platforma blogowa portalu dziennik wschodni

Folklor z piłką w tle

Następna sytuacja – przyznacie za chwilę, że niezwykła – której opis mógłby się ukazać jako kolejny odcinek blogowego cyklu Walka karnawału z postem. Tym razem lubelska, obserwowana wczorajszego, sobotniego wieczoru na Rynku Starego Miasta przez licznych, fakt, że nie zawsze zorientowanej w niej, świadków.

Nasze Międzynarodowe Spotkania Folklorystyczne im. Ignacego Wachowiaka, z racji terminu odbywania ich kolejnych edycji na początku lipca, wtedy, gdy w piłce nożnej rozgrywane są w parzyste lata mistrzostwa najwyższej rangi, już nie jeden raz przeplatały się z nimi (jeśli nie kolidowały) zaistniałymi sytacjami i emocjami. Najmocniej odczuli to prawdziwi kibice, akurat „skazani” na festiwalowe występy. Wszyscy zaangażowani w jego organizację, szczególnie zapamiętali historię jak zdarzyła się w 2004 roku podczas XIX MSF. Występował wówczas m.in. uwielbiany przez naszych widzów portugalski zespół Tuna Akademia Infantuna Cidade de Viseu, rodzaj męskiego, kilkunastoosobowego chóru trubadurów czy truwerów z gitarami i innymi instrumentami szarpanymi. W Portugalii odbywały się wówczas Mistrzostwa Europy w piłce kopanej i ich finał pomiędzy reprezentacją tego kraju i Grecją zbiegł się z zakończeniem Spotkań. Portugalczycy z partnerskiego miasta Lublina cieszyli się, że mecz, w którym ich piłkarze stanęli przed niepowtarzalną (jak wiemy, do dziś, bo na MŚ 2010 w RPA już ich nie ma) szansą na mistrzostwo, rozpoczynał się już po koncercie finałowym festiwalu, podczas pożegnalnego bankietu w Kawiarni Artystycznej Hades. Jak pamiętamy, mistrzostwo sensacyjnie zdobyli  Grecy i trzeba było widzieć, co się wtedy działo w Hadesie! To było niezapomniane przeżycie. Portugalscy śpiewający studenci, chłopy często na schwał, płakali zbiorowo jak dzieci, myśmy im współczuli i pocieszali ich jak można, a oni w większości – co tu gadać – upili się z żalu w sztok.

Na jubileuszowych, XXV Międzynarodowych Spotkaniach Folklorystycznych, które właśnie radują nas swym przebogatym programem koncertowym z udziałem aż 14 zespołów z całego świata (nigdy w ćwierćwiecznej historii festiwalu nie występowało tyle!), zjawiły się się też paragwajska grupa Elenco Folklorico Municipal de San Lorenzo i zespół z hiszpańskiej Galicji Queixumes Dos Pinos. Na festiwalu kultywowana jest stosunkowo młoda tradycja, że oprócz koncertów tanecznych w muszli Ogrodu Saskiego, Nałęczowie i DSK, na Starym Mieście funkcjonuje estrada, gdzie odbywają się wieczorami już wyłącznie muzyczne koncerty kapel goszczących u nas zespołów. Ich program został zapięty już dawno przed Spotkaniami (wydrukowano go m.in. w efektownym folderze), zatem to nie złośliwość układających go ludzi, tylko losu i sytuacji zaistniałych po poprzednich meczach MŚ 2010 w Afryce Południowej sprawiły, że występ kapel z tych krajów odbył się wczoraj pod Trybunałem Koronnym o godz. 21 już podczas – rozpoczął się o 20.30 – trwania meczu ćwierćfinałowego Paragwaj- Hiszpania.

Trzeba mieć duszę kibica, żeby zrozumieć, jak czuli się na estradce artyści w czasie, gdy ich reprezentanci po raz pierwszy w historii futbolów tych krajów grają mecz w zasadzie już o medale Mundialu. Na dodatek, w ogródku jednej z knajpek tuż koło estrady (bodaj nazywa się Staromiejska, dawniej mówiło się o niej „u Żmudy”, bo przez lata prowadził ją  – stąd tradycja sportowa tego miejsca – brat naszego świetnego obrońcy, uczestnika rekordowej liczby mistrzostw Władysława) włączony był duży telewizor z transmisją spotkania. Jakaż to dla nich była pociecha, ze prowadzący koncert Adam Maruszak, wiceszef organizujących festiwal Kaniorowców, informował zainteresowanych, że np. do przerwy jest remis 0:0? Muzycy i śpiewacy mieli dusze rozerwane. Szczęściem, po godzinie popis się skończył i o 22.00 zapanowała na Starówie obowiązkowa cisza, a mecz jeszcze trwał. Paragwajscy i hiszpańscy artyści ustawili się zgodnie za ogródkiem x telewizorem i obserwowali, jak spotkanie się skończy. Niestety – taki już jest sport! – cieszyć się mogli tylko jedni – ci pierwsi. Wspólnie jeszcze widzieli, jak w 83 minucie David Villa strzela jedyną bramkę, ale po po ćwierćfinałowym 1:0 i awansie do półfinału Mundialu, tylko Hiszpanie wznieśli okrzyk radości.

PS. Sprawdziłem. Z krajów, które pozostały w tej fazie Mistrzostw Świata na XXV MSF w Lublinie reprezentowana jest jeszcze (oprócz Hiszpanii) tylko Holandia. O ile pamiętam z koncertu inauguracyjnego, International Dansensamble Paloina z Amsterdamu nie przywiózł do nas kapeli (posiłkuje się nagraniami) i nie ma zmartwienia, że we wtorek podczas półfinału Holandia-Urugwaj będzie musiał grać na Starym Mieście. Spokojnie obejrzy mecz. Swoją drogą, będę trzymał z Holendrami kciuki za ich piłkarzy, tym bardziej, że moja męska latorośl od kilku dni – dla mnie to kolejne ładny zbieg okoliczności – przebywa na praktyce w… Amsterdamie!

Nasz spektakl z niemiecką piłką w tle

W zasadzie tekst ten mógłby się ukazać jako kolejny odcinek blogowego cyklu Walka karnawału z postem. Jednak do spięcia pomiędzy kulturą fizyczną z karnawałem wyzwolonym jej niemieckim szczytowym przejawem, a kulturą wysoką, reprezentowaną przez polskie, a dokładnie lubelskie dziecię Melpomeny w dalekim Wiesbaden w minioną niedzielę, 27 czerwca,  po prostu nie doszło.

Jak pisałem w piątek, w pięknym mieście w pobliżu Frankfurtu od połowy czerwca odbywała się 10. edycja niezwykle prestiżowego Biennale Nowej Europejskiej Dramaturgii – Theaterbiennale Neue Stücke aus Europa.z udziałem teatrów z 20 krajów. Do doborowego towarzystwa zakwalifikowany został także firmowany przez naszą, działającą w CK  Scenę Prapremier InVitro spektakl Ostatni taki ojciec wg dramatu Artura Pałygi, w reżyserii Łukasza Witt-Michałowskiego. Zaprezentował się dwukrotnie w Malarni ogromnego Staatstheater Wiesbaden,  w sobotę i niedzielę.

