, że nic się już nie da uratować. I księżyc walący się na głowę, by przypomnieć o twym miejscu na ziemi. W szeregu. W okowach. W beznadziei. I nadzieje nowe. Odradzające się jak fenix z popiołów. Oczekiwania, fantazje, cudowności, bez których się nie da żyć…

Oni to zrobili. Zespół z Lapardha. Wsi, o której nie mam najzieleńszego pojęcia. W której w życiu już nie zagoszczę. Której pewno nie zechce mi się nawet, – bo i po co? – odnaleźć na mapie kraju, do którego spośród moich znajomych dotarł jedynie reżyser Łukasz Witt- Michałowski, poszukiwacz szalony twórczych inspiracji. Kraju – i tu wrócimy wreszcie, jeśli nie do kretyńskiego, to mało fortunnego tytułu tego zapisu, – który dysponuje, i ma tego pełną świadomość, ogromną siłą. Chyba nawet można rzec, że strategiczną. Wspominany tu już wielokrotnie Janek Bernad, animator NSE, sam powalony, wręcz zachłyśnięty występem ludowych artystów z biednego kraju nad Adriatykiem, zacytował mi słowa obecnego w Lublinie profesora, etnomuzykologa z Tirany. Ten rzekł: – Dopóki polifonia jest w ustach Albańczyków, nie potrzebujemy rakiet.

Czyż to nie piękne?

I czy nie stawia Międzynarodowego Festiwalu Najstarsze Pieśni Europy w nowym świetle?

 

PS. Pragnę jeszcze opisać część festiwalu, która od jego powstania była najbardziej rajcującą składową dorocznego wydarzenia, a to mianowicie kapitalnie rozwijające się w tej 12. edycji Noce Tańca.  Ale to już nie dziś. Dziś, w środę, tylko przypomnę, że po dwóch dniach przerwy impreza dosięga oto finału. O godz.19 w Sali Filharmonii Lubelskiej wystąpią

Moscow Art Trio (Rosja) oraz Erik Truffaz Quartet (Francja) & Mounir Troudi (Tunezja).

 

 

Zostaw komentarz

*