Tak się złozyło, że rozpoczęcie tego drugiego spektaklu wyznaczono na godz. 18, dosłownie kilkanaście minut po zakończeniu na Mundialu 2010 w RPA meczu 1/8 finału, w którym piłkarze Niemiec sprali tyłki Anglikom, wygrywając 4:1. Złożyło się i tak, ze miałem na wiesbadeńskim festiwalu swoją „wysłanniczkę”. Tuż przed spektaklem donosiła sms-em o reakcjach niemieckich kibiców: Nie masz pojęcia, co tu już się dzieje – jesteśmy w środku szaleństwa! Zaniepokoiłem się o interesy naszej wcale nie piłkarskiej reprezentacji i zapytałem tą samą sms-wą drogą: Czy przy tej foot-euforii ktokolwiek przyszedł na spektakl? Odpowiedzi nie było długo (niepokój wzrastał), Dopiero o godz. 0.56, czyli już w poniedziałek, zostałem uspokojony: Pomimo szaleństw, u nas był nadkomplet & bardzo żywa dyskusja z publicznością. O tych emocjach sportowych poopowiadam.

Wczoraj późnym wieczorem, po powrocie teatralnej ekipy do Lublina, dowiedziałem się, że radość Niemców po awansie do ćwierćfinału mistrzostw w Afryce Południowej była nad Renem wyrażana w sposób wysoce kulturalny. Na głównej ulicy Wiesbaden, przy której stoi Teatr Miejski, podstawowy punkt prezentacji Nowych sztuk z Europy, zaczęli się gromadzić natychmiast po meczu i wyrażać ogromną radość jakby przygotowani na sukces przebierańcy, każdy z jakimś elementem w kolorach niemieckiej flagi – peruką, okularami, całymi misternie skomponowanymi strojami, gadżetami, transparentami, sztandarami etc. Podjechała policja, zablokowała dla bezpieczeństwa ulicę, żeby w tłum nie wjeżdżały jakieś pojazdy i broń Boże nie reagowała na to, że prawie każdy z uczestników manifestacji euforii dzierżył w dłoniach butle wielkości znanej z polewania szampanem na podium wyścigów F1. tyle że z piwem, winem i pospolitym sznapsem, czyliż wódą. Do żadnych ekscesów nie doszło. Karnawał trwał do późnych godzin wieczornych.

W tym czasie inne towarzystwo, wśród którego – ku zaskoczeniu i radości naszych artystów – było bardzo wielu Polaków z Niemiec, oklaskiwało szczodrze Ostatniego takiego ojca i toczyło gorącą dyskusję o teatralnym zobrazowaniu trudnego tematu przez InVitro na festiwalu, który wyróżnia się i tym, że, jak najkrócej to ujęła ma wysłanniczka: – Przez drzwi przepuszczał mnie sam Mark Ravenhill.

Na Biennale Nowej Europejskiej Dramaturgii nie ma laurów. Nagrodą jest samo zakwalifikowanie spektaklu. Także reakcja widzów i ewentualnie publikowane później recenzje. Nim dotrą do Lublina, może te kilka kamyczków o atmosferze festiwalu wraz z jego niespodziewaną otoczką przybliży imprezę w Wiesbaden i pozwoli docenić, że Scena Prapremier InVitro znalazła się i została świetnie przyjęta w bardzo ważnym, wysoce artystycznym miejscu na kulturalnej mapie Europy.

Piknik pod śmiesznymi bunkrami

To był dobry weekend w lubelskiej kulturze. Działo się i to działo ciekawie. Na ten przykład w Galerii Białej przy okazji otwartej w piątek wystawy instalacji Kamila Stańczaka Betony.

Nawet przypadkowy odbiorca sztuki skojarzy jego twórczość, jeśli przypomni mu się, że małe obiekty tego obecnie asystenta na Wydziale Artystycznym UMCS gościły przez ubiegły rok na okładkach Lubelskiego Informatora Kulturalnego ZOOM. Wcześniej te instalacyjki o zwodniczej formie zabawek prezentowane były w tejże Białej, tylko w jej starej siedzibie przy Peowiaków, na ekspozycji Peryferie. Z kolei taki sam tytuł jeszcze wcześniej nosiła  wystawa malarstwa Kamila w jego rodzinnych Puławach.

Wszyscy, którzy poznali tę twórczość Stańczaka, wiedzą, że nasycona jest dużą dozą ironii i przewrotnych przewartościowań. Podobnie rzecz się ma z Betonami, instalacjami, które wychodzą od niewątpliwie rzadko – jeśli w ogóle – spotykanych w naszych okolicach, ale doskonale znanych historykom wojskowości jednoosobowych bunkrów wartowniczych – Einmannbunker alias Splitterschutzzelle. O tych, które licznie sterczą jeszcze gdzieś na Dolnym Śląsku w notce poprzedzającej wystawę napisano, że dawno straciły swój pierwotny – uwaga, tu ktoś sięgnął po rzadko dziś używane słowo – utylitarny charakter, czyli po prostu służenia do praktycznego celu. Kamil Stańczak zaprzęgając je do potrzeb sztuki, przy użyciu zmyłkowego w gruncie rzeczy tytuły, bo te betony mają zdaje się styropianową bazę, sprowadził je ad absurdum. Forma, która winna budzić traumatyczne skojarzenia (u niektórych wspomnienia, etc) została oderwana od swego sensu, osiągając wyraz już nie tyle pastiszu, co parodii bazowego znaczenia.

To wszystko staje się – w najlepszym znaczeniu, bo pamiętajmy i o tej szlachetnej funkcji sztuki – rozśmieszające, zabawne. I ku zabawie pobudza. W ogrodzie tymczasowej siedziby Centrum Kultury przy Narutowicza 32, który został zaanektowany przez Annę Nawrot i Jana Grykę, szefów Galerii Białej, na część cyklu wystaw jubileuszowych, związanych z jej XXV-leciem (instalacje Kamila do niego należą) odbyło się urocze przedłużenie wernisażu rozpoczętego w galeryjnych wnętrzach. Na i obok karuzeli, zwanej kręciołkiem, zaprojektowanym przez Jarka Koziarę, diabelskim urządzeniu dużych szybkości, które wcześniej już zdążyło wymusić gwałtowne ruchy antyrobaczkowe u kilku delikwentów, w swym zadufaniu uważających, że można na nie siadać bezkarnie, rozłożyło się piknikiem młode artystyczne towarzystwo. Licznie frekwencjonowany ręciołek przykrył daszek-parsol we wściekłych koziarowych barwach. Ubytki trawy, jaki się ujawniły od czasów gospodarującego tu ongiś Domu Dziecka uzupełniono tego dnia trawiastymi dywanami wykorzystywanymi na innej, bodaj dyplomowej wystawie, które miały trafić na śmietnik. Można się było poczuć lepiej niż na pewnym Śniadaniu na trawie. Tym bardziej, że u klasyka nie było chleba ze smalcem i skwarkami oraz ogórkami małosolnymi. Do jednoosobowego bunkra też nikt nie uciekał. Nawet najstarszy w towarzystwie Wasz Sługa.

A o innych smakowitościach weekendu jeszcze będzie.

InVitro: wyprawa najważniejsza

O godz. 5 rano część ekipy mieszcząca się w małym aucie, spotyka się w tymczasowej siedzibie Centrum Kultury przy Narutowicza, by zaraz, pod dowództwem twórcy teatru i reżysera przedstawienia Łukasza Witt-Michałowskiego wyjechać do Warszawy. O 5.45 pociągiem do stolicy rusza druga część ekipy niezbędnej przy prezentowaniu spektaklu. Z Łodzi nocą wyjeżdżają: Ewa Pająk, z Kalisza – Remigiusz Jankowski, z Wrocławia -Arkadiusz Cyran, z Kielc – Łukasz Pruchniewicz. A Maria Daiskler, dopełniająca ekipę aktorską (Dariusz Jeż i Tomasz Bazan docierają z Lublina) nie musi gnać z Zielonej Góry – zadomowiła się niedawno w metropolitalnej Wawie. Na 9.30 – tak, tak, proszę Państwa, chodzi o dzień dzisiejszy, 25 czerwca! – ustalono zbiórkę na Okęciu. Niebawem odlecą do Frankfurtu. Z wyjątkiem małego Maćka Kondrasiuka, który na zachód Niemiec, w posmoleńskiej traumie, woli podróżować z mamą lądem i dawno podążają nad Ren, do stolicy Hesji pociągiem. Tak, czy owak, całkiem duże przedsięwzięcie logistyczne o cechach – przy naszych zdolnościach organizacyjnych – monstrum. Jednako cieszące, budujące wszystkich uczestników eskapady. Nie mogą nie zauważyć, nie radować, że w krótkiej, tak naprawdę liczonej od stycznia 2008 historii Sceny Prapremier InVitro, to – przy całym wspaniałym skarbczyku najczęściej od tej pory nagradzanego lubelskiego teatru – wyprawa najważniejsza, nobilitująca niezwykle samym faktem, że Scena InVitro ze spektaklem Ostatni taki ojciec została zakwalifikowana na odbywającesię w Wiesbaden Biennale Nowej Europejskiej Dramaturgii – Theaterbiennale Neue Stücke aus Europa.

Wprost trudno mi uwierzyć, że o wyjeździe na tak znaczącą w skali Starego Kontynentu, czyli, jeśli chodzi o teatr, w skali świata, imprezę, lubelskie media milczą! Że nie potrafią docenić skali wydarzenia. W Polsce po prostu od lat pokutuje przekonanie, że najważniejsze europejskie festiwale teatralne odbywają się w Edynburgu i Awinionie. Na pierwszy, można dostać się, wnosząc odpowiedni trybut, lub korzystając z zaproszeń dbających bardziej o swoje interesy niż o sztukę, niezwykle wpływowych właścicieli scen (eufemizm!), exemplum słynny Richard Demarco (de Marco?), robiący dwie dekady temu karierę na grzbiecie naszych lubelskich teatrów Provisorium, Gardzienic, Grupy Chwilowej… Do stolicy ekskomunikowanych papieży i urwanego mostu na Rodanie z piosenki Ewy Demarczyk wchodzi się przeważnie na fali mody i sukcesów odniesionych w otmętach aż boleśnie mieszczańskiego gustu odbiorców paryskich propozycji teatralnych (Peter Brook odniósł prawdziwy sukces w Pałacu Papieskim w Awinionie, gdy to nad Sekwaną doznał aktu zaślubin z Melpomeną i uświęcenia tego związku). Tymczasem, w zastępach teatralnych festiwali o skali europejskiej (takich ewenementów jak nasi Sąsiedzi, w ogóle nie wspominamy), są takie, które przez profesjonalistów, a przede wszystkim prszez samych artystów są cenione bardziej – i to absolutnie! – niż wspomniane giganty ze Szkocji i południa Francji. My w swym świetnym samopoczuciu i – tyleż słowiańskim, co nacjonalistycznym przekonaniu o wyższości nad prymitywną sztuką germańską – nie potrafimy docenić niemieckich inicjatyw festiwalowych. A powinniśmy!

Przedstawienie według sztuki Artura Pałygi, opromienine w ub. roku wszelkimi (pięcioma!) możliwymi  laurami w ministerialnym konkursię na realizację polskiego dramatu współczesnego, trafia w  Wiesbaden na już  10. edycję Nowych sztuk z Europy“. Trwa od połowy czerwca a  wystąpią teatry z 20 krajów. W tym ten nasz z Polski. Lublina.  ”To festiwal autorów dla autorów” – mówi jego dyrektor Manfred Beilharz. Przegląd, że poposiłkuję się wiedzą z centralnej GW, powstał w 1992 r., odbywa się raz na dwa lata. Najpierw organizowany był w Bonn, od ośmiu lat w Wiesbaden koło Frankfurtu. „Jest sejsmografem nowych nurtów w dramacie, miejscem dyskusji o współczesnym teatrze i nowej Europie”. Spektakle z poszczególnych krajów wybiera 41 krajowych “patronów”, m.in. Biljana Srbjlanović z Serbii, Christo Bojczew z Bułgarii, Tankred Dorst z Niemiec i Mark Ravenhill z Wielkiej Brytanii. Polskim patronem jest obecnie Janusz Głowacki. Patron Ostatniego takiego ojca nie widział. Obejrzał go natomiast Dorst. Starszy pan, leciwy już niemiecki dramaturg o ugruntowanej pozycji, musi cenić dokonane przez Witt-Michałowskiego przeniesienia na scenę jego dramatów, skoro w roku ubiegłym pofatygował się do Krakowa (na prezentację w ramach Festiwalu Boska Komedia), by zachwycić się realizacją dokonaną pod firmą InVitro. Za chwilę, ok.11, nasi przeżyją tego skutki. Wzniosą się w lot w stronę  wiesbadeńskiej imprezy.
Znajdą się w znakomitym towarzystwie. Tegoroczną edycję – że wesprę się znowu wiedzą z GW – otworzył włoski spektakl Dziwki. Operetka amoralna Emmy Dante, feministycznej reżyserki z Sycylii, o życiu włoskich transseksualistów i transwestytów. Z Łotwy przywieziono przedstawienie Marta z Niebieskiego Wzgórza Alvisa Hermanisa, zwycięzcy tegorocznego festiwalu Kontakt w Toruniu – rzecz o słynnej uzdrowicielce, której życie obrosło na Łotwie wieloma mitami. Z Chorwacji – Zagrzebski pentagram – jednoaktówki pięciu autorów połączone w wielką panoramę miasta, które boleśnie doświadczyło zmian w ostatnich trzydziestu latach. Z Belgii – sztuka inspirowana losami Sebastiana Bosse, 18-latka, który zaatakował z bronią w ręku uczniów i nauczycieli szkoły w niemieckim Emsdetten, i Nataschy Kampusch, Austriaczki więzionej przez porywacza osiem lat w piwnicy domu pod Wiedniem. Z Francji trafiał nad Ren nowa sztuką dramaturga i reżysera Joëla Pommerata Kręgi/Fikcje zrealizowana w paryskim Teatrze Bouffes du Nord Petera Brooka.

Kiedy mamy trzymć kciuki za naszych? W sobotę 26 czerwca o godz. 21.30, a w niedzielę o 18.00. Zagrają w Staatstheater Wiesbaden – Malersaal. Niechaj łamią tam nogi!


Z cyklu: Walka karnawału z postem – 5

Czyli, jakie korzyści płyną z siegania do kultury wysokiej przez kulturę rudymentarną,  popularną, zawstydzoną miejscem swgo pobytu, bo kupczenie nie ma wiele wspónego z  istotą tej pierwszej. Ale ineligentne jej zaaneksjonowanie do wizerunku i akcji promocyjnej firmy coś-tam sprzedającej, może – sądzę – budzić ciekawe asocjacje. W sfotografowanym w tym tygodniu na ulicach Lublina przypadku specjalisty od opakowań zastępczych pn. Hamlet, przykladowo takie: – Czy chodzi o czaszkę z dłoni monologizującego księcia Danii, oczekującą w ramach zastępstwa na wypełnienie nową treścią, znaczy  mózgiem? Inna opcja. Hamletowe pytanie brzmi: – Wyrzucać, czy nie wyrzucać?

Jedno jest pewne. Lubelska (tel. kierunkowy 081) firma potrafiła na swą działalność zwrócić uwagę. Jeśli będzie – szczerze życzę! – mutowac i rozczłonkowywać się, szefom podpowiadam z szekspirowskich okolic kultury wysokiej ukrytą potencję tkwiącą w postaciach (i tytułach) takich, jak: Kupiec wenecki, Wesołe kumoszki z Windsoru,  Makbet,  a osobliwie ten zazdrosny o konkurencję, a kolorem skóry zapewniający bezkarność na polu polityczne poprawności Otello. Fot. MM (dziękuję!)

Usprawiedliwionko

Tym się głównie zajmuję ostatnio – w czerwcu i jeszcze wcześniej –  na tym-mym blogu. Usprawiedliwiam się. Uczynię to jeszcze raz, zaznaczając, że pojawiająca się w tytule końcówka nie pochodzi od zdrobnienia niecnej czynności, czyli nie jest przejawem eufemizmu czy też puerylizmu. Wypływa z faktu, że wczoraj, w pierwszy dzień lata 2010, pozbawionego zupełnie takiego zjawiska atmosferycznego, zaświeciło mi prywatnie, bardzo osobiście, szczęściodajne słoneczko.

Ludzie popadają w choroby. Wiek jakoś dziwnie zwiększa podatność na nie. Przydarzyło się i autorowi tych słów, że przez trzy tygodnie wisiał nad jego głową, oczywiście na końskim włosiu, miecz Damoklesa z egzekucją wyroku mało ciekawego. Pomimo ratunkowych, samoobronnych gestów, objawiał się wciąż. W swej sile paraliżujący i destruujący kolejne próby przełamania dyskomfortowej sytuacji, przede wszystkim próby wyjścia ze stanu dławiącej inercji.

Prosty, jakże miły komunikat, że nie zaistniała potrzeba szpitalnego upiżamienia, cudownie odmienił wszystko. Chęć do życia i tworzenia powróciła. Skorzystam z niej. Przyrzekam! Nastaje – niechaj będą wielkie dzięki wspierającym w potrzebie duszom! – czas rachowania się z zaległościami. Poczekajcie jeszcze chwilkę. Poznacie go po owocach. Niebawem.

BB – Baobab Ballada

Przepraszam. Uzbierało się zaległości. Powinienem skończyć drohobycką epopeję (i obiecuję, że tryptyk zostanie wkrótce zamknięty), ale postrąk, który sobie założyłem – finalizacji Schulzowego serialu, zaczął stopować pisanie o wydarzeniach aktualnych, a tych bez liku.

I tymczasem, wydarzyło się coś, z czym mam ochotę porachować się natychmiast, bowiem są chwile uniesień najwyższych, ale tyleż samo ulotnych. Nie wolno ich nie chwytać.

Na cieniutkim w swym programie V Festiwalu Teatrów Europy Środkowej Sąsiedzi, zdarzył się w trzecim jego dniu cud prawdziwy. Z jednym wyjątkiem, objawiły się spektakle, które poprawiają reputację produktu Witolda Mazurkiewicza, a wśród nich perełka najprawdziwsza, przedstawienie, które przywraca wiarę w sztukę teatralną, powoduje, że chce się żyć. Teatrem – właśnie.

Bogaty środowy program kończyła TaBALADA praskiegoTeatru Décalages, „swobodna interpretacja” filmu Ballada Narajamy japońskiego reżysera Soheya Imamury. Spektakl uliczny posadowiono na pl. Litewskim, pod słynną naszą, matuzalemową lipą, zwaną Baobabem. Pod cudowną potęgą rozłożystości drzewa równie wiekowego, jak bohaterka ballady wplecionej oto nagle, festiwalową potrzebą, w jego szlachetną koronę. Ballady o odchodzeniu, o umieraniu, o starości, dla której – zda się – nie ma przebaczenia, ale, która w interpretacji międzynarodowej kompanii z czeskim szyldem osiąga szlachetny wymiar błogostanu. Bez słowa, w takt wcale nie nokturnowej, ba!, pogodnej muzyki, w porywających akrobacjach pary odprowadzającej matkę na wieczny spoczynek, w przewijaniu taśmy życia i ważeniu jego wartości najbardziej znaczących, jawi się najczystsza poezja. Takiej dozy wysublimowanej liryki nie zaznałem w teatrze od dawien dawna. A w zimnych plenerowych warunkach, jak tej nocy ze środy na czwartek na wciąż hucznym, tylko coraz mniej dostrzegalnym w tym swym felerze Litewskim, cudownego uczucia ciepła wewnętrznego – chyba nigdy!

To są takie chwile, których powalającą urodą chciałoby się współ-odczuwać z bliską Duszyczką. Chociaż jednak wspiąłby się człak na baobawowy szczyt i z jego balladowo przez Décalages nasyconych wyżyn wył z rozpaczy, tej nocy było to czymś skrajnie niemożliwym. Dlatego pozostaje mi jedyne wyjście: zadedykować wszystkie powyższe słowa V.I. – dla mnie – Osobie. Niniejszym czynię to!

Cynamonowe zawirowanie

Drohobyckie impresje z Schulzem w tle – 2

(uzupełnione)

Nie ma już sklepów cynamonowych w mieście ich piewcy, Brunona Schulza. Trzeba się w Drohobyczu zanurzyć w ciąg zadaszonych straganów przy Małym Rynku, żeby odnaleźć imaginowane ongiś przy lekturze zapachy wspaniałych wypieków. Pochłaniać łapczywie najlepsze na świecie, zupełnie takie same jak w dzieciństwie krówki. Na straganie, gdzie młody subiekt wsypuje sprawnie łyżeczką – wybrane przez nas z setek – przyprawy w zwijane z papieru „tutki”, odkryć po latach, że fantastyczna gruzińska adżika, znana do tych pór w postaci pasty (potrafił ją wyczarować kulinarny mistrz nad mistrze Kazio Grześkowiak, a gdy go zabrakło, zdobycia kilku słoiczków stało się punktem obowiązkowym zakupów przy każdym pobycie na Ukrainie) dostępna bywa także w formie sproszkowanej…

Nie ma sklepów cynamonowych, zwanych za życia autora Ulicy Krokodyli, ale i jeszcze po wojnie sklepami kolonialnymi, ale można odkryć ich przeniesioną w czasoprzestrzeni, atakującą organoleptycznie atmosferę. Tak jak można brz trudu dojść do wniosku, że Arka Wyobraźni Brunona Schulza, to jedno wielkie cynamonowe zawirowanie. Wszak dla współziomków najsłynniejszego – wszędzie, ale nie w tym mieście – obywatela Drohobycza jego postać i twórczość, to wciąż jakiś jakiś fanaberyjny, nierozpoznany produkt kolonialny. Tak! Nawet po czterech już teraz edycjach Międzynarodowy Festiwal Brunona Schulza! Swoistym symbolem sytuacji może być Centrum Alter, prawdziwa duma organizującego festiwal Polonistycznego Centrum Naukowo-Informacyjnego im. Igora Menioka Państwowego Uniwersytetu Pedagogicznego im. Iwana Franki i działającego przy nim Teatru Alter i Stowarzyszenia Artystycznego Alter. Ten pierwszy przyczółek wiedzy o Schulzu i jego festiwalu poza uczelnią, w sercu miasta, drobiazg o powierzchni kawalerki, przycupnął w takim ukryciu, w otoczce małorynkowego zgiełku, że aby doń trafić, poświęciłem ponad godzinę, chociaż błąkałem się przez ten czas w odległości 100-200 metrów. Pytani o drogę drohobycznie nie mieli zielonego pojęcia, gdzie jest jakaś ulica jakiegoś J.Lewickiego. Uratował mnie spotkany przypadkiem akustyk miejscowego teatru, który pamiętał mnie z Lublina i zobaczył, że miotam się po okolicy niczym pijane dziecko we mgle. Wziął pod swą pieczę, zaprowadził pod próg. Było tej fatygi mego cicerone raptem z pół setki kroków. Wdzięczności Waszego sługi – całe kilometry.

Ale objawiają się symptomy przemian, dokonywanych przewartościowań, odkrywania Brunona Schulza. Nim do nich dojdę, podzielę się impresjami z wybranych wydarzeń składających się na budujące, sympatyczne cynamonowe zawirowanie. Z powodów, które wyłuszczyłem w pierwszej części (lewym skrzydle) drohobyckiego tryptyku, nawet nie próbowałem uczestniczyć we wszystkich propozycjach programowych organizatorów. Wstyd może się przyznać, ale absencja dotyczyła przede wszystkim części naukowej festiwalu. Niestety, jestem dokładnie impregnowany na tematy – powiedzmy – typu: Bruno Schulz we współczesnej niemieckojęzycznej literaturze – pierwiastki śladowe, wybujałe motywy i boczne odnogi czasu, trochę nielegalne i problematyczne (Doreen Daume – Austria) lubo Cyntia Ozick i jej „Mesjasz ze Sztokholmu”  (Teodozja Robertson – USA). Nie sposób natomiast było nie dostrzec, że do Drohobycza dziś zjeżdża kwiat schulzologów i tłumaczy jego prozy z całego świata, osobowości jakich nie gromadzą żadne inne konferencje naukowe poświęcone autorowi Sanatorium pod Klepsydrą  z – oprócz wymienionych krajów – Belgii, Brazylii, Chorwacji, Czech, Danii Francji, Hiszpanii, Holandii, Izraela, Japonii, Polski, Rosji, Serbii, Ukrainy i Węgier. Czyż sama ta wyliczanka nie jest imponująca?

MICHNIK

Genialny wykład inauguracyjny naczelnego GW Adama Michnika  pt. Drohobycz, Bruno Schulz – wspólne dziedzictwo. W każdym szczególe, począwszy od zastosowania amarykańskej metody wystąpień od rozpoczęcia rozluźniającym atmosferę dowcipem. Przed wykładem przedstawiono (rektor Państwowego Uniwersytetu Pedagogicznego im. I. Franki?) tak obszernie i apologetycznie sylwetkę Michnika, że ten po kilkunastu minutach zaczął się – niezbyt dowierzając sytuacji – nerwowo kręcić na krześle i kiedy wreszcie dopadł mównicy, rzekł, że się czuł trochę jak na własnym pogrzebie, gdy wylicza się wyłącznie zasługi zmarłego. Wzbudził tym szczery śmiech audytorium i od razu kupił sobie słuchaczy. Po wykładzie przychylność odbiorców zmienła się w prawdziwy podziw.

Wychodząc od prostej konstatacji o męczeństwie Schulza, zastrzelonego przez Niemca na drohobyckiej ulicy Bogu ducha winnego polskiego twórcy żydowskiego pochodzenia, potrafił zdiagnozować całą zawiłość stosunków polsko-ukraińskich i cud, jaki się w nich dokonał w ostatnim czasie. Było o sprawach bolesnych, co szczególnie dobitnie brzmiało w obecnym gmachu Instytutu Fizyki i Matematyki Uniwersytetu w Drohobyczu przy ul. Stryjskiej, który za czasów sowieckich mieścił katownię NKWD. Było i żartobliwie, jak o tym, że niedawno został Adam Michnik nazwany sługusem (agentem) Bandery, co uznał za swoisty awans. Było nawet o śliskim temacie, jak to on sam nazywa, „triumfalizmu bólu” narodu żydowskiego, w tym współczesnych Izraelitów „usprawiedliwiających” Holocaustem nielicujące z nim zachowania dzisiejszej młodzieży izraelskiej odwiedzającej miejsca męczeństwa w naszym kraju, w tym w Lublinie.

A jeśli chodzi o cud przemiany stosunków pomiędzy narodami polskim i ukraińskim, szczególnie miło dla organizatorów Festiwalu Brunona Schulza musiało zabrzmieć zdanie: „To, że takie spotkania są możliwe, to empiryczny dowód na istnienie Boga”. Dodał też Michnik na koniec, że cud nie jest dany czy też dokonany raz na zawsze i uznał, że dla jego trwania drohobycka impreza spełnia ogromne zadanie, jest wzorcowa dla podobnych polsko-ukraińskich inicjatyw.

KROKE

Grzegorz  Józefczuk,  dyrektor artystyczny odbywającej się na zasadzie biennale Arki Wyobraźni Brunona Schulza  to zdolna bestia. Szybko pojął, że festiwal w pozanaukowej części nie może się żywić wyłącznie tym, co było domeną autora Wiosny i Xiegi Bałwochwalczej, czyli słowem i plastyką. Sukces koncertu poety Jurija Andruchowycza i wrocławskiej grupy Karbido na patio Ratusza podczas poprzednie edycji festiwalu przed dwoma laty dał do myślenia. Okazało się, że nośnik słowa – teatr, nie zawsze się sprawdza w siermiężnych wciąż, drohobyckich warunkach, gdy wręcz nie ma mowy o słuchawkach z symultanicznym tłumacznieniem dla widzów nawet tylko polskich spektakli czy translacją na wyświetlanych nad sceną napisach, co jest już normą na naszych lubelskich festiwalach, Konfrontacjach Teatralnych czy Sąsiadach. Muzyka, której obecność w prozie Schulza czy jego rysunkach jest zaledwie wyczuwalna, ma tę przewagę, że jest uniwersalna, ma ponadnarodowy i ponadjęzykowy charakter, a jeśli ktoś lubi uczone sformułowania, to, jak to paskudnie nazywał mój profesor od logiki i ogólnej metodologii nauk, jest intersubiektywnie sensowna. Poza tym – a z takim przypadkiem mamy tu do czynienia – może wypływać z istoty kultury, na której bazowała Schulzowa twórczość.

Stąd to właśnie pomysł obecności na festiwalu fantastycznego trio Kroke i równie fantastyczny sukces koncertu tego krakowskiego (Kroke to w jidysz Kraków) zespołu. Sala Główna – pleno titulo – Lwowskiego Akademickiego Obwodowego Teatru Muzyczno-Dramatycznego w Drohobyczu na oko mieści ok. 200 widzów. Na Kroke było ich zdecydowanie więcej i nie wiem czy nie był to jedyny przypadek w czasie tygodniowego festiwalu, że frekwencja przekroczyła zaczarowany krąg zaproszonych uczestników Arki. Słowem, czy nie zostało spełnione wreszcie marzenie organizatorów, (do którego jeszcze wrócę, bo to istota problemu festiwalu i symptomów jego przemian), żeby z festiwalu zaczęły korzystać szerokie kręgi obojętnych dotychczas na jego uroki drohobyckich odbiorców, w tym szczególnie Ukraińców. Dodatkowym smaczkiem sytuacji jest to, że odbiór muzyki Tomasza Kukurby, Jerzego Bawoła i Tomasza Lato był więcej niż entuzjastyczny.

Znam Kroke od ponad dziesięciu lat. Z dumą mówię, że to moi przyjaciele i za tej przyjaźni i uwielbienia ich muzyki wypływają pewna zachowania, jak to, że chociaż żyjemy w odległych miastach, tylko w tym roku odniosłem taki sukces, iż – zawsze rozanielony tym faktem – byłem na czterech ich koncertach. Przysięgam, że schulzowsko-drohobycki był absolutnie wyjątkowy, chociaż skonstruowany – z jednym tylko wyjątkiem – z doskonale znanych mi utworów. Kroke, trio złożone ze znakomitych instrumentalistów, absolwentów Akademii Muzycznej, powstało na fali zainteresowania muzyką klezmerska rozbudzonego Festiwalem Kultury Żydowskiej na krakowskim Kazimierzu (już niebawem 20. edycja festiwalu!). Ambicja i wyobraźnia altwiolinisty, akordeonisty i basisty sprawiły, że w swej twórczości (dominanta utworow autorskich!) szybko oderwali się od korzeni muzyki Żydów aszkenazyjskich a nawet sefardyjskich, żeglując poprzez Bałkany w stronę Orientu, World Music a nawet jazzu. Jednak w Drohobyczu stało się coś niezwykłego. Nastąpił jakiś powrót do korzeni. Najwyraźniej dopiero na scenie miniaturowego drohobyckiego teatru zaczęło do chłopaków w pełni docierać w JAKIM MIEJSCU grają, Jakie emocje tu podskórnie działają, jak bardzo wpisują się w to, co Michnik nazwał ponadgraniczną kulturą Galicji, której Schulz, uwielbiany chociażby przez Bohumila Hrabala, a od innego prażanina, Franza Kafki, różniący się tym, że nie pisał, jak autor  Procesu, po niemiecku, tylko po polsku, był – pardon za trywializm – sztandarową postacią. Te wzruszenia, świadomość miejsca występu, całego podglebia wydarzenia, sprawiły, że muzyka dwóch Tomków i Jurka samych ich porwała i niosła, a oni swego wzruszenia nawet nie próbowali kryć. Cóż za niezapomniane przeżycie! Cóż za fenomenalny koncert!

Ale nie byłbym uczciwy, gdybym opierał się w ocenach wyłącznie na własnych przeżyciach i nie próbował usłyszeć, jaki był odbiór innych słuchaczy koncertu. Mam takie szczęście, że od kilku lat znam pana Alfreda Schreyera, ostatniego żyjącego w Drohobyczu ucznia Schulza, skrzypka i pieśniarza, który kilka razy gościł w Lublinie i na Festiwalu klezmerzy.pl w Kazimierzu Dolnym. Nie wiem, czy 88-letni dziś artysta, który na festiwalu miał aż dwa swoje recitale, przy którym ś.p. Mieczysław Fog u końca kariery to niemrawy staruszek, kojarzy, kim jestem, ale wiem, ze zawsze chętnie przystaje na rozmowę i dzielenie się swymi wrażeniami po wydarzeniach, którym świadkował. O ile o wystąpieniu Michnika wyrażał się wyłącznie entuzjastycznie, składając „Panu Adamowi” wielki pokłon za „genialne wystąpienie”, tak do koncertu Kroke miał pewne uwagi. Owszem, uznał, że zespół tworzą fenomenalni nuzycy, ale trochę się znużył się – tu długo szukał odpowiedniego polskiego słowa – jednorodnością tonacji kolejnych utworów. Cóż, de gustibus! Ale muszę przyznać, że u Kroke dominuje tonacja minorowa, z tym, że mnie ona bardzo rajcuje i tym bardziej cenię te rzadkie przypadki durowe, majorowe. I jeszcze coś. Wiem, byłem świadkiem, że Kroke wyjeżdżali (niestety, natychmiast po koncercie, ich program występów jest niebywale napięty) z Drohobycza całkowicie usatysfakcjonowani, jakby wykonali wielką, historyczną misję i mieli w pełni świadomość, że ona się w dwustu procentach udała. Takich uczuć spełnienia można prawdziwym artystom jedynie zazdrościć. To zdrowa zazdrość.

MYSŁOWSKI

Kolejna porcja komplementów dla Józefczuka. Grzesiek, do którego „niecnych” poczynań dla równowago jeszcze dojdę, jako krytyk Gazety Wyborczej doszedł przez lata do niezwykle trafnych wartościowań sztuki poszczególnych artystów, ale i do klarowności prezentacji ich dzieła. Znany z kąśliwości uwag i chętnie stosowanego w ocenach szyderstwa, nadrabia miną, ze jest mu to wszystko dokładnie obojętne, ale „w praniu” się okazuje, że posiada dany nie wszystkim krytykom dar edukacyjny, no i ma nosa, że nawet największych ortodoksów własnej sztuki da się wprzęgnąć w robotę o wcale nie hermetycznym charakterze. W ten sposób wciągnął do współpracy przy festiwalu nowojorsko-lubelskiego artystę Tadeusza Mysłowskiego. Jest on deklaratywnym abstrakcjonistą o korzeniach sięgających w modernizmu, a konkretnie w konstruktywizmu. To nie jest sztuka ukochana przez Polaków. Sprawdźcie, wrzucając wpis na Google, a przekonacie się, że tam te terminy, nazwy trendów dla Mysłowskiego najważniejsze nie funkcjonują, ich nazwy się nie pojawiają. Tadeusz do biografów nie ma szczęścia, wielu (nie wiem czy nie należy do nich autor tych słów) go zawiodło. A jednak w fakcie, że Mysłowski zdobył w ub. roku laur na jednym z najważniejszych konkursów na świecie,  Międzynarodowym Triennale Grafiki w Krakowie za drzeworyt On i Ona. Odnowa i po raz pierwszy od wieków wrócił do figuratywności, szef artystyczny Arki dostrzegł możliwość pozaabstrakcyjnego dzieła jakim stał się zamówiony plakat z motywem dłoni z „papilarnymi” liniami nowojorskiej metropolii (ale nie tylko), znanymi z komputrowych wertykali i horyzontali kwater tak postrzeganego przez Mysłowskiego Manhattanu czy Brooklynu.Objawiły się tyleż frapujące, co pociągające zderzenie „rozgadanych” rysunków Schulza ze sztuką, która – w innym nurcie – powstawała, gdy pisał zdecydowanie niemetropolitalne Sklepy cynamonowe. A przy tym Grzegorz J. opowiadał w Centrum Alter - niestety! – garstce tak samo jak ja zagubionych na Małym Rynku słuchaczy, o sztuce Taddy’ego Mysłowskiego z ogromną swadą i swobodą godną pozazdroszczenia. Taki dar, uzasadniający jego funkcję. Z charakterem to nie ma nic wspólnego.

ULICA KROKODYLI

(cdn)

Festiwal nieludzki

Drohobyckie impresje z Schulzem w tle – 1

 

Jak po owocach, a dokładnie po ich braku widać, płonna okazała się nadzieja wyrażona 10 dni temu w ostatnim wpisie niniejszego blogu przed wyjazdem do Drohobycza na IV Międzynarodowy Festiwal Brunona Schulza – Arka Wyobraźni Brunona Schulza, że uda się kontynuować pisanie z miasta autora Sklepów cynamonowych i słać wieści o wydarzeniach festiwalu. Nie dosyć tego, kłopoty osobiste, które nawarstwiły się w czasie podróży i spowodowały skrócenie pobytu i nieobecność na zakończeniu imprezy w minioną niedzielę 30 maja, sprawiły także, że nie podzieliłem się natychmiast po powrocie do domu wrażeniami z festiwalu, który wystartował tydzień wcześniej, w poniedziałek 24 maja. Spróbuję to teraz nadrobić.

Może to zabrzmi nazbyt dramatycznie, ale powtórzę to, co mówiłem w rozmowach z przyjaciółmi goszczącymi na Arce, a z czym większość z nich absolutnie się zgadzała, że drohobycki festiwal jest poniekąd – z co najmniej dwóch powodów – nieludzki. Pierwsza przyczyna, to jego oryginalny, rzadko spotykany i praktykowany profil naukowo-artystyczny. Znam dziesiątki, jeśli nie setki festiwali, ale – może tylko z wyjątkiem filmowych – doprawdy rzadko, tak jak na Fringe’u w Edynburgu, (ale tam proponuje się i 900 wydarzeń, których w całości NIKT nie ogarnia!), zdarza się, żeby program był rozbudowany na cały dzień, od wściekłego poranka, po – bywało, bywało! – głęboką noc. Spójrzcie na program startującego u nas niebawem kolejnego Festiwalu Teatrów Europy Środkowej Sąsiedzi. Spektakle rozpoczynać się będą najwcześniej o godz. 17, a i tak, jak znam to z życia, będziemy narzekać na niedogodności przemieszczania się w przestrzeniach Lublina i intensywność przeżyć. Podobnie jest na Międzynarodowym Festiwalu Konfrontacje Teatralne czy na Międzynarodowych Spotkaniach Teatrów Tańca. Żaden z komisarzy tych festiwali nie ośmieli się wprowadzić do podstawowego programu propozycji punktu rozpoczynającego się w godzinach przedpołudniowych, a jeśli zdarzają się okołopołudniowe, to opatrzone zostają formułką „imprezy towarzyszące” i wszyscy wiedzą, że to oferta dla maniaków, powiedzmy, twórców kolejnych mozolnych doktoratów, a nie typowych festiwalowiczów.

Tymczasem w Drohobyczu trzeba było czekać do szóstego, przedostatniego dnia festiwalu, żeby program rozwijał się od godz. 12 w południe. Wcześniej – oprócz „litościwej” g. 11 inauguracji – przez dni cztery startował o g. 10, czyli naszego czasu o g. 9. Główny powód, to dwa dni międzynarodowej konferencji naukowej Schulzowskie inspiracje w literaturze. Nowe interpretacje dzieła Brunona Schulza oraz dzień spotkania literackiego Bruno Schulz jako bohater literacki. Horyzonty inspiracji schulzowskich.  Tu dochodzimy do progu konstatacji, że – póki, co – inaczej być nie może. Dopóki organizatorem schulzowskiego festiwalu – a nic, ale to nic!, nie wskazuje, że mogłaby zaistnieć inna opcja, bo to dzieło prawdziwych desperados, cudownych nawiedzeńców o niebywałej sile ducha i poczuciu misji – pozostanie Polonistyczne Centrum Naukowo-Informacyjne im. Igora Menioka Państwowego Uniwersytetu Pedagogicznego im. Iwana Franki w Drohobyczu, część naukowa Arki będzie ten festiwal konstytuować. Pozostanie jego nośnikiem i pewnego rodzaju „usprawiedliwieniem”, że na tej przez lata jałowej ziemi, dokumentnie impregnowanej na geniusz Brunona Schulza, objawiło się takie zjawisko, jak impreza poświęcona jego pamięci, która śmie zyskiwać międzynarodową sławę.

A teraz czas na drugi powód nazwania tej imprezy festiwalem nieludzkim. Drohobycz w obecnym kształcie swej infrastruktury nie zasługuje na Arkę Wyobraźni Brunona Schulza, bo nie jest w stanie unieść żadnych wyzwań stających przed organizatorami przedsięwzięcia o świtowym już zasięgu. Ba! Wszystko wskazuje na to, że miejscowe władze przy okazji czwartego już schulzowskiego biennale nie zorientowały się jeszcze, że to może być złota żyła i szansa na najlepszą promocję ukraińskiego dziś, a galicyjskiego z ducha miasteczka, pardon, miasta. Funkcjonuje w nim jeden hotel, słynny z tego, że ma w miarę przyzwoitą (np. dostęp do wody częściej niż trzy godziny, co drugą, lub co trzecią dobę) część dla garstki gości i obszerną resztę ze wspomnianymi nawiasowo urokami. Dlatego organizatorzy od początków festiwalu ratują się sąsiedztwem słynnego już od przedwojnia, oddalonego o ok. 15 km uzdrowiska Truskawiec. Tam-ciż hoteli i pensjonatów do woli, warunki bytowania niewyobrażalnie lepsze, permanentnego problemu tych naftowych okolic – braku wody – nie uświadczysz. Szkopuł w tym, że goście festiwalowi, co tu gadać, główna, jeśli nie jedyna masa napełniająca jego wydarzenia, muszą jakoś się na nie i z nich, do hotelu, dostać. Uroczo, że zapewniał to podstawiany dla nas autokar. Ale… O poranku wyjeżdżał o – powiedzmy dla artystów – niewyobrażalnej do życiowego rozpędu godz. 8.30 (polska 7.30!!!) , a wracał o godz. 22, 23 lub później! Teraz proszę sobie spróbować wyobrazić, co znaczy spędzenie na imprezach godzin wiele ponad pół doby, bez możliwości relaksu, odświeżenia, sjesty… Narzekam? A może wiek mnie do tego uprawnia? Nim ja i moi koledzy zorientowaliśmy się, że po długim spacerze możemy z T. do D. złapać tzw. marszrutkę (uroczy artysta Staszek Ożóg ukuł termin skorochodka), czyli busik o niwyobrażalanym dla nas dziś kształcie, gdzieś z epoki wczesnego Chruszczowa, wiedza okazała się nieprzydatna, bowiem festiwal dobiegał do końca.

Oczywiście, trudno za to wszystko ganić owych największych desperatów, nawiedzeńców olimpijskich, szefów festiwalu, Wierę Meniok i Grzegorza Józefczuka. Oni mieli zadbać i – jak się rzekło przed rozpoczęcie czwartej Arki – zadbali, żeby najnowsza ta edycja wyglądała wyjątkowo imponująco. Oni pewnych progów, które stawiają tamte okolice i myślenie zamieszkujących je obywateli nie są jeszcze w stanie przeskoczyć. To może stać się wraz z rozwojem Festiwal Brunona Schulza, ze zdobywaniem przezeń renomy międzynarodowej, rangi, która wymusi dostrzeżenie i docenienie imprezy przez miejscowych. Już to się dzieje. Napisze jeszcze o tym.

A teraz pozostane sam ze sobą i z pytaniem. Skoro to festiwal nie za bardzo ludzki, to może on boski? (cdn)

Tropami Schulza

Opuszczam robocze lubelskie stanowisko i wyjeżdżam – to pierwszy taki przypadek od czasu powstania tego blogu w październiku ub. roku – na tydzień do Drohobycza, gdzie jutro, w poniedziałek rozpoczyna się IV Międzynarodowy Festiwal Brunona Schulza – Arka Wyobraźni Brunona Schulza.

Oj, będzie się działo! Już od piątku w Lwowskiej Galerii Sztuki czynna jest wystawa zbiorowa Bruno Schulz. Inspiracje. Między ilustracją a sztuką, a tylko w dniu otwarcia przewidziano wyklad inauguracyjny Adama Michnika, wernisaże wystaw plastycznych i fotograficznych autorów z wielu krajów, koncert mego ukochanego zespołu Kroke, monodram wg Bogusława Schaeffera w wykonaniu Jana Peszka oraz  inaugurację Centrum Alter. W kolejne dni aż do niedzieli 30 maja odbędą się m.in.: spotkanie autorskie z izraelskim pisarzem Amirem Gutfreundem, monodram Republika Marzeń z Paryża, koncert grupy Małe Instrumenty z Wrocławia, warsztaty teatralne prowadzone przez Barucha Brenera z Izraela, wspólna wystawa akwareli lublinianina Bartłomiej Michałowskiego i fotografii Loli Kantor z USA, trzydniowego działania artystyczne Praca u źródeł (in quest for the sources), międzynarodowa konferencja naukowa Schulzowskie inspiracje w literaturze. Nowe interpretacje dzieła Brunona Schulza, monodram Agaty Kucińskiej Sny, projekt filmowy Wojtka Grabowskiego, spektakl Teatru Formy (Scena Pantomimy, Wrocław) Ulica Krokodyli, spotkanie z  Tadeuszem Mysłowskim (jest takżę autorem festiwalowego plakatu), koncerty Zespołu Muzyki Tradycyjnej Fundacji „Muzyka Kresów, czytanie dramatu Alaina van Crugtena z Belgii, performance Stowarzyszenia Kinovizia z Lwowa, spotkania literackie Bruno Schulz jako bohater literacki. Horyzonty inspiracji schulzowskich, premiera spektaklu Sprawa nr 82-100 drohobyckiego Teatru Alter,  performance/instalacja Włodko Kaufmana (Lwów), spotkanie Lubelskie wątki Schulza… w USA oraz koncert Michała Hochmana (tak, tego od Konika na biegunach!), koncert gdańskiej grupy dark independent Zoharum / Bisclaweret: Mannequine, spotkanie autorskie Jurija Andruchowycza i koncert  Karbido  z nowym projektem Music4Buldings, wreszcie koncert ostatniego żyjącego ucznia Schulza Alfreda Schreyera i na zamknięcie festiwalu tradycyjny nocny pochód z czytaniem prozy Schulza.

Uff! A przecież to tylko wyimki programu. Szefowie festiwalu Wiera Meniok i Grzegorz Józefczuk zadbali, żeby najnowsza jego edycja wygladała wyjątkowo imponująco. O randze naukowo-artstyczbnego wydarzenia organizowanego przez Polonistyczne Centrum Naukowo-Informacyjne im. Igora Menioka Państwowego Uniwersytetu Pedagogicznego im. Iwana Franki w Drohobyczu i Stowarzyszenie Festiwal Brunona Schulza w Lublinie świadczy chociażby to , kto przejął nad nim honorowy patronat. Na liście znajdują się: Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP, Ministerstwo Kultury i Turystyki Ukrainy, Ministerstwo Edukacji i Nauki Ukrainy, Konsul Generalny RP we Lwowie, Ambasada Francji w Kijowie, Mer Drohobycza i Prezydent M. Lublin. Dzięki czyjej pomocy festiwal zorganizowano, boję się już pisać, bo lista jest zbyt długa nawet do szybkiego przeczytania.

I ja tam od początku do końca będę! Piszę to z dumą, jednak nie tylko dlatego, żeby się pochwalić, ale i usprawiedliwić. Istnieje obawa, że wyjazd oznaczać może przerwę w pisaniu niniejszego blogu. Pozostaje nadzieja, że uda się to robić z miasta autora Sklepów cynamonowych i słać wieści o wydarzeniach festiwalu, który jest nie tylko drohobycki, ale i bardzo lubelski